Rozważania Ks.Lucjana Bielasa za 2021r.
 
 
 
 
 
 
 



 

Paradoks niewoli
(Łk 1, 39-56)
Będąc z rocznika Władimira Putina  (o ile prawdą jest, że urodził się w 1952 roku)
i dorastając w socrealistycznej Polsce, w cieniu obozu dwóch totalitaryzmów
w Jaworznie, miałem głębokie pragnienie bycia prawdziwie wolnym człowiekiem.
Jedyną taką przestrzeń znalazłem w Kościele Katolickim. To znakomite doświadczenie
wolności oferowanej mi przez Kościół, pogłębiało się na drodze do kapłaństwa i to pod
okiem rektora seminarium ks. Franciszka Macharskiego, oraz ówczesnego metropolity,
bpa Karola Wojtyły. Wolność w posłuszeństwie kapłańskim ugruntował we mnie
św. Maksymilian Maria Kolbe, którego początkowo nie cierpiałem, a to z powodu małej
mojej wiedzy i niektórych kaznodziejów.
To, co mnie w ówczesnym polskim Kościele wkurzało, to zachęta do oddania się w niewolę Najświętszej Maryi Panny. Choć starałem się intelektualnie zrozumieć, o co chodzi,
to jednak termin „niewola” mnie po prostu irytował.
Tymczasem Matka Jezusa ma swoje wychowawcze metody. Pewnie to za Jej sprawą,
w ubiegłym roku odpowiadałem za nowennę na Jasnej Górze, przed Uroczystością
Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Uważam to za największy zaszczyt, jaki
mnie w życiu spotkał. Codzienne rano o godz. 6.00 odprawiałem Mszę św. w Kaplicy
Cudownego Obrazu.  Ta przestrzeń i ten Maryjny wizerunek otoczony modlitwą 
milionów Polaków i wiernych z całego świata, szczególnie w te dni robił na mnie
gigantyczne wrażenie. I tak na początku nowenny, pewnego poranka, kiedy klęczałem
przed ołtarzem, przy rozlegających się fanfarach i powoli odsłaniającym się Jej wizerunku,
w mojej głowie pojawiła się myśl, która zmieniła moje życie: Lucjan oddaj świadomie
Jej, Matce Jezusa i twojej Matce, swoją wolność. Ona ją przyjmie i odda ci z powrotem.
Nic nie stracisz, a zyskasz Ją – Maryję i Jezusa, bo oni są zawsze razem. Tej wolności
 już nikt ci nie odbierze!
I na to odkrycie trzeba było tyle lat. Tak jest nieraz w naszym życiu, że najdłuższa
droga wiedzie z intelektu do serca. 
 
                                                                                    Ks. Lucjan Bielas
 

 

 
 
Przez wiele lat unikałem pewnej kobiety
(Łk 12, 49-53)
Jezus, który w swym nauczaniu nawołuje do przebaczenia, do jedności i pokoju, dzisiaj jakby sam sobie przeczy, wypowiadając do swoich uczniów słowa, które zarówno wtedy, jak i dzisiaj szokowały i szokują:
Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął.
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Ten zapowiadany przez
Jezusa rozłam pójdzie tak głęboko, że przetnie najtrwalsze więzy, nawet te naturalne, więzy krwi. Jako
ludzie myślący doskonale zdajemy sobie sprawę z prawdziwości słów Jezusa dotyczących rozłamu. Jest
on widoczny w całej historii chrześcijaństwa, a dla nas szczególnie dotkliwy i przykry jest dzisiaj. Każde
 pokolenie i my również stawia sobie pytanie o przyczynę tego rozłamu o ten ogień, który Chrystus rzucił
na ziemię. Teologowie biblijni natychmiast udzielą nam odpowiedzi, że tu chodzi o miłość, ten boski dar,
którego Jezus jest wcieleniem. A ponieważ miłość zakłada wolność, paradoksalnie  niesie ze sobą podziały.
Przez wiele lat unikałem pewnej kobiety, która ciągle jawiła się na drodze mojego życia. Może to odkrycie
jej wymagało właściwego czasu i bardziej sprzyjających okoliczności. Kiedy próbuję odczytać dzisiaj
Ewangelię o ogniu rzuconym przez Jezusa na ziemię i o paradoksie wywołanych nim podziałów, właśnie
ta kobieta staje się dla mnie niezmiernie ważną postacią, dzięki której mogę coś więcej zrozumieć.
Pytanie – czy tylko dla mnie i czy tylko ja?
Ową kobietą jest św. Siostra Teresa Benedykta od Krzyża – Edyta Stein (1891-1942). W 80 rocznicę
jej śmierci, 9 sierpnia, w katedrze w Regensburgu, o godz. 12.00 w ramach modlitwy Anioł Pański,
prowadzący rozważanie, zapewne jeden z duchownych, nawiązał do wyjątkowości Edyty Stein, i do jej w pełni zasłużonego
tytułu, Patronki Europy.  Jej życie wpisało się w niezmiernie gorzkie strony historii Niemiec, czasy
dominacji narodowego socjalizmu.  Przyszła na świat 12 października 1891 roku we Wrocławiu w rodzinie
żydowskiego
 kupca. Mając 14 lat i dysponując dużą samodzielnością myślenia, odeszła od wiary przodków i stała się świadomą ateistką. Wybitnie uzdolniona szukała prawdy i tak ukierunkowała swoje wykształcenie. Kobieta – filozof,
 fenomenolog, współpracowała z  Edmundem Husserlem i Martinem Heidegge­rem. W intensywnym poszukiwaniu prawdy, Bóg stawiał jej na drodze ludzi między innymi: filozofa Maxa Schelera, Hedwig Conrad-Martius,
małżeństwo Reinach, a przede wszystkim św. Teresę z Avila. Jej autobiografia, która wydawać by się mogło, przypadkowo trafiła w ręce Edyty, doprowadziła ją do spotkania z Jezusem. Kiedy o świcie zakończyła lekturę, stwierdziła: „Oto jest prawda. Miała wtedy 30 lat, doktorat z filozofii, za sobą dwie złamane miłości, nieudaną potyczkę z systemem uczelnianym w kwestii habilitacji. Spotkała Jezusa, który dawał jej wymagającemu intelektowi odpowiedzi na wszystkie pytania, i dał jej serce, które nigdy nie zawiedzie. Spotkała też kobietę, która,
choć w innym czasie, lecz w podobnych okolicznościach, okazała się niezmiernie skuteczną właśnie przez
zjednoczenie z Chrystusem. Głęboko zakorzeniona w sercu i w umyśle św. Teresy z Avila świadomość:
Chrystus i ja stanowimy większość, stawia na głowie logikę tego świata.
Edyta Stein postanowiła przyjąć chrzest w Kościele Katolickim. Miłość do Jezusa była ponad bólem, jaki
musiała swą decyzją zadać matce Żydówce. Dnia 1 stycznia 1922 roku Edyta Stein przyjęła sakrament
chrztu, a 2 lutego – w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny w Spirze przystąpiła do sakramentu
 bierzmowania. W przejściu przez sakramenty święte Pan Bóg postawił na drodze jej życia znakomitych
kapłanów, którzy dysponując ogromną wiedzą, a przede wszystkim czasem, byli otwarci na pytania
zadawane przez bardzo wymagającą uczennicę. Wśród tych kapłanów szczególne miejsce zajął Erich
Przywara (1889 – 1972), jezuita pochodzący z Katowic, jeden z najwybitniejszych ówczesnych teologów.
W przygotowaniu się na bycie katoliczką zwróciła szczególną uwagę, na to, co niedouczeni katolicy,
 dokonując aktu apostazji, wyrzucają do kosza, a mianowicie: Pismo św., Eucharystie,  katechizm i psalmy.
Następnym krokiem Edyty Stein było, wstąpienie do Karmelu. Śluby wieczyste złożyła 21 kwietnia 1938 roku.
W zakonie Bóg dał jej przestrzeń na pracę naukową, w której wykorzystując narzędzia z fenomenologii,
odczytywała pisma św. Tomasza z Akwinu.
 
I tak dzisiaj, w Niemczech poranionych dramatycznymi podziałami, w katedrze w Regensburgu,  z całą mocą wybrzmiało: Żydówka, ateistka, filozof, konwertyta, katoliczka, zakonnica i męczennica, patronka Europy.
Siostra Teresa Benedykta mogła, ratując swoje życie uciec z klasztoru, przebrać się i tak zaprzeczyć prawdzie. Tymczasem wraz ze swoją siostrą Różą, która również przyjęła chrzest, zginęły w Auschwitz 9 sierpnia 1942 roku.
 
Ta Święta stała mi się ostatnio bardzo bliska. Komora gazowa i krematorium jeszcze bardziej rozpaliły ogień
miłości, który dał jej Jezus.

 

 

                                                                                              Ks. Lucjan Bielas

 
 
Jak przyjąć Boga w swoim domu?
(Rdz 18, 1-10 a; Kol 1, 24-28; Łk 10, 38-42)
Dzisiejsza liturgia czytań mówi o trzech wizytach Boga w domu człowieka. Pierwszy fragment pochodzi
 z Księgi Rodzaju. Bóg przychodzi w postaci trzech gości do Abrahama, którego wcześniej wybrał
i zawarł z nim przymierze. Możemy dzisiaj, z perspektywy Nowego Testamentu, dostrzec w tej trójce
 mężów, zarysowanie prawdy o Trójcy Przenajświętszej. Abraham, choć widział trzech przybyszów,
miał świadomość, której też dał wyraz, że to Bóg jedyny odwiedził jego koczownicze domostwo. Przyjął
owych trzech mężów tak, jak przyjmuje się najbardziej godnego gościa. Ta wizyta trwała dość długo,
albowiem w tamtych koczowniczych warunkach przygotowanie posiłku na takim poziomie,  jak chciał
Abraham, na pewno nie trwało pięciu minut. Bóg zostawił prezent, który przekraczał ludzkie możliwości
gospodarzy, a mianowicie zapowiedział, że za rok żona Abrahama urodzi mu syna. Ta obietnica była
logicznym następstwem zawartego przymierza z Bogiem, lecz całkowicie wbrew ludzkiej logice – Abraham
 miał prawie 100 lat, a Sara ponad 90. Realizacja ich obumarłych ludzkich marzeń o potomku ukazuje
wszechmoc Boga i jest odpowiedzią na bezgraniczne Jemu zawierzenie. Paradoksalnie, to gościnne
przyjęcie trzech mężów przez Abrahama prawdopodobnie w XVIII wieku przed Chrystusem, w namiotach
pod dębami Mamre na Wyżynie Judzkiej, zmieniło historię świata.
W ród Abrahama wpisał się sam Bóg, przyjmując postać człowieka. Już nie jawi się jako człowiek,
ale rodzi się człowiekiem. I tak druga Osoba Boska – Syn Boży – Jezus Chrystus, stał się domownikiem
człowieka. Nie dla zabawy, nie dla grymasu Wszechmocnego, ale aby przez dzieło odkupienia uczynić
człowieka, uczynić nas, domownikami Boga.
Dla wielu obecność Jezusa na ziemi jest bez znaczenia, wielu widzi w Nim zagrożenie. Wielu wprawdzie
  legitymizuje się otwartymi drzwiami dla Jezusa, ale nie czyni z Niego domownika. Zapewne dla niewielu
rodzi się pytanie, jak przyjąć Go rzeczywiście szczerze i owocnie. To właśnie dla tych jest dzisiejsza
Ewangelia,  w której Łukasz opisał odwiedziny Jezusa w rodzinie przyjaciela Łazarza i jego dwóch sióstr,
 Marty i Marii. Reakcja Marty jest do bólu szczera. Podobnie szczerze zareagowała Maria. Obecność
Jezusa nie uczyniła z tego domu teatru sztucznych postaw. Do bólu szczery Jezus nie gani Marty, lecz
chwali Marię. Marta gromadzi dobre uczynki, Maria zaś karmi się słowem Bożym. Jedno i drugie jest
dobre, choć słowu Bożemu trzeba przyznać pierwszeństwo.
Spotykamy jeszcze raz Jezusa w tym domu, ale w zupełnie innych okolicznościach, a mianowicie po
 śmierci Łazarza. Marta odrobiła zadanie domowe i tak  bardzo zaufała słowu Jezusa o zmartwychwstaniu,
 że nie szukała i nie sprowadzała Chrystusa, podczas choroby brata, co byłoby zgodne z jej temperamentem.
 Ten, kiedy przyszedł już po pogrzebie Łazarza,  kazał otworzyć grób i zgodnie z jej wiarą wskrzesił Swojego
przyjaciela (por. J 11,1 – 44).
Z Chrystusem obecnym w naszych ludzkich bolesnych doświadczeniach, można zrobić coś jeszcze więcej.
Znakomicie ujął to uwięziony św. Paweł w liście do Kolosan: Teraz raduję się w cierpieniach za was
i ze swej strony dopełniam niedostatki udręk Chrystusa w moim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest
 Kościół. To właśnie Chrystus nadaje sens naszemu ludzkiemu cierpieniu, którego tyle jest w naszych
 domach. Jeśli z Nim cierpimy, jeśli z Nim umieramy, to i z Nim zmartwychwstaniemy do pełnego
udziału w Jego Domu.
 
                                                                                        Ks. Lucjan Bielas
 
Ciekawostka:
W roku 1868 z  inicjatywy archimandryty Antonina, który to odpowiadał za rosyjską misję prawosławną
w Jerozolimie, Rosyjski Kościół Prawosławny zakupił grunt, na którym znajdował się jeden z dębów
Abrahama. Miejsce to stało się miejscem pielgrzymek prawosławnych.  Pod koniec XIX stulecia dąb
Abrahama zaczął obumierać. W 1996 pojawiły się na nim ostatnie zielone liście. I choć drzewo
rzeczywiście obumarło, obok pojawił się nowy pęd.
 
 
 
Jak uwolnić się od chciwości?
Droga mnicha dla wszystkich
(Koh 1, 2; 2, 21-23; Kol 3, 1-5. 9-11; Łk 12, 13-21)
Niby wiemy, że szeroko pojęte dobra tego świata stanowią marność. Usta mamy pełne nawoływania
do bycia ubogim w duchu, do bycia skromnym, do nieuganiania się za przemijającymi wartościami.
Ostro krytykujemy przejawy bogactwa, szczególnie rażące u tych, którzy misję swojego życia łączą
z głoszeniem Ewangelii ubogim. Tymczasem tak bywa najczęściej, że najgłośniej krzyczący, najostrzej
 krytykujący, chciwością przewyższają wszystkich. Dzisiaj do nas wszystkich Jezus kieruje jasną przestrogę:
Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie
jego nie zależy od jego mienia. Zwrócenie uwagi na niebezpieczeństwo wszelkiej chciwości i pokładaniu
nadziei w tym, co doczesne, Jezus zilustrował przypowieścią, której niezliczone warianty mamy w otaczającej
 nas rzeczywistości. Dlaczego więc, pomimo przestróg Jezusa, Jego przykładu i naszej wiedzy i naszej retoryki, 
tak trudno nam samym stać się ubogimi w duchu (por Mt 5,3)? Wydaje się, że przyczyną tego jest fakt, iż
chciwość jest głęboko zakorzeniona w naszych umysłach i naszych sercach. Ten szatański posiew niszczy
nasze relacje, a w konsekwencji staje się przyczyną naszej zguby. Co więc my, zabiegani za szeroko pojętymi
 dobrami tego świata i w nich pokładający złudną nadzieję, możemy uczynić, aby na końcu końców nie stanąć
 przed Chrystusem Sędzią z pustymi rękami, zatkaną gębą i głupią miną? O ważkości problemu świadczą
mnożące się oferty różnych terapii mających na celu oczyszczanie myśli, uwalnianie od traum, wprowadzanie w medytację itp. Wiele z nich szerokim łukiem omija Chrystusa, natomiast celnie trafia do portfela.  Wydaje się,
że w tym współczesnym zawirowaniu, warto sięgnąć do skarbca Kościoła i ruszyć na przetarte i sprawdzone
szlaki.Przed paroma dniami z pewnym młodym filozofem, Pawłem, poddaliśmy wstępnej analizie regułę
św. Romualda w jej pierwotnej wersji. Postawiliśmy sobie pytanie, czego możemy nauczyć się dzisiaj od
założyciela kamedułów,  jednej z najbardziej surowych form życia zakonnego? Wielu nie ma świadomości,
że na drogę radykalnego ubóstwa wchodzili ludzie szukający prawdziwej wolności, a którzy dysponowali
gigantycznymi majątkami i ogromną władzą. Św. Romuald (ok. 951 – 1027) był patrycjuszem z Rawenny,
 a jego towarzysz, jeszcze bardziej radykalny, św. Piotr Orseolo (928 – 987) był dożą Wenecji. Obydwaj 
dotarli na pogranicze Francji i Hiszpanii do opactwa benedyktynów Saint-Michel de Cuxa, gdzie doża
do śmierci żył w rekluzji, czyli dobrowolnym, całkowitym odosobnieniu, natomiast Romuald w Camaldoli,
 wraz z uczniami dał początek kamedułom. Powstała reguła, była wynikiem życiowej konfrontacji Romualda
zarówno z regułą benedyktyńską, jak i pismami egipskich ojców pustyni. Dzisiaj ukazuje nam, przez swą
niezwykłą jasność, drogę, którą warto, na miarę naszych możliwości podążać.
I tak według św. Romualda:
- Cela dla mnicha to raj, który umożliwia usunięcie z pamięci całego świata. Poprzez fakt, że w raju kluczową
osobą jest Bóg, takie oczyszczenie jest skuteczne, tym bardziej, że droga do celi mnicha wiedzie przez
 Sakrament Pokuty. Wtedy dopiero można rozpocząć kontrolę myśli, tak,  jak to czyni dobry rybak, zwracając
uwagę na ryby.
- Jedyna droga jest w psalmach. Romuald zachęca do nieustannego ich powtarzania i pogłębienia rozumienia
 ich treści. Pamiętamy, że psalmy to w dziejach światowej literatury najbardziej wypróbowana szkoła myślenia pozytywnego, a ich zwornikiem i dopełnieniem jest Jezus Chrystus.
- Przede wszystkim staw się w obecności Bożej z bojaźnią i drżeniem, jak ktoś, kto stoi przed obliczem władcy.
 Dzisiaj, aż strach mówić o takiej postawie wobec Boga, dlatego, aż strach żyć.
- I wreszcie poczucie zadowolenia z zależności  od łaski Boga: siedź jak pisklę, któremu jeśli matka nie
da, bezradne jest i nie ma nic do jedzenia. W ten punkt znakomicie wpisuje się Eucharystia, która stanowi
 centrum życia prawdziwie wolnego człowieka – mnicha. Niby to jest takie oczywiste, ale tak trudno nam
uznać, że bez Boga nic nie możemy uczynić.
Wydaje się, że tylko takie radykalne oczyszczanie umysłu i serca od chciwości,  czyni nas  wolnymi, a przez
 to bardziej kreatywnymi współpracownikami Stwórcy i Odkupiciela.
Z młodym filozofem Pawłem postanowiliśmy temat pogłębiać, mając świadomość, że otaczający nas świat
nie będzie nam pomagał, choć może Duch Święty jeszcze jakieś serce odważne  i umysł otwarty do nas zechce
przyłączyć.
 
                                                                                                                   Ks. Lucjan Bielas
 
 
O skuteczności modlitwy prośby uwag kilka
(Rdz 18, 20-32; Kol 2, 12-14; Łk 11, 1-13)
Wielu rezygnuje z modlitwy albo po prostu twierdzi, że nie ma na nią czasu, albowiem nie czują relacji
z Bogiem, a przede wszystkim uważają, że są niewysłuchani. Na to zaś wielu radzi takim biedakom,
aby nie traktować modlitwy, jako kartki papieru, na której jest rozpisany „koncert życzeń”
 do Pana Boga. Przedkłada się Mu taką listę i pokazuje miejsce, na którym pokorny Bóg ma
złożyć swój podpis, najlepiej natychmiast  i tak zadowolić wnioskodawcę. Bóg z reguły nie
reaguje i zaczynają się kłopoty. Paradoksalnie, można przypuszczać, że gdyby proszący
był na miejscu Boga, też by nie zadziałał.   Zdecydowanie mądrzej jest stanąć na modlitwie
z pustą kartką, ale już podpisaną przez człowieka. Jest to wyraz otwartości na wolę Pana Boga
 i gotowości odczytania i wypełnienia jej. Wydawałoby się co niektórym, że sprawa jest
załatwiona, tymczasem Pan Jezus, jak zwykle, sugeruje nam dzisiaj trzecie wyjście. Aby je zrozumieć,
a co za tym idzie, mądrze z niego korzystać, Jezus uczy podstawowej modlitwy, która będzie zarówno
kształtowała nas jako Jego uczniów, jak i pomagała nam w tworzeniu właściwej relacji z Bogiem i bliźnimi.
I tak Jezus oferuje nam swoją obecność podczas naszej modlitwy. To dzięki Niemu i z Nim, mogę
do Boga zwrócić się słowami Ojcze nasz – Ojcze Jezusa i Ojcze mój i moich braci, czyli Ojcze nasz.
Dalej, Jezus, sugeruje nam natręctwo podczas modlitwy, natręctwo prośby. Niewątpliwie jest ono
swoistego rodzaju weryfikacją prośby. Nieustanna prośba stanowi też swoistego rodzaju
oczyszczenie zaufania. Jej ciągłe  powtarzanie weryfikuje  prośbę, a nazywanie jej pozwala,
nie tylko na dobre jej  sprecyzowanie, ale również wywala w proszącym wolę aktywnej współpracy
 z łaską Boga. Taki sposób proszenia jest możliwy tylko wtedy, kiedy to między wierzącym człowiekiem
 a Bogiem jest miłość i zaufanie.
Po trzecie, Jezus sugeruje, że ufając w wysłuchanie naszych próśb, nie powinniśmy oczekiwać,
że ich efekt wyskoczy, jak z automatu, lecz: Ojciec z nieba udzieli Ducha Świętego tym, którzy
Go proszą. Można pokusić się o bardzo  współczesną parafrazę, a mianowicie, że Boski Duch,
da nam oprogramowanie, konieczne do sprostania celom, jakie widzimy i nazywamy w naszych
prośbach. Tak więc owo trzecie rozwiązanie, to takie przedstawienie Bogu próśb, aby były 
one naszą inicjatywą, a także całkowitym zawierzeniem Jemu. Wyraża się to w wewnętrznej
gotowości na Jego korekty, a nawet na całkowicie inne scenariusze. Faktem jest, że ci, którzy
cieszą się świadomością Jego miłości, i starają się na nią odpowiadać,  nie mają z tym żadnych
 większych problemów.  Pamiętajmy, że to dzięki Jezusowi, który uwalnia nas od grzechów
 i jest obecny w naszych modlitwach, mogą one mieć nieporównywalnie większą moc niż wszystkie
 inne prośby tego świata. To jednak pociąga za sobą odpowiedzialność.
Dzisiejsza liturgia stawia nam, zbrojonym w narzędzia przemiany świata, jako wzór człowieka proszącego
 Boga z wiarą, Abrahama.   Ten stary człowiek, który wiedziony wiarą  wiele widział w swoim życiu,
wyszedł z Ur chaldejskiego, przeszedł przez Egipt i nie straciwszy wrażliwości, wstawia się u Boga,
za miastami kananejskimi Sodomą i Gomorą, których to mieszkańcy pogubili się moralnie tak mniej
więcej, jak nasz współczesny świat. Sprawiedliwy i miłosierny Bóg był gotów, widząc wiarę Abrahama,
 na jego prośbę dla choćby tylko dziesięciu sprawiedliwych uratować miasta. Niestety nawet tylu się nie znalazło.
Wiele nam do myślenia mogą dać słowa Jezusa, który przestrzega miejscowości, w których często był,
nauczał i działał cuda. Widząc niewiarę  mieszkańców Korozain, Betsaidy, wypowiedział słowa,
 które powinny i nas postawić do pionu: Bo gdyby w Tyrze i Sydonie działy się cuda, które u was
się dokonały, już dawno w worze i w popiele by się nawróciły. Toteż powiadam wam: Tyrowi i Sydonowi
lżej będzie w dzień sądu niż wam.  Natomiast do mieszkańców Kafarnaum, z którymi był bardzo związany, rzekł:
 Bo gdyby w Sodomie działy się cuda, które w tobie dokonał, przetrwałyby aż do dnia dzisiejszego. Toteż
powiadam wam: Ziemi sodomskiej lżej będzie w dzień sądu niż tobie (por. Mt 11, 20-24).
Te słowa wypowiedział Miłosierny Jezus, Wszechmogący Bóg – Sędzia Sprawiedliwy. Może
to czas najwyższy, aby poczuć się odpowiedzialnym  za los swój i innych.
 
                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas
  
 
Jak przyjąć Boga w swoim domu?
(Rdz 18, 1-10 a; Kol 1, 24-28; Łk 10, 38-42)
Dzisiejsza liturgia czytań mówi o trzech wizytach Boga w domu człowieka.
Pierwszy fragment pochodzi z Księgi Rodzaju. Bóg przychodzi w postaci trzech gości do Abrahama, którego wcześniej
wybrał i zawarł z nim przymierze. Możemy dzisiaj, z perspektywy Nowego Testamentu, dostrzec w tej trójce mężów,
zarysowanie prawdy o Trójcy Przenajświętszej. Abraham, choć widział trzech przybyszów, miał świadomość, której
też dał wyraz, że to Bóg jedyny odwiedził jego koczownicze domostwo. Przyjął owych trzech mężów tak, jak przyjmuje
się najbardziej godnego gościa. Ta wizyta trwała dość długo, albowiem w tamtych koczowniczych warunkach
przygotowanie posiłku na takim poziomie,  jak chciał Abraham, na pewno nie trwało pięciu minut. Bóg zostawił
prezent, który przekraczał ludzkie możliwości gospodarzy, a mianowicie zapowiedział, że za rok żona Abrahama
urodzi mu syna. Ta obietnica była logicznym następstwem zawartego przymierza z Bogiem, lecz całkowicie wbrew
 ludzkiej logice – Abraham miał prawie 100 lat, a Sara ponad 90. Realizacja ich obumarłych ludzkich marzeń
 o potomku ukazuje wszechmoc Boga i jest odpowiedzią na bezgraniczne Jemu zawierzenie. Paradoksalnie,
to gościnne przyjęcie trzech mężów przez Abrahama prawdopodobnie w XVIII wieku przed Chrystusem,
 w namiotach pod dębami Mamre na Wyżynie Judzkiej, zmieniło historię świata.
W ród Abrahama wpisał się sam Bóg, przyjmując postać człowieka. Już nie jawi się jako człowiek, ale rodzi
się człowiekiem. I tak druga Osoba Boska – Syn Boży – Jezus Chrystus, stał się domownikiem człowieka.
Nie dla zabawy, nie dla grymasu Wszechmocnego, ale aby przez dzieło odkupienia uczynić człowieka,
uczynić nas, domownikami Boga.
Dla wielu obecność Jezusa na ziemi jest bez znaczenia, wielu widzi w Nim zagrożenie. Wielu wprawdzie 
legitymizuje się otwartymi drzwiami dla Jezusa, ale nie czyni z Niego domownika. Zapewne dla niewielu
rodzi się pytanie, jak przyjąć Go rzeczywiście szczerze i owocnie. To właśnie dla tych jest dzisiejsza Ewangelia, 
w której Łukasz opisał odwiedziny Jezusa w rodzinie przyjaciela Łazarza i jego dwóch sióstr, Marty i Marii.
Reakcja Marty jest do bólu szczera. Podobnie szczerze zareagowała Maria. Obecność Jezusa nie uczyniła
z tego domu teatru sztucznych postaw. Do bólu szczery Jezus nie gani Marty, lecz chwali Marię. Marta gromadzi
dobre uczynki, Maria zaś karmi się słowem Bożym. Jedno i drugie jest dobre, choć słowu Bożemu trzeba przyznać
pierwszeństwo.
Spotykamy jeszcze raz Jezusa w tym domu, ale w zupełnie innych okolicznościach, a mianowicie po śmierci
 Łazarza. Marta odrobiła zadanie domowe i tak  bardzo zaufała słowu Jezusa o zmartwychwstaniu, że nie szukała
i nie sprowadzała Chrystusa, podczas choroby brata, co byłoby zgodne z jej temperamentem. Ten, kiedy przyszedł
już po pogrzebie Łazarza,  kazał otworzyć grób i zgodnie z jej wiarą wskrzesił Swojego przyjaciela (por. J 11,1 – 44).
Z Chrystusem obecnym w naszych ludzkich bolesnych doświadczeniach, można zrobić coś jeszcze więcej. Znakomicie
ujął to uwięziony św. Paweł w liście do Kolosan: Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony dopełniam
niedostatki udręk Chrystusa w moim ciele dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. To właśnie Chrystus nadaje
sens naszemu ludzkiemu cierpieniu, którego tyle jest w naszych domach. Jeśli z Nim cierpimy, jeśli z Nim umieramy,
to i z Nim zmartwychwstaniemy do pełnego udziału w Jego Domu.
 
                                                                                        Ks. Lucjan Bielas
 
Ciekawostka:
W roku 1868 z  inicjatywy archimandryty Antonina, który to odpowiadał za rosyjską misję prawosławną
 w Jerozolimie, Rosyjski Kościół Prawosławny zakupił grunt, na którym znajdował się jeden z dębów Abrahama.
 Miejsce to stało się miejscem pielgrzymek prawosławnych.  Pod koniec XIX stulecia dąb Abrahama zaczął
obumierać. W 1996 pojawiły się na nim ostatnie zielone liście. I choć drzewo rzeczywiście obumarło, obok
pojawił się nowy pęd.
 
 
Powołanie a wolność
(1 Krl 19,16b.19-21; Ga 5,1.13-18; Łk 9,51-62)
Jezus buduje swój Kościół między innymi, tworząc małe zespoły, składające
 się z tych, których On powołał, i którzy okazali się temu powołaniu wierni.
Tak zw. kryzysy Kościoła są czasem oczyszczania, w którym odpada to, co było
nieszczere, lub łaskę powołania, w swojej wolności, straciło.
Do refleksji na ten temat, sprowokowanej dzisiejszymi czytaniami,  zaprosiłem
Panią Ewę, sensowną nauczycielkę języka polskiego, która wraz ze swym mężem
od lat aktywnie działa w Kościele. Zwróciła uwagę na bardzo ważną rzecz,
a mianowicie – miłość, powołanie i służba, to synonimy. Każdy jest powołany
do miłości, a służba jest jej praktycznym wyrazem, jest miłością zamienioną
w czyn. I z tym właśnie przekonaniem dołączyliśmy się do grupki Apostołów
udających się wraz z Jezusem do Jerozolimy i przemierzających drogi Samarii.
Uczniowie, których zadaniem było przygotować Mu pobyt, spotkali się w pewnej
 miejscowości z odmową przyjęcia ich. W tym niemiłym doświadczeniu kluczowe
jest pytanie Jakuba i Jana skierowane do Jezusa: Panie, czy chcesz, a powiemy,
żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Uczniowie z jednej strony mieli
świadomość mocy, jaką posiadali, przebywając z Mistrzem, z drugiej zaś
 jeszcze pełni byli ludzkiej słabości. To ich wewnętrzne rozdarcie ratuje
posłuszeństwo, Jego woli – Czy chcesz?  Jezus powstrzymuje ich gniewliwe
zapędy i szanując zdanie gospodarzy, bez komentarza, każe szukać innego miejsca pobytu.
Dla św. Łukasza ta sytuacja staje się znakomitym momentem, aby dotknąć
pewnych ważnych cech, których Jezus oczekuje od powołanych do grupy
Apostołów. On to dla  zbawienia człowieka oddał swoje życie i jest gotów
szukać każdej zabłąkanej owieczki, jednakże przy budowaniu zespołu
duszpasterskiego przestrzega twardych zasad. Za nikim nie chodzi, nie
nalega, nie przekonuje, nie błaga. Propozycję daje raz i albo wchodzisz
 z wiarą i entuzjazmem, świadom swoich ludzkich braków, ale gotowy do
pracy nad sobą pod kierunkiem Jezusa, albo odchodzisz, tak jak to uczynił
bogaty młodzieniec (por. Mt 19, 16 – 22 ). Celowo używamy czasu
teraźniejszego, ponieważ proces powoływania Jezusowego teamu, trwa
nieustannie w Jego Kościele. Opisane przez Ewangelistę spotkania jeszcze
bardziej precyzują zasady budowania przez Niego zespołu.  Ktoś powiedział
do Jezusa: „Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz”. Jezus mu odpowiedział:
„Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie
ma miejsca, gdzie by głowę mógł wesprzeć”. Jezus przejrzał głębie
 duszy pytającego i jego prawdziwe zamiary. Po tej odpowiedzi kandydat
nie ponawia swej prośby.
Pośród wszystkich zespołów, jakie funkcjonują w dziejach świata ten
Jezusowy jest wyjątkowy. Jezus jego szef jest nie tylko człowiekiem,
ale jest Bogiem. Ma prawo postawić logiczne w takiej sytuacji wymagania,
które wydaje się brzmią nieludzko. I tak Chrystus, który przenika serce
w konkretnym przypadku może powiedzieć do potencjalnego kandydata -
nie zajmuj się pogrzebem ojca, nie rób pożegnań z najbliższymi i nie
oglądaj się wstecz, albowiem ten, kto żyje przeszłością nie jest w stanie
patrzeć w przyszłość.
Co daje takie entuzjastyczne zareagowanie na głos Mistrza?
Najlepszą odpowiedź daje dzisiaj ten, który takiego kroku z wiarą
 i entuzjazmem dokonał – św. Paweł: Wy zatem, bracia, powołani
zostaliście do wolności. Apostoł Narodów miał prawo tak powiedzieć,
bo całym swoim życiem tę prawdę wykrzyczał. I tak nawet niewielu,
którzy powołani pójdą za Chrystusem zrobi wiele niezależnie od przeciwności
w świecie i w Kościele.
 
                                                                                       Ks. Lucjan Bielas
Pusty krzyż
(Łk 9,18-24)
Zawsze uważałem, że sam znak krzyża bez pasyjki, czyli wizerunku Chrystusa,
nie ma większego znaczenia. Aż pewnego razu przeczytałem tekst napisany przez
 człowieka, który szukał sposobu, aby skutecznie wyjść naprzeciw ludziom mocno
zapracowanym. Św. Josemarίa Escrivά, odpowiadając komuś na pytanie napisał:
 „Pytasz mnie: Dlaczego ten drewniany krzyż? Więc przepiszę ci słowa pewnego
listu:  Gdy podnoszę oczy znad mikroskopu, mój wzrok pada na czarny pusty krzyż.
Ten krzyż bez Ukrzyżowanego – to symbol. Posiada znaczenie, którego inni nie
dostrzegają. I ten, który z powodu zmęczenia zamierzał przerwać zajęcie, na nowo
 pochyla się nad okularem i pracuje dalej. Bo ten samotny krzyż prosi o ramiona,
 które by go niosły” (Droga, Poznań 2012, 277).
Tak oto pusty krzyż mocno wpisuje się to w twarde polecenie dane przez samego
Chrystusa: Potem mówił do wszystkich: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze
samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje. Bo kto
chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu,
ten je zachowa”. Myślę, że komentarz jest zbędny.
                                                                  
                                                                                   Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
Ten, który…
(1 Kor 11,23-26)
(Łk 9,11 b-17)
Ten, który aktem swej woli stworzył wszechświat,
Ten, który aktem swej woli stworzył człowieka,
Ten, który aktem swej woli stworzył mnie,
Ten, który będąc Bogiem, uniżył się i aktem swej woli, za zgodą człowieka, sam  
stał się człowiekiem,
Ten, który będąc Bogiem żył i umarł jak człowiek,
Ten, który sam zmartwychwstał,
Ten, który śmiertelną ludzką naturę wniósł do Nieba, nadając jej nową,
wieczną perspektywę,
Ten właśnie, wskazując na kawałek chleba, który ja trzymam w dłoniach,
będąc Jego kapłanem, mówi moimi ustami: TO JEST CIAŁO MOJE
i który podobnie wskazując na wino w kielichu, mówi: TO JEST KIELICH
KRWI MOJEJ NOWEGO I WIECZNEGO PRZYMIERZA, KTÓRA
ZA  WAS I ZA WIELU BĘDZIE WYLANA NA ODPUSZCZENIE GRZECHÓW.
Jeśli więc Bóg, który jest czystą miłością i dla którego nie ma nic niemożliwego,
tak mówi, to choć zmysły mówią mi inaczej, to ja Bogu wierzę ze wszystkimi
tego konsekwencjami!
 
                                                                                 Ks. Lucjan Bielas
 
 
Mówić o Trójcy Przenajświętszej trzeba życiem
(J 16,12-15)
W 2019 r. w toczącej się dyskusji na temat skandali seksualnych w Kościele zabrał głos
papież senior Benedykt XVI. W znakomitym tekście opublikowanym w monachijskim
Klerusblatt (15.04.1019), między innymi napisał: Pierwsze zadanie, które musi wypływać
 z moralnych wstrząsów naszych czasów, polega na tym, byśmy ponownie zaczęli
żyć Bogiem i skierowani ku Niemu. My sami musimy się przede wszystkim ponownie
nauczyć uznawać Boga za fundament naszego życia, zamiast pomijać Go jak jakiś
nierealny frazes. Nigdy nie zapomnę ostrzeżenia, jakie kiedyś napisał do mnie wielki
teolog Hans Urs von Balthasar na jednej ze swoich pocztówek. „Boga w trzech osobach:
Ojca, Syna i Ducha Świętego nie zakładać, ale wskazywać!”. Istotnie, także w teologii
Bóg jest często traktowany jako oczywistość, ale konkretnie nikt się Nim nie zajmuje.
Temat Boga wydaje się tak nierealny, tak oddalony od rzeczy, które nas zajmują. A jednak
wszystko staje się inne, kiedy nie zakłada się z góry Boga, ale Go wskazuje. Kiedy nie
zostawia się Go jakoś w tle, ale uznaje za centrum naszego myślenia, mówienia
i działania. Ci wielcy teologowie, giganci tej dyscypliny, wskazują na podstawową
prawdę, a mianowicie, że Bóg Trójjedyny jest dla naszego umysłu niepojęty. Jest odwiecznym,
stwórczym wirem miłości między trzema osobami w jednej naturze Boskiej, w którym
każda każdej daje całą siebie i każda od każdej otrzymuje ją w całości. To w Nim jest
pomysł na wszechświat, pomysł na człowieka, pomysł na mnie. To w Nim jest program
ratowania pogubionego człowieka. To w Nim jest początek i koniec wszystkiego. I nawet
kiedy jakiś człowiek, byt krótkoterminowy, w swej wolności twierdzi inaczej, to w całej
tej logice wszechświata, nie ma to wielkiego znaczenia.
Idąc dalej za myślą teologów, najważniejszym wykładem o Bogu w trzech osobach
jest według nich, nasze życie  pełne miłości, przekładającej się na zachowanie porządku
moralnego przez Niego ustanowionego.
Pamiętam wykład pewnego świeckiego teologa z USA. Wspomniał w nim o swoich teściach,
którzy jako młodzi ludzie przygotowywali się, jak Pan Bóg przykazał do sakramentu
małżeństwa. Kiedy po jego zawarciu przeżyli swą pierwszą noc poślubną, udali
się na Mszę św. W jej trakcie, po przyjęciu Komunii św., świeżo upieczony pan młody
wrócił do ławki i ze łzami w oczach usiadł obok żony. Dlaczego płaczesz? – zapytała.
On wtedy odparł: bo teraz dopiero zrozumiałem Eucharystię. Przeżycie miłości, która
dawała poczucie bezpieczeństwa w odpowiedzialnym oczekiwaniu na siebie i to przeżycie
 pełnego zjednoczenia we wzajemnym daniu i przyjęciu siebie, pomogło w zrozumieniu
obecności Trójjedynego Boga w Eucharystii.
I tak jest w każdej dziedzinie naszego życia. Warto więc wszystko zaczynać w Imię Ojca
i Syna i Ducha Świętego, bo choć nie pojmujemy, to chwytamy istotę, a jest nią miłość,
która naszym czynom nadaje inną rangę i nadludzką skuteczność.
                                                                     
                                                                               Ks. Lucjan Bielas
 

Spirala życia
(J 14, 15-16. 23b-26)
Ludzie na ziemi sami sobie nie poradzą. Wprawdzie próbują ją przebudowywać
i efekty tych działań w wielu dziedzinach  są imponujące, to jednak samozagłada
nie tylko leży w ludzkich możliwościach, ale wydaje się wysoce prawdopodobna.
Bóg Stwórca nie zostawia nas na pastwę losu, lecz do pogubionego w grzechu człowieka
 wysyła swego Syna. Dzięki Jego dziełu odkupienia możemy, oddając Mu grzechy, razem
z Nim do Boga mówić Ojcze. Ta relacja sprawia, że ziemia nie jest naszym docelowym
miejscem pobytu. Nie jest nim kosmos, do którego tak nas ciągnie. Jest nim przestrzeń
miłości w trójkącie Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
Bóg, który jest Miłością, zostawia człowiekowi wybór, albowiem zawsze tam, gdzie
jest miłość, jest możliwość wyboru. Dlatego też dopuszcza w pewnym zakresie działanie
 szatana, oskarżyciela i kłamcy. Daje jednocześnie skuteczne narzędzie poznania i moc
obrony, Ducha Świętego. Mam więc możliwość wznieść się ponad całe zamieszanie
we mnie i w świecie, aby nadać swojemu życiu właściwy sens. Pytanie: jak to zrobić?
Trudno o bardziej jasną instrukcję od tej, jaką przekazał sam Jezus Chrystus w sprawie
Ducha Świętego. Jan Apostoł, który znakomicie chwycił jej sens, przekazał nam słowa
Pana. Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę
prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze. Zgodnie ze słowami
 Jezusa do mnie należy poznanie Jezusa i pokochanie Go, co przekłada się na życie
według przykazań w Jego interpretacji, czyli miłości Boga, która przekłada się na miłość
 wzajemną taką, jaką On nas umiłował.
Ten, który skanuje nasze serce i widzi naszą miłość, choć jeszcze może słabą i nasze życie,
choć jeszcze niedoskonałe, wchodzi w cudowną współpracę, o której Jezus tak mówi:
A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego
 nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. Tak więc na miarę
naszych wysiłków, otrzymujemy wsparcie, czyli „aktualizację od Boskiego Programisty
”.  Tak powstaje fantastyczna spirala, która wkręca nas do innej rzeczywistości, realnej,
 a nie wirtualnej czy urojonej. Jezus tak to określa: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie
zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie
 u niego uczynimy. Tak więc niebo, dom Ojca niebieskiego staje się naszym udziałem,
jest już w nas, a proces wkręcania się nie ma końca, bo Bóg go nie ma.
Muszę się przyznać, że im starszy jestem, tym bardziej mnie to kręci!
 
                                                                                      Ks. Lucjan Bielas
 
 
Chrystus w niebie i na ziemi
 (Dz 1,1-11; Łk 24,46-53)
W każdej Eucharystii przez wiarę uczestniczymy jako rzeczywiści świadkowie w uobecnionym dziele
zbawczym Chrystusa, czyli również w Jego wniebowstąpieniu.
Św. Łukasz Ewangelista w dwóch miejscach opisuje to wydarzenie. Czyni to zarówno w swojej Ewangelii,
 jak i w Dziejach Apostolskich. Są to dwie, pozbawione sztucznej euforii relacje z tego samego wydarzenia,
 które się jednocześnie i pokrywają i uzupełniają. To wszystko wskazuje na  głównego autora, na Ducha
Świętego, a także na konkretny przekaz uczestników owego spotkania na Górze Oliwnej.
Gruntowne zapoznanie się z tym, co się wtedy wydarzyło i w czym bierzemy udział, wydaje się pewnym
zobowiązaniem, którego pominąć nie sposób. Przed wyprowadzeniem uczniów na Górę Oliwną, Jezus
przekazuje im umiejętność właściwej interpretacji Prawa Mojżeszowego, Proroków i Psalmów, jako
zapowiedzi Jego dzieła odkupienia, ze szczególnym akcentem na odpuszczenie grzechów. Dzieło to ma
charakter uniwersalny, czyli dotyczy wszystkich narodów. Misją Jego uczniów jest  bycie świadkami,
a co za tym idzie pomoc innym w nawróceniu, czyli w przeprogramowaniu myślenia. Do tego zadania,
ponieważ przerasta ono ich możliwości, otrzymają moc z wysoka – Ducha  Świętego.
Na Górze Oliwnej udzielił uczniom błogosławieństwa i uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał
Go im sprzed oczu. Zarówno dla nich, jak i dla nas szczególnie, ważne jest to, co wpatrującym się w niebo
powiedzieli dwaj mężowie w białych szatach, a mianowicie: Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie
 tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba. Tego zapowiedzianego wydarzenia będziemy wszyscy
uczestnikami, wierzący, wątpiący, inaczej wierzący, niewierzący, apostaci, oczekujący, obojętni, przestraszeni,
po prostu wszyscy. Wielu z nas o tym zapomina, co przekłada się na głupie życiowe decyzje.
Co więc zrobić, aby to doświadczenie wniebowstąpienia, połączone z oczekiwaniem na powtórne przyjście
 Pana weszło nam w krew i było szkołą życiowej mądrości?
Bardzo ważna była reakcja świadków wniebowstąpienia Chrystusa:  z wielką radością wrócili do Jerozolimy,
 gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga.  Stałe przebywanie w świątyni Kościół
Chrystusowy przełożył na regularne uczestniczenie w niedzielnej Eucharystii, w czasach apostolskich zwanej
  „łamaniem chleba”. Chrystus, który wstąpił do nieba, nie opuścił człowieka na ziemi, nawet w tych jej
zakątkach, gdzie człowiek robi wszystko, by dla Niego nie zostawić najmniejszego miejsca.
Jestem pod ogromnym wrażeniem wspomnień ks. Leonharda  Steinwendera pt. „Chrystus
w obozie śmierci”. Ten austriacki ksiądz z Salzburga, za swoje przekonania był więziony w obozie
 Buchenwald w latach 1938 do 1940. W obozie było wtedy ok. 15 do 20 tys. osób, które nie miały
większych potrzeb duszpasterskich. Tylko niewielka grupka z narażeniem życia i w obawie przed
donosami współwięźniów,  skupiona wokół kapłanów, wspominając życie parafialne, zachowując
 kalendarz liturgiczny, w całkowitej konspiracji,  regularnie świętowała niedzielę. Tak ks. Leonhard
opisał przebieg obozowej Mszy św. „Po zwykłej modlitwie wprowadzającej, czasem modlitwie
w specjalnej intencji, wynikającej z okoliczności czasu i indywidualnych spraw, następowało krótkie
 przemówienie. Później były jeszcze skromne modlitwy dyktowane często chwilą i troskami, na koniec
 Ojcze nasz i wspomnienie zmarłych. Ta przerażająca surowość i prostota pokazuje już sama w sobie
, jak silna musiała być łaska płynąca przez nasze niedziele w obozie”. Tak Chrystus był obecny
w obozie koncentracyjnym, przez swoich świadków, księży, którzy byli kapłanami, a nie tylko
wykonywali, czy uprawiali kapłaństwo, przez wiernych, którzy w nieludzkich warunkach okazywali
się ludźmi, albowiem jedni i drudzy nadzieję położyli w Chrystusie.
To obozowe wspomnienie jak w soczewce ukazuje ponadczasową prawdę o Kościele Chrystusowym,
o sensie wiary, o Chrystusie w świecie i o konieczności Jego powtórnego przyjścia.
Wielu po tę książkę nie sięgnie, jako że po doświadczeniu pandemii byłaby to dla nich wyjątkowo stresująca lektura.
 
                                                                                  K                                s. Lucjan Bielas
 
 
 
 
 
 
 
Płaszczyzna ześlizgu i parasol
(J 13, 31-33a. 34-35)
42 lata temu 5 maja 1980 r. sługa Boży, ks. bp Jan Pietraszko w Kolegiacie św. Anny w Krakowie, do tłumnie
 zgromadzonej akademickiej elity katolickiej skierował mocne słowa: Tyle jest naiwnego paplania o miłości,
jak choćby w tej religijnej piosence, która głosi: „Każdy kocha jak umie, a Pan Bóg wszystko rozumie”.
No właśnie, tu jest sedno nieporozumienia: Każdy kocha jak  umie. A Chrystus mówi Przyszedłem was nauczyć,
bo źle umiecie, bo źle rozumiecie to wielkie słowo. Przyszedłem was nauczyć na własnym przykładzie miłości
do człowieka, bo człowiek nie umie kochać, nie umie sobie z tym zadaniem poradzić. To jest jakaś przechylona
płaszczyzna ześlizgu ku takim fenomenom życia, które z miłością nic albo prawie nic nie mają wspólnego poza
wspólnym terminem, który jest rozpinany jak parasol nad sprawami bardzo dalekimi i wrogimi miłości.
Jest rzeczą znamienną, że to gorzkie stwierdzenie  padło w czasie wielkiej narodowej radości wypływającej
z wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrowa, kiedy wydawało się nam, że nastąpiło ożywienie religijne
przekładające się na powstający społeczny ruch solidarności. Biskup doskonale widział, że „paplaniem”
o miłości, można zatrzeć wyrazistość przykazań, a co za tym idzie, odpowiedzialność.  Wystarczy tylko
spojrzeć na procesy, jakie zaszły w naszych rodzinach w imię rozmytej miłości.
Dzisiaj słowa Sługi Bożego nic nie tracą ze swej aktualności. Wydaje się, że „płaszczyzna ześlizgu” jest
jeszcze bardziej stroma, a „parasol” rozpięty jeszcze bardziej.  Mimo że my Polacy w ostatnim trudnym
 czasie, okazaliśmy otwarte serca i otwarte drzwi, czym zadziwiliśmy świat, to jednak doskonale wiemy,
że bardzo daleko nam do tej miłości, o której wspomina Jezus, dając przykazanie noweabyście się
wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Poprzeczka
Starego Testamentu: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego (Mt 22,39), została przez Jezusa
 podniesiona, aż do miłości nieprzyjaciół. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie
się wzajemnie miłowali. Miłość więc ma być naszą wizytówką, i to miłość, której Jezus Chrystus, Bóg,
 który uniżył się do bycia człowiekiem i Człowiek, który oddał swoje życie za przyjaciół swoich, jest punktem
odniesienia. Tylko taka miłość jest w stanie zmienić bieg historii. Bez takiej miłości, życie jednostek traci
sens, rodzina traci swą jedność, społeczeństwo swą siłę, świat traci pokój, a obrona konieczna przerodzi
się w rzeź. To, co mogę zrobić dzisiaj, to trwać przy Tobie Jezu!
 
                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 
 
Do tych wszystkich, którzy w pracy czują się zniewoleni
(J 10,27-30)
Kiedy to 22 maja 1977 przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk ówczesnego metropolity krakowskiego,
 ks. kard. Karola Wojtyły, wydawało mi się, że wypłynąłem na szerokie wody wolności kapłańskiej.   
Tymczasem kilka dni później, w pałacu biskupim w Krakowie, spotkały się dwie grupy zaproszonych księży.
Jedną stanowili poważni proboszczowie, drugą zaś neoprezbiterzy, do których i ja należałem. O wyznaczonej
godzinie pojawił się Ksiądz Kardynał z  listą w ręku i po powitaniu rozpoczął odczytywanie w kolejności
alfabetycznej nazwisk świeżo wyświęconych kapłanów, na czele z moim,  oraz nazw parafii, do których
nas wysyłał.  Wiadomo było, że taka jest procedura i są to suwerenne decyzje biskupa, któremu ślubowaliśmy
posłuszeństwo, ale kiedy to nastąpiło, poczułem, że utraciłem swoją wolność. Na dodatek wysłano mnie jako
tzw. księdza wikarego do parafii Kozy, o której w ogóle nic nie wiedziałam, a nawet nie miałem pojęcia,
gdzie ona jest. Grozy dodawał fakt, że w prawie rzymskim termin vicarius między innymi oznaczał pomocnika
 niewolnika. Mojej traumy ani nie zmieniło serdeczne podanie ręki pierwszego szefa, ks. Władysława Sieczki,
 ani uwagi kolegów, że świetnie trafiłem. Jak najszybciej udałem się do Jaworzna, do domu rodzinnego,
do ostatniego bastionu mojej wolności. Kilka dni  później moją traumę pogłębiła prośba kolegi, abym
przygotował rozważania na nasz kapłański dzień skupienia, na podstawie pism bł. O. Maksymiliana Kolbe.
Beatyfikowany w roku mojego wstąpienia do seminarium (17 października 1971) był patronem naszego rocznika.
Obrzydzony mi skutecznie przez kaznodziejów, akcentujących przede wszystkim jego śmierć i jej okoliczności,
nie był moim, mówiąc delikatnie, ulubionym świętym. Ciągle tylko słyszałem o Auschwitz, o bunkrze, o zastrzyku
i o heroicznej postawie kapłana i to zamykało moje uszy i głowę na całą jego osobę. Dopiero prośba kolegi,
 która była silniejsza niż moje zahamowania, skłoniła mnie do poszukania odpowiedzi na pytanie:  - kim  tak
naprawdę był Ojciec Kolbe i dlaczego w tej granicznej sytuacji podjął taką, a nie inną decyzję?
Dzięki tym poszukiwaniom zobaczyłem w nim wspaniałego człowieka, prawdziwego mężczyznę, wierzącego
kapłana i posłusznego zakonnika. I właśnie ten ostatni punkt, w mojej ówczesnej sytuacji utraty wolności
w imię posłuszeństwa, mocno mnie piknął. Ku mojemu zdumieniu spotkałem w Ojcu Kolbe jednego
z najwolniejszych ludzi. Jego szerokie spojrzenie, jego podejmowane inicjatywy i imponujące plany,
a przede wszystkim skuteczność działania, wzbudzały nie tylko mój podziw, ale i ogromne zdumienie,
albowiem można, trochę upraszczając, powiedzieć, że Kolbe zrobił wszystko wbrew woli przełożonych,
 ani razu nie łamiąc posłuszeństwa. Często było tak, że kiedy zwracał się z jakimś odważnym pomysłem,
prosząc o pozwolenie na jego realizację, słyszał odmowną decyzję, suche, zwyczajne: nie pozwalam.
Zawsze przyjmował decyzję przełożonego, wszystko zawierzając Bogu, z którym był w nieustannym kontakcie.
 I wtedy Najwyższy, z którym rzecz była na modlitwie przedyskutowana, brał sprawę w swoje Boskie ręce albo
 wpływając na decyzję przełożonego, albo inną jeszcze drogą przeprowadzając swą Boską wolę.
Odkrycie tej prawdy o św. Maksymilianie Marii Kolbem przywróciło mi wolność w kapłaństwie. Uświadomiłem
 sobie, że przez medytację trzeba być ściśle złączonym z Jezusem Dobrym Pasterzem. Trzeba szukać Jego,
 a nie swojej woli. Planom z Nim uzgodnionym nic i nikt nie może stanąć na przeszkodzie.
Lata zarówno własnych doświadczeń, jak i obserwacji otaczającego mnie świata, pozwalają mi na sformułowanie
 kilku praktycznych wniosków wypływających z tak pojętego posłuszeństwa, z którymi pragnę się podzielić, traktując
 je, jako zachętę do dalszych przemyśleń:
1.      Jezus moim Panem. Służba Jemu jest dla mnie zaszczytem, szansą i gwarancją bezpieczeństwa.
2.      Przełożony nie jest przypadkową osobą i nieprzypadkowe są jego decyzje. Trzeba zawsze mieć do niego szacunek,
który przekłada się na  chęć zrozumienia go i jego poleceń.
3.      Bliska relacja z Bogiem pozwala nam na własną inicjatywę, połączoną ze znalezieniem sposobu jej prezentacji.
4.      Odrzucenie naszych pomysłów stanowi znakomitą okazją zarówno do ich korekty,  jak i do przemyślenia własnej
postawy.
5.      Przyjęcie naszych propozycji jest dowodem zaufania i pobudza naszą odpowiedzialność.
6.      Jako podwładni zakorzenieni w Panu, mamy odwagę wypowiedzenia we właściwy sposób własnej opinii tam,
gdzie jest to konieczne, a kiedy zaś polecenie wykracza poza granicę przykazań Boga, jasnego sprzeciwu.  
7.      W chwilach trudnych emocji nabieramy właściwego dystansu, aby problemy przekształcać w szansę, co tylko
w bliskiej relacji z Bogiem jest możliwe.                                                                      
 
Po 45 latach takiego funkcjonowania wiem, że to tak zawsze działa i wraz z psalmistą mogę powiedzieć:
Pan Jest mim pasterzem i  nie brak mi niczego (Ps 23,1).
 
                                                                          Ks. Lucjan Bielas
 
 
Prymat miłości
(J 20,19-31)
Św. Jan, pisząc Ewangelię Jezusa Chrystusa, stawia z perspektywy swojego długiego życia, na ponadczasowy
prymat miłości w naszej relacji z Bogiem. To Duch Święty dokonał w głowie Ewangelisty selekcji wydarzeń
i pozwolił je opisać, zgodnie z prawdą, która jest miłością. Jan pisze do tych, którym w Kościele posłuszeństwo
Piotrowi i jego następcom, nie tylko nie przeszkadza, lecz wręcz pomaga w utrzymaniu priorytetu miłości
Boga i bliźniego.  Znakomicie oddał to Benedykt XVI, który to, wspominając wspaniały bieg dwóch uczniów
do grobu Jezusa, zaznaczył: „Nie na darmo drugi uczeń pozostaje przez całą Ewangelię anonimowy: nienazwany
ucieleśnia bezimienną rzeszę tych, którzy znają Jezusa tak, jak zna Go miłość i tak są trwałą siłą Kościoła.
Nienazwany daje Piotrowi pierwszeństwo, nie kwestionuje jego pozycji, jego prymat jest innego rodzaju.
I tak obydwaj zwyciężają w tym wyścigu na swój sposób” (Wprowadzenie do chrześcijaństwa).   
Jan precyzyjnie opisał, pełną miłości, postawę Marii Magdaleny, która wiedziona miłością, a nie logiką,
odkrywa pusty, lecz nie splądrowany grób Jezusa. Natychmiast biegnie, aby powiedzieć o tym Apostołom,
a kiedy wraca, spotyka Jezusa, myśląc, że to ogrodnik. To miłość sprawia, że pokonując wszelkie obawy,
weszła w dialog z Nim, a kiedy On wypowiada jej imię, rozpoznaje w Nim zmartwychwstałego Pana.
Szczytem dialogu miłości między Bogiem a człowiekiem jest ustanowiony przez Zmartwychwstałego
Pana, Sakrament Pokuty. Trzeba, szczególnie dzisiaj, tej scenie poświęcić nieco więcej uwagi. Wieczorem
owego pierwszego dnia tygodnia Jezus stanął pośród swych uczniów, pełnych obawy przed Żydami, przynosząc
im Pokój. Od razu  „pokazał im ręce i bok”, znaki szczególne, śmiertelne rany, których podrobić, żadną miarą
 się nie dało.  To, co Jezus wtedy uczynił, Jego gesty i słowa, wypowiedziane po tym powitaniu, są niezmiernie
 istotne dla Kościoła po wszystkie jego czasy. Włączył uczniów w misję miłości, jaką On sam otrzymał
od Ojca Niebieskiego i w ramach tej misji, tchnął na nich i powiedział: „Weźmijcie Ducha Świętego!
Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Zmartwychwstały
Jezus wybraną grupę uczniów obdarzył Boskim darem Ducha Świętego, Ducha Miłości.  Ustanowiony
 w tym momencie Sakrament Pokuty, swoją siłę bierze w dokonanym z miłości dziele odkupienia
Chrystusa, bo to On i tylko On prawdziwy człowiek i prawdziwy Bóg, mógł na krzyżu „zbilansować
” wszystkie  nasze grzechy. Nie ma innej drogi do „pozbycia” się grzechu jak tylko przez Niego.
Każdy inny pomysł jest po prostu, nieskuteczny.
Natychmiast jawi się pytanie: A dlaczego Jezus, posługuje się w odpuszczaniu naszych grzechów,
 grzesznym Piotrem, przeciętnymi uczniami i wcale nie najlepszymi ich następcami?
Po pierwsze, Jezus wybiera tych, którym, tak jak Marii Magdalenie, jak Piotrowi, przebaczył
i tym samym jeszcze bardziej pobudził ich do miłości, która jest ściśle związana z pokorą.
Ta cnota jest konieczna w sprawowaniu Sakramentu Pokuty, w którym grzesznik służy grzesznikowi.
Po drugie, to tacy właśnie jesteśmy, że to drugi człowiek, choć może jeszcze bardziej grzeszny
ode mnie, lecz przez którego działa sam Jezus, musi mi powiedzieć po usłyszeniu moich grzechów,
że są mi przez Boga odpuszczone. Jeśli jednak nie ma we mnie woli nawrócenia, to ktoś musi
mi też jasno powiedzieć – nic z tego teraz nie będzie, zmień swoje życie, Bóg cię kocha, lecz czas
jest krótki. Jak zmienisz swoje myślenie, wracaj,  ja, też grzesznik, cierpliwie czekam na ciebie.
Św. Jan daje nam dzisiaj kolejny przykład priorytetu miłości w opisie spotkania Jezusa Zmartwychwstałego
 z niedowierzającym Tomaszem. Jesteśmy za to spotkanie Jezusowi bardzo wdzięczni, bo któż z nas
nie ma sobie, przynajmniej pewnej cząstki, wątpliwości Tomasza. Ów uczeń mógł dotknąć  ran,
a przez to dokonać identyfikacji Jezusa z Nazaretu, przekraczającej ludzkie doświadczenie.
Wynik tej identyfikacji ogłosił Tomasz z całą precyzją: Pan mój i Bóg mój! Właśnie słowo
„mój” ukazuje, jak w Tomaszu sceptycyzm intelektualny przerodził się w poznanie przepracowane
 miłością.
Dzisiaj, w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, doświadczając nieskończonej miłości Zmartwychwstałego,
 pragnę jeszcze bardziej świadomie powiedzieć: JEZU UFAM TOBIE!
 
                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 
 
Jeśli chcesz żyć w wolności, wejdź do grobu Jezusa
(J 20,1-9)
Fascynuje mnie Bóg, w swym pełnym miłości akcie stwórczym. Fascynuje mnie ziemia i jej miejsce
w kosmosie. Fascynuje mnie człowiek i jego miejsce pośród wszystkich stworzeń. Przede wszystkim
jednak fascynuje mnie obecność pośród nas Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga, który od człowieka
przyjął człowieczeństwo dla człowieka – dla mnie. Ta właśnie Jego obecność, mojej egzystencji nadaje
ponadczasowy wymiar,  nadaje sens i tym samym uzdalnia do kreatywnej współpracy z Bogiem w świecie,
który On stworzył, a w którym mnie przyszło żyć.
Dopiero po uświadomieniu sobie tej cudownej relacji, mogę zdobyć się na postawienie pytania o świat,
w którym żyję.  Z dużym niepokojem stwierdzam, że coraz częściej przychodzi mi na myśl porównanie
współczesnego świata, do obozu koncentracyjnego o globalnym zakresie. Przyznaję, że na to moje myślenie
 mają zapewne wpływ opowieści przodków i atmosfera mojego dzieciństwa, które upływało w cieniu obozu
 dwóch totalitaryzmów w Jaworznie.  
Nie bez znaczenia jest moje „skrzywienie historyka”, który w dziejach próbuje odczytać i nazwać szeroko
rozumiane procesy zachodzące w ludzkich społecznościach. Pandemia, jej kulisy i skutki, nieludzka wojna
rozpętana na Ukrainie i światowe na nią reakcje, jeszcze bardziej uaktywniają moje skojarzenia.
Pod hasłami, praw człowieka i jego wolności zawieszono przykazania Boże z przykazaniem „nie zabijaj”
na czele. W imię postępu i rozwoju zbudowano znakomity system, w którym niewielu korzysta z pracy
wielu, dając im niewiele. Wielcy architekci światowego ładu, zachłyśnięci nowymi technologiami,
zapominając o Bogu Wszechmogącym, podejmują decyzję o życiu i śmierci innych ludzi, sprowadzonych
do obozowych numerów.
Analogie obozowe dalej można mnożyć, lecz lepiej nam dzisiaj w Uroczystość Zmartwychwstania
Pańskiego pomyśleć, jak uratować swoje człowieczeństwo, zachować wolność i spełnić się w wieczności?
Po ludzku wydaje się to niemożliwe, lecz dla tego, który zaufa Bogu i uwierzył w zmartwychwstanie
Chrystusa, nic niemożliwego nie ma.
 
Po pierwsze trzeba sobie uświadomić fakt, że ten globalny obóz jest założony przede wszystkim
w naszych głowach i polega na zniewoleniu naszych umysłów.
Dlatego dzisiaj z tym większą wiarą staję, przed jedyną bramą do mojej wolności. Jest nią pusty
 grób Jezusa Chrystusa, miejsce najbardziej znienawidzone przez tzw. władcę tego świata, szatana.
 Nie muszę jechać do Jerozolimy, aby tego grobu szukać. Pusty grób Jezusa jest we mnie, w mojej
zniewolonej głowie i tylko przez wiarę jestem w stanie go znaleźć i przez niego przejść do prawdziwej
wolności. Sam Jezus mnie poprowadzi, dając mi swych fantastycznych przewodników.
Pierwszym z nich, choć wprost niewymienionym w dzisiejszej Ewangelii, jest Jego Matka, Najświętsza
 Maryja Panna. Ona nie musiała iść i sprawdzać, czy grób Syna jest pusty? Nie musiała się z Nim po
 Jego zmartwychwstaniu spotykać. To przede wszystkim o Niej zmartwychwstały Jezus powiedział:
Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli (J 20,29). Pusty grób Jezusa był w Niej. Nie musiała
 go nigdzie szukać. Przeszła przez niego w swoim sercu z wiarą, łącząc się z Synem w prawdziwej
 wolności. Oto dlaczego właśnie Ją wymieniam na pierwszym miejscu.
Znakomitą lekcję daje mi Maria Magdalena. Tam, gdzie męska logika była zniewolona i  nie widziała
 sensu, aby iść do grobu Jezusa, to ona wbrew tzw. zdrowemu rozsądkowi udała się w drogę i jak wiemy,
 pierwsza zobaczyła otwarty grób i spotkała Zmartwychwstałego. I co ciekawe biegnie, aby tę wiadomość
 przekazać Apostołom. Maria Magdalena bardziej kochała, niż kalkulowała. To jest dla mnie bardzo
ważną życiową wskazówką. 
Autor dzisiejszej Ewangelii św. Jan składa kapitalne wyznanie. Był świadkiem całej działalności
nauczycielskiej Jezusa. Świadkiem Jego cudów, świadkiem Jego śmierci i złożenia w grobie. Na wieść,
że grób jest pusty wraz Piotrem biegną obydwaj. Był szybszy, ale nie wszedł do pustego grobu
Jezusa sam, lecz poczekał  na Piotra, na tego, który z nadania Jezusa jest widzialną głową rodzącego
 się Kościoła. Obydwaj doświadczają pustego grobu Jezusa i jego logiki. Widzą leżące płótna oraz
chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu.
Chusta była zwinięta, lecz nie płótna, albowiem ciało Jezusa bez ich rozwiązywania po prostu zniknęło.
Jan: ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać
z martwych. Tak więc to doświadczenie pustego grobu, przekraczające ludzką logikę w połączeniu
ze słowem Boga zaowocowało w Janie kolejnym pogłębieniem jego wiary – przejściem w głowie
i w sercu przez pusty grób Jezusa do prawdziwej wolności.
Stawiam sobie pytanie: czy będąc uczestnikiem wspaniałych liturgii, wczytując się w teksty
Pisma Świętego, adorując w kościele grób Pański, odnalazłem grób Jezusa w swoim zniewolonym
umyśle? Czy pobiegłem sercem gnany, aby przez niego, jak przez bramę wejść do prawdziwej wolności?
                                                                                                                                     
                                                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas
 
Palma i krzyż
Jezus szedł naprzód, zdążając do Jerozolimy.
Gdy przybliżył się do Betfage i Betanii, ku górze zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc:
 «Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie uwiązane oślę, którego nie
dosiadał żaden człowiek. Odwiążcie je i przyprowadźcie. A gdyby was kto pytał: „Dlaczego odwiązujecie?
”, tak powiecie: „Pan go potrzebuje”».
Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak, jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele:
 «Czemu odwiązujecie oślę?»
Odpowiedzieli: «Pan go potrzebuje».
I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa. Gdy jechał, słali
swe płaszcze na drodze. Zbliżał się już do zboczy Góry Oliwnej, kiedy całe mnóstwo uczniów zaczęło
wielbić radośnie Boga za wszystkie cuda, które widzieli. I mówili głosem donośnym:
«Błogosławiony Król, 
który przychodzi w imię Pańskie. 
Pokój w niebie 
i chwała na wysokościach».
Lecz niektórzy faryzeusze spośród tłumu rzekli do Niego: «Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom!»
Odrzekł: «Powiadam wam: Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą» (Łk 19, 28-40. Fragment ten jest
odczytywany przy obrzędzie poświęcenia palm).
 
Pośród miast na kuli ziemskiej, Jerozolima jest niewątpliwie wyjątkowa. Nazwa sugeruje,
że  powinna być miastem pokoju (biblijne znaczenie hebr. - Dziedzictwo [podwójnego] pokoju).
Paradoksalnie, to właśnie pokój, jest najbardziej deficytową wartością na tym skrawku ziemi
i to od 1000 roku p.n.e.
Mimo ogromnych napięć i niepokojów, ten skrawek ziemi przez ponad 3 tysiące lat przyciąga rzesze
 pielgrzymów. Czasy różnych perturbacji politycznych, wojen, czy pandemii, są tylko chwilowymi przerwami,
 z natury rzeczy jeszcze bardziej potęgującymi głód pielgrzymowania. Jest też niezaprzeczalnym faktem,
 że od 2 tysięcy lat, to miasto żyje Jezusem Chrystusem.
 
Jerozolima za czasów Chrystusa mogła liczyć ok. 15 do 20 tysięcy mieszkańców. Gdyby wliczyć okoliczne
osady i miejscowości mocno powiązane z samym miastem (tzw. banot – córki), można by liczbę mieszkańców 
przynajmniej  podwoić, a nawet potroić. Sytuacja radykalnie zmieniała się w okolicy Święta Paschy,
Święta Tygodni i Święta Namiotów, kiedy to tysiące pielgrzymów z różnych stron ówczesnego świata
przybywało do Świątyni Jerozolimskiej. Z dużym prawdopodobieństwem możemy przypuszczać, że przez
te kilka, czy kilkanaście dni liczba przebywającej ludności znacznie przekraczała 100 tysięcy.
 
Niedziela Palmowa jest  pamiątką uroczystego wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy  przed świętami
Paschy prawdopodobnie roku 30. Możemy postawić sobie pytanie: dlaczego Chrystus, który
pod koniec swej działalności publicznej, niejako zszedł do konspiracji, wyreżyserował tak uroczysty
wjazd do Świętego Miasta?
To pytanie wybrzmiewa szczególnie przy lekturze Ewangelii według św. Łukasza, który tak ją zredagował,
 aby przedstawić życie Jezusa, jako drogę do Jerozolimy. Szukając odpowiedzi, musimy pamiętać o tym,
że Jezus ma świadomość swej Boskiej i ludzkiej natury. Jako prawdziwy człowiek, pochodził z królewskiego
rodu Dawida. Jego praojciec ponad 1000 lat wcześniej zdobył to miasto, teraz On wjeżdża doń, aby zdobyć
go na nowo i to na zawsze. Tamto zdobycie miało ograniczony charakter zarówno do miejsca, jak i do
narodu. To zdobycie ma charakter powszechny i ponadczasowy.
Nie przelewa, jak to czynił praojciec Dawid,  cudzej krwi, tylko swoją. Zdobywa przez złożenie siebie w
ofierze. Jest to ofiara człowieka w ludzkich kategoriach największa – oddał życie za przyjaciół swoich.
Jest to ofiara o nieskończonych profitach, albowiem składa ją prawdziwy człowiek i jednocześnie prawdziwy
Bóg.
Te dwie natury w niepojęty sposób obecne w jednej osobie Jezusa Chrystusa, sprawiają, że jest On zarówno
Doskonałym Ofiarnikiem i Doskonałą Ofiarą, której to wartość, jest siłą faktu – nieskończona.
Jest On prawdziwym Królem w królestwie, które zbudował, a które jako jedyne ma gwarancję, że przetrwa,
aż do skończenia świata. Jego wjazd do Jerozolimy ma więc głęboką i symboliczną wartość, do której
co roku wracamy.
W owym dniu niezmiernie pozytywną rolę odegrał tłum mieszkańców Jerozolimy oraz przybyłych pielgrzymów,
którzy radośnie witali Jezusa, jako potomka Dawida.
 
Niedziela Palmowa jest dniem, w którym Kościół uroczycie odczytuje opis Męki Pańskiej. Wśród wielu pytań,
jakie uczestnicy liturgii słysząc owe dwa teksty, mogą sobie postawić, jest i pytanie o narzędzia, jakimi
 udało się przywódcom wrogim Jezusowi, w tak krótkim czasie, zmienić nastawienie  tłumu z uwielbienia
na nienawiść?
 
Pamiętajmy, że wszystko to dzieje się w czasie przygotowań do święta Paschy. Do Jerozolimy przyjeżdżają
 ogromne tłumy pielgrzymów z różnych stron ówczesnego świata. Przybyli oni nieraz z daleka, pokonując
różne niebezpieczeństwa i często ponosząc niebagatelne koszty. Tymczasem, zarówno oni,  jak i pobożni
mieszkańcy Jeruzalem, usłyszeli pogłoskę, rozpowszechnianą przez autorytety świątynne, a mianowicie,
że słynny Jezus, nauczyciel i cudotwórca dysponujący nadludzką mocą, postanowił zburzyć świątynię
 i wybudować na jej miejsce nową.  Tak oto, ze swej natury i w tamtym czasie pielgrzymki, to perfidne
kłamstwo, musiało się szybko rozchodzić, dodając do tego gorliwość propagujących. To była jedyna
możliwa informacja, która mogła przemienić nastawienie do Chrystusa z pełnego zachwytu i entuzjazmu,
na wrogie, posunięte aż do skrajnej nienawiści.
Czyż kłamstwo to nie działa i dzisiaj? Czyż i dzisiaj nie brakuje, pośród matadorów tego świata i takich,
 którym Chrystus przeszkadza? Czy nie manipulują wszelkimi dostępnymi środkami, aby zwieść tłumy,
 przedstawiając Chrystusa jako największe zagrożenie ludzkości?
 
 
Panie Jezu, chcę dzisiaj wziąć palmę do ręki, a wraz z nią mój osobisty krzyż, moją misję, i pójść
za Tobą do bram Twojego Królestwa.
 
 
                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 
 
Trzecie wyjście
(J 8,1-11)
O świcie Jezus zszedł z Góry Oliwnej i pojawił się w świątyni. Po całonocnej modlitwie, po całonocnej
rozmowie z Ojcem Niebieskim, był znakomicie przygotowany na to, co przyniesie nowy dzień. A zaczęło
 się ostro, i to bardzo, albowiem grupa mężczyzn przyprowadziła do Niego kobietę, którą co dopiero schwytano
na grzechu cudzołóstwa. Żaden jednak z owych gorliwych stróżów moralności nie myślał o niej, jako o człowieku,
który zbłądził, dla którego prawdziwym ratunkiem jest nawrócenie, zrozumienie błędu i zerwanie ze złem.
Żaden z nich nie myślał o jej wieczności, nie chciał jej pomóc, lecz potraktowali ją całkowicie instrumentalnie.
Zapewne były tego dwa powody. Po pierwsze, ponosząc okrutną karę, stałaby się  mocną przestrogą dla innych
kobiet, a przede wszystkim dla żon owych gorliwych oskarżycieli. Po drugie zaś, i to był zapewne główny powód,
 posłużono się nią, aby skutecznie uderzyć w Chrystusa.
Zapytano Go: „W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?”
Po ludzku rzecz biorąc, sytuacja, w której znalazł się  Jezus była bez wyjścia: gdyby owym oskarżycielom
powiedział – skoro tak mówi Prawo, to ją ukamienujcie, oni natychmiast zapytaliby Go – Mistrzu, a gdzie
miłosierdzie, które tak gorliwie głosisz? Gdyby zaś powiedział – to, co ona zrobiła, jest złe, ale trzeba jej
przebaczyć i dać szansę nawrócenia, zarzucono by Mu wtedy, brak poszanowania Prawa Mojżeszowego.
Wydawało się, że z tej pułapki Jezus się nie wywinie.
Tymczasem Jezus uruchomił trzecie wyjście.
Po pierwsze rozbroił tłum jego własną  bronią, czyli  Prawem Mojżeszowym. Na początek zrobił coś, czego
się nie spodziewali, pochylił się i palcem pisał po ziemi. Św. Augustyn zauważył, że  gest Jezusa Chrystusa,
wskazuje Boskiego Prawodawcę. Bóg wypisał przykazania swoim palcem na tablicach przymierza, które
otrzymał Mojżesz (por. Tractatus in Joannis Evyngelium,33,5). Jest to bardzo mocne skojarzenie. A kiedy
wzmogła się ich ciekawość, rzekł: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Odwołał
się tym do Prawa, które nakazywało zeznającym w procesie świadkom, czynny udział w egzekucji. Po tych
słowach Jezus ponownie się pochylił i pisał. Co pisał? Tego nie wiemy, jednak dla poszczególnych uczestników
wydarzenia były to jasne znaki, które, począwszy od najstarszego, przypominały im własne grzechy, zapewne
z przestrzeni przykazania – nie cudzołóż. I tak każdy z panów, można powiedzieć, wziął swój własny grzech
 na plecy i poszedł z nim do domu.
Jezus został sam z kobietą. Nie uciekła, poczuła się przy Nim bezpiecznie. On rzekł do niej: „Kobieto, gdzież
oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam”.
To On  teraz bierze jej grzech i idzie z nim na krzyż. Tylko On prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek jest
w możności spłacić Ojcu Prawodawcy, zapłatę za grzech i z problemu odejścia człowieka od Boga, uczynić
szansę powrotu do Niego. Dlatego też zaraz dodaje: „- Idź, a od tej chwili już nie grzesz”.
Ta ewangeliczna scena, obecna w liturgii Piątej Niedzieli Wielkiego Postu, przypomina nam istotę 
Sakramentu Pokuty. Mam szansę, aby nazwać swój grzech i oddać go Chrystusowi. On go przyjmie,
mnie zaś nie potępi. Z moim grzechem pójdzie na krzyż, a mnie powie: „- Idź, a od tej chwili już nie grzesz.
To ostatnie sformułowanie jest twarde i nie zakłada pobłażliwości i półśrodków.
Mam więc wybór: idę z grzechem do domu albo do Niego, do Jezusa?
 
                                                                     Ks. Lucjan Bielas
 

 
 
A co na to Papież?
(Łk 15, 1-3.11-32)
Dzisiaj, w różnych środowiskach, to pytanie jest często stawiane w związku z dramatycznymi doniesieniami
 o rosyjskiej napaści na Ukrainę. Wielu, od Głowy Kościoła Chrystusowego, oczekuje mocnych słów potępienia
 brutalnych agresorów i ich przywódcy. Wielu też, oczekuje ponownego zawierzenia Rosji Bogu, przez wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny. Czy dotychczasowa postawa, modlitwy i wypowiedzi  Papieża wypełniają te oczekiwania?
Czy  zadowala je zawierzenie dokonane w Bazylice św. Piotra na Watykanie i w kościołach całego świata dnia
25 marca bieżącego roku, a  nawiązujące do tego, które miało miejsce 25 marca 1984 roku? Warto przypomnieć,
że wtedy to św.  Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata wraz z pięcioma patriarchami
prawosławnymi, w  tejże bazylice  zawierzył świat i Rosję Maryi. Żyjąca jeszcze  wtedy Siostra Łucja osobiście
potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt oddania, odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Wszystkich
 pytań i oczekiwań jest wiele, lecz nie wystarczy zewnętrzna ocena, trzeba popatrzeć na sprawę również przez oczy
i duszę samego Ojca Świętego, który dysponuje znaczenie rozleglejszą wiedzą, do której nie mamy dostępu, która
znacząco wpływa na jego wypowiedzi i decyzje.
Nie wchodząc w dyskusje, widzę bardzo głęboki sens tego, że papież Franciszek dokonał aktu  ponownego
 ofiarowania Rosji – tym razem wraz z krwawiącą Ukrainą – Niepokalanemu Sercu Maryi, i to podczas nabożeństwa
 pokutnego. Jestem przekonany, że zrobił to z głębokim rozmysłem.
Wielką pomocą w odczytaniu papieskiego przesłania stanowi dzisiejsza Ewangelia traktująca o miłosiernym
Ojcu. Istotą tej, tak znanej przypowieści jest relacja synów do ojca, relacja nasza do Boga Ojca. Pierwszy
z nich, młodszy, zwany potocznie „marnotrawnym”, wydawało się, że był dzieckiem zbuntowanym, zażądał od
Ojca części majątku, która na niego przypadała i opuścił dom. Drugi zaś, starszy, który dziedziczył dwie trzecie
majątku, pozostał w domu z ojcem i pracował na roli. Obydwaj synowie zostali wystawieni na życiowe próby,
które ukazały ich prawdziwą relację do Boga, do ojca i do siebie nawzajem.
I tak młodszy, kiedy wszystko, co materialne stracił, w głębokim upokorzeniu sięgnął do największej wartości,
którą wyniósł z domu. Miał głębokie przekonanie, że jest ojciec, który go przyjmie i Bóg, który mu przebaczy.
A ponieważ jeden i drugi jest nie tylko miłosierny, ale i sprawiedliwy, powrócić trzeba w prawdzie, czyli jako pokutnik.
Drugi zaś syn, kiedy w związku z powrotem brata zastał nową sytuację w domu, pokazał swoje prawdziwe oblicze.
W głębi serca nastawiony był na siebie i na zysk. Z Bogiem się nie liczył, ojciec był przekazicielem majątku, a brat,
kimś obcym i przeszkodą. Jezus zostawił otwarte pytanie, czy zabiegi ojca o jego duszę przyniosły jakiś rezultat?
W świecie, który w dużej części przyjmuje postawę starszego brata jako słuszną, papież Franciszek miał odwagę
wskazać inny kierunek. Przed dokonaniem aktu zawierzenia świata, Rosji i Ukrainy Najświętszej Maryi Pannie,
 aby ten akt był rzeczywiście skutecznym, a nie tylko słowną deklaracją i pobożnym życzeniem, rozesłał kapłanów
 do konfesjonałów i sam wzorem „marnotrawnego syna” udał się do spowiedzi, aby później samemu spowiadać
 innych. Jako Głowa Kościoła, zrobił to celowo, aby pokazać, że nie nabożeństwa pokutne kończące się zbiorowym
 rozgrzeszeniem, czy same tylko „żale doskonałe”, lecz nazwanie swojego grzechu i wyznanie go Bogu w indywidualnej
 spowiedzi, jest drogą nawracającego się dziecka Bożego do uczty z Ojcem Niebieskim i odbudową relacji z braćmi.
Papież jeszcze raz pokazał, że nasze deklaracje, zawierzenia, modlitwy, mają wtedy siłę przebicia, jeżeli wypływają
z naszego wewnętrznego, głębokiego nawrócenia, z naszego prawdziwego ducha pokuty. Stajemy się wtedy jak igła
 z nitką, która zszywa to, co rozdarte, a nie tylko rani i kłuje.
 
                                                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas
 
Czy Ukraińcy byli większymi grzesznikami, że ich to spotkało?
(Wj 3, 1-8a. 13-15);   (Łk 13, 1-9)
Na tak postawione pytanie, Chrystus nam odpowiada: Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie,
wszyscy tak samo zginiecie.  A do tego wszystkiego jeszcze dokłada  przypowieść o nieurodzajnym figowcu.
Jezus jako dobry ogrodnik wstawia się za nami, aby Ojciec Niebieski dał nam jeszcze szansę, jeszcze jeden rok.
Nie zostawia nas On, dobry ogrodnik, samych sobie, zrobi ze Swej strony wszystko, co tylko jest możliwe,
abyśmy wydali owoc. Jeśli tego owocu nie będzie, finał okaże się rzewny.
Stawiamy konkretne pytanie: na czym to dzisiaj polegają owe zabiegi Jezusa – Dobrego Ogrodnika?
Na czym więc polega owo ewangeliczne „obłożenie gnojem”?
Szukając odpowiedzi, warto popatrzeć do pierwszego czytania, dzisiejszej liturgii słowa. Stary już Mojżesz
(80 l) na pustyni zostaje powołany przez Boga do wyprowadzenia Izraelitów z niewoli, w jakiej znaleźli
się w potężnym wtedy Egipcie. Mojżesz ma nie tylko swoje lata, ale na sumieniu zabójstwo Egipcjanina,
sprzeniewierzenie się władzy faraona i jest, krótko mówiąc, w państwie faraonów „persona non grata”.
Tu na pustyni doświadcza nadprzyrodzonej obecności Boga w krzaku, który wbrew logice stworzenia,
palił się, ale się nie spalał. Zasłonił oczy, bo na Boga, tu na ziemi, człowiek patrzeć nie może, lecz Bóg widzi
człowieka w całej jego prawdzie i w miłości, albowiem Bogu nie jest on obojętny.
Jakie narzędzie otrzymał Mojżesz do swojej misji?
Otrzymał imię Boga:  Jestem, który jestem. Bóg po prostu jest i sam z siebie stanowi przyczynę swojego
bytu. Jest nieskończony i nie ma słowa w języku człowieka, które by mogło ogarnąć Boga, opisać Boga.
Wraz z objawieniem imienia, idzie zaufanie, jakim Bóg obdarzył tego, którego wybrał.
I tak Bóg posyła Mojżesza wpierw do Izraelitów z przesłaniem, które ma im objawić: Pan, Bóg ojców waszych,
Bóg Abrahama, Bóg Izaaka i Bóg Jakuba posłał mnie do was. To jest imię moje na wieki i to jest moje
zawołanie na najdalsze pokolenia.  Skoro Bóg posłał to i Bóg był z Mojżeszem, czy to w obliczu Izraelitów,
czy wobec Faraona, jego administracji i wojska, czy to podczas wędrówki na pustyni. Skuteczność tej Bożej
obecności przeszła do historii świata.
My dzisiaj jesteśmy w zdecydowanie lepszej sytuacji niż wtedy Izraelici. Przede wszystkim dlatego,
że Bóg posłał do nas swojego jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa, którego Mojżesz był jedynie
zapowiedzią. Jezus wyprowadził nas z największej niewoli, z niewoli grzechu i jest dla nas najpełniejszym
objawieniem Ojca Niebieskiego. Przez Jego ludzką naturę, dotkniętą nieludzkim cierpieniem, mamy
drogę do zjednoczenia z nieśmiertelnym Bóstwem.
Czas Wielkiego Postu 2022 roku jest w życiu nas wszystkich szczególnym wyzwaniem i szansą,
jakiej jeszcze nie mieliśmy. Agresja, mająca korzeń w  niepojętej ludzkiej głupocie, sprawiła nieopisane
cierpienia wielu niewinnych istot. Europa otwarła się na przyjęcie wielu uchodźców, przede wszystkim
kobiet i dzieci. Przechodząc ponad całym bagażem historii, której do końca też nie rozumiemy, otwieramy
jej nowy rozdział, pełen wszelkich możliwych znaków zapytania. Jeden jest pewnik w tej całej ludzkiej
zadymie, jest nim  – Jezus Chrystus! Objawić Jego imię poranionym przybyszom, to jest główne nasze
zadanie i paradoksalnie nasz ratunek na ten ewangeliczny  „jeszcze jeden rok”.  Sytuacja jest absolutnie
wyjątkowa. To nie my wyjeżdżamy na misje, lecz okazja do misji przyjechała do nas. Zachowaliśmy
się bardzo trzeźwo, otwierając swoje serca i domy. To dopiero początek. Przed nami długa droga
codziennego świadczenia o Chrystusie, którego wielu naszych Gości nie miało wcześniej okazji poznać.
Jak to zrobić?
Uczynić to można tylko w jeden sposób, a mianowicie miłością, która przybiera kształt służby posuniętej 
 aż, do bycia niewolnikiem wszystkich. To w tym właśnie punkcie spotykamy Chrystusa, który zszedł
najniżej. To w Nim odzyskujemy prawdziwą wolność i z Nim zyskujemy nieograniczone
możliwości – paradoksalnie również materialne!  Warto więc zniewolonym, wygnanym,
poranionym, przekazać Chrystusa i to dla naszego i dla ich, dobra i ratunku.
 
                                                                                                                                Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
 
Otwarte przejście najważniejszej granicy
(Łk 9, 28b-36)
Starożytni powiadali, że cokolwiek człowiek czyni, powinien to czynić rozważnie i patrzyć końca. Słusznie
zauważył Wiktor Frankl, że ów koniec rozumiano, jako cel, który nadaje ludzkiemu działaniu sens. Dzisiaj,
w czasie wojennej zawieruchy na Ukrainie, w czasie dużego napięcia w świecie, którego przyczyn końca nie
znamy, w czasie rosnących cen, w czasie, kiedy wiele naszych doczesnych planów wzięło w przysłowiowy „łeb”.
Dzisiaj, kiedy wiele ludzkich granic jest na różne sposoby przekraczanych, zaprasza nas Jezus wraz z grupką
najbardziej aktywnych uczniów na górę Tabor. Celem tego zaproszenia jest pokazanie zarówno uczniom wtedy,
 jak i nam dzisiaj, celu naszego życia, ukazanie jego sensu. Aby tego dokonać, Jezus pozwala uczniom dotknąć
największej tajemnicy, jaką nosił tu na ziemi, tajemnicę dwóch natur, Boskiej i ludzkiej w niepojęty dla nas sposób
w Jego osobie połączonych (tzw. unia hipostatyczna). Na górze Tabor przez ludzką naturę Jezusa przeniknęło
Jego Bóstwo, dając nadzwyczajny efekt.  Stało się to wszystko podczas modlitewnej rozmowy Jezusa z Ojcem
Niebieskim. Szczyt góry, gdzie z natury rzeczy doświadcza człowiek granicy między niebem a ziemią, sprzyjał
dotknięciu tej granicy w samym Jezusie. Ona w Nim przebiegała i tylko w Nim i przez Niego jest dla nas
do przekroczenia. Doświadczenie nadprzyrodzonej światłości, doświadczenie życia zmarłych, poczucie bezpieczeństwa przekraczające wszelkie ludzkie zabezpieczenia, wskazują w Jezusie Chrystusie na jedyne przejście graniczne
otwarte do niepojętej rzeczywistości, dla nas na wieczność przeznaczonej.  Sens naszego życia nie leży w naszej
doczesności, lecz w naszej wiecznej w Bogu perspektywie.
Bóg nie tylko pokazuje przejście, ale i sposób, w jaki można tego dokonać. Nie przypadkowy jest duet przodków,
którzy ukazali się w chwale i rozmawiając z przemienionym Chrystusem: Mojżesz i Eliasz. Prawodawca
z dekalogiem i prorok zapowiadający przyjście Tego, który nie przyszedł po to, aby prawo zmienić, lecz by
je wypełnić. Świadkowie zapamiętali temat ich rozmowy: mówili o Jego odejściu, którego miał dopełnić
w Jeruzalem. Innymi słowy, mówili o cenie, jaką Jezus miał tu na ziemi zapłacić za otwarcie dla nas granicy do nieba.
I wreszcie z obłoku, który w Biblii symbolizuje obecność Boga, rozlegający się głos: To jest Syn mój, Wybrany,
Jego słuchajcie! Głos skierowany nie do Jezusa jak kiedyś podczas Jego chrztu nad Jordanem, ale skierowany
 do nas. Głos Ojca Niebieskiego nieostawiający przestrzeni na ludzkie: no tak, ale …
Dla tych spośród nas, którzy nie szukają wykrętu, lecz sposobu, Jezus ma jasną ofertę. Pełniąc Jego wolę i prawdziwie
zjednoczeni z Nim przez Eucharystię możemy już tu na ziemi, we wszystkich przestrzeniach naszego życia, promieniować
Jego Boskością. Człowiek może stać się czystą szybą, za którą inni zobaczą skarb, po który warto się potrudzić nawet
za cenę największych wyrzeczeń.
Codziennie myślę o tym przy rachunku sumienia, kiedy to w czwartym przykazaniu stawiam sobie pytanie:
czy jestem dla innych odbiciem świętości Boga, do którego oficjalnie się przyznaję i którego codziennie przyjmuję?
Boże bądź miłościw mnie grzesznemu!
 
                                                                                                       Ks. Lucjan Bielas
 
 
Dlaczego Bóg dopuszcza wojnę?
(Łk 4, 1-13)
Zarówno to, jak i inne podobne pytania często jawią się w naszych głowach i w naszych rozmowach.
Dlatego też dzisiaj, nieprzypadkowo, Chrystus zaprasza nas na miejsce pustynne, aby w tym bardzo
ważnym czasie, nieustannie narastającej zawieruchy wojennej, dać nam okazję na postawienie Bogu
pytania o sens tych wydarzeń i o nasze w nich miejsce. Spotykamy tu, na pustkowiu Jezusa. Nie jest
sam, lecz jest z Nim i szatan. Dlaczego czysta Miłość, wcielona w osobie Jezusa w człowieczeństwo,
dopuszcza do siebie największego wroga, zionącego nienawiścią zarówno do Boga, jak i do człowieka.
Jezus nie ominął tej konfrontacji, ponieważ jest ona wpisana w ludzką egzystencję, w niej człowiek
może stać się jeszcze bardziej człowiekiem na obraz i podobieństwo Boga, jeśli taką podejmie decyzję.
Jezus spotyka się z szatanem w ekstremalnie trudnych warunkach, jest sam, jest na pustyni, jest głodny,
 jest biedny, jest nieznany. Można powiedzieć – Bóg przywalony ludzką słabością. Dokładnie w te punkty
 szatan celuje swoją pokusę: pokusę chleba, bogactwa i sławy, pokusę sprowokowania Bóstwa do zamanifestowania
 się w człowieczeństwie Jezusa, ale bez rzeczywistej potrzeby. Tymczasem Jezus, korzystając z tych prostych
narzędzi dostępnych człowiekowi, a mianowicie rozumu, postu, modlitwy i słowa Bożego, pokonuje kusiciela,
 jeszcze bardziej doskonaląc swoje człowieczeństwo.
Fakt, że o tym opowiedział uczniom, których tam nie było, bo ich tam przecież być nie mogło, świadczy
 o randze tej lekcji dla każdego z nas. Jezus nie tylko pokazuje nam sposób „zarządzania pokusami”,
bardzo ważny dla naszego indywidualnego rozwoju, ale gwarantuje też swoją obecność i skuteczną pomoc
Boga, dla tych, którzy się zdecydują na taką z Nim współpracę.
Co więc z tymi, którzy stali się w niepojęty dla nas sposób, narzędziami szatana? Z tymi, którzy czynią
zło, wywołują konflikty, wojny i są przyczyną nieopisanych ludzkich nieszczęść? Nie osądzając człowieka,
zło trzeba zawsze i bezkompromisowo, nazwać po imieniu. W jedności z Bogiem, zachowując Jego przykazania,
odważnie stanąć do walki, często nierównej, w obronie wyższych wartości. Jezus nie narażał swojego życia
dla popisu i sławy, jak to chciał szatan, ale oddał je dla wyższej sprawy. Choć walka była po ludzku nierówna,
On ostatecznie wygrał i zawsze wygrywa razem z tymi, którzy są z Nim.
Czemu więc cierpią i giną niewinni?
Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, gdyby nie było naszego ciał zmartwychwstania, gdyby nie nastąpiło
Jego powtórne przyjście i naprawienie wszelkiego zła, z zachowaniem sprawiedliwości, gdyby Jezus nie
był Bogiem, to wszystko rzeczywiście nie miałoby sensu.
Rzecz znamienna, czas wojny budzi nie tylko zło, jakie jest w człowieku, ale i najwspanialsze ludzkie wartości.
I przedziwne jest to, że proces ten, przywraca sens i znaczenie pojęciom, które podczas dobrobytu pokoju,
 te wartości utraciły. I tak mężczyzna jest mężczyzną; kobieta, kobietą; dziecko dzieckiem; rodzina, rodziną;
 miłość, miłością; przyjaźń, przyjaźnią; wierzący, wierzącym; solidarność, solidarnością, polityk, mężem stanu,
obywatel, obywatelem /…/.
Prośmy więc Pana, aby szatan został pokonany, na wszystkich polach jego agresji i w nas i wokół nas.
Jezu bądź z nami w czasie wojowania i czasie pokoju!
                                        
                                                                                                                Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
 
 
 
Skoro covid-19 nas nie nawrócił, czy nas nawróci…?
(Łk 6, 39-45)
W kontekście najnowszych dramatycznych wydarzeń na Ukrainie niezależnie od całej politycznej narracji
stawiamy sobie pytanie: co my katolicy, możemy jeszcze uczynić? Zdrowy rozsądek oświecony wiarą każe nam
zachować spokój, przede wszystkim w naszych umysłach i w naszych sercach. Z niego niech wypływa gotowość
do świadczenia pomocy potrzebującym w takim zakresie, jaki tylko jest i będzie możliwy.
Bardzo ważną formą pomocy jest modlitwa. Modlitwa za jednych o opamiętanie, za drugich o wytrwanie.
Wszystkie jej inicjatywy, piękne i spontaniczne, niech pobudzają jeszcze bardziej naszą wiarę i odpowiedzialność,
niech przeradzają się w czyn.  
Dzisiejsza Ewangelia, jak zwykle nieprzypadkowa w tym kontekście, pokazuje nam, że sprawa jest znacznie głębsza.
Stało się rzeczą oczywistą, że mimo globalnego doświadczenia covidem-19, świat w dużej części, nie tylko,
że nie odszedł od zła, ale jeszcze bardziej w nim się pogrążył. Wielu oddaliło się od Boga, a przede wszystkim,
niestety, młodzież. Dzisiaj Jezus nam, przerażonym brutalnym złem, jakiego doświadczają siostry i bracia z Ukrainy,
każe jeszcze raz popatrzeć w nasze własne sumienia i usunąć to zło, jakiego my jesteśmy przyczyną. To zło jest
nie tylko w naszym życiu osobistym, ale rodzinnym i społecznym. Jest ono tak mocno zakorzenione, że grzech
przestał być nazywany grzechem. Ubiera się w szaty miękkiej  terminologii,  nieczyniąc niepokoju w nieustannie
zagłuszanych sumieniach. Lista naszych grzechów jest bardzo długa. Niektórych z nich nawet nie wolno
nam głośno wypowiedzieć, by nie narazić się na przykre konsekwencje. Zamilkliśmy i my księża, w obawie,
że ktoś zatka nam usta naszym własnym grzechem, albo grzechem kolegi.
Jak fantastycznie jawi się w tym morzu zła, godna podziwu postawa papieża seniora, Benedykta XVI, który
u kresu swego długiego życia z ogromną godnością, stanął  do potyczki z szatanem. Z jednej strony, z wielką
pokorą przyznaje się do swojej słabości, z drugiej zaś przez całkowite zawierzenie Chrystusowi, daje wyraz
stawania się coraz doskonalszym Jego uczniem, coraz głębiej przeżywającym Jego obecność i zjednoczenie
 z Nim w Eucharystii (List z 9 lutego 2022 roku).
Dzisiaj, nam stającym w obliczu światowego konfliktu zbrojnego, którego skutki są nie do przewidzenia,
Jezus mówi do każdego z nas: zrób porządek we własnym sumieniu. Odejdź od zła, które już może ci
przyschło, do którego się zaadoptowałeś, które stało się twoim nawykiem. Jeśli chcesz, abym Ja stanął
po twojej stronie, i aby twoje prośby były przeze Mnie wysłuchane, to odejdź od zła, które czynisz i stań
w swoim sumieniu po Mojej stronie.
To, co Jezus za taką postawę obiecuje, najlepiej oddał św. Paweł, który wskazując na zwycięstwo
ezusa nad grzechem i nad śmiercią, zachęca nas: bądźcie wytrwali i niezachwiani, zajęci zawsze
ofiarnie dziełem Pańskim, pamiętając, że trud wasz nie pozostaje daremny w Panu.                                                                               
                                                                                                      Ks. Lucjan Bielas
 
 
Przebaczenie – możliwość czy warunek?
(Łk 6, 27-38)
O przebaczeniu myślę, kiedy spoglądam na krzyż Jezusa Chrystusa. O przebaczeniu myślę, uczestnicząc
we Mszy św., kiedy to z wiarą staję pod krzyżem Jezusa Chrystusa, jako świadek  Jego śmierci i zmartwychwstania,
 jako uczestnik tego najważniejszego wydarzenia w dziejach całej ludzkości. Bóg dał swojego Syna, który
zechciał stać się człowiekiem i jako człowiek złożyć siebie w ofierze za  grzechy wszystkich ludzi, czyli i za moje grzechy.
Dając swoje grzechy Jezusowi, daję Mu do spłacenia rachunek, którego sam nigdy nie byłbym w stanie zapłacić.
Jezus, biorąc na siebie moje długi, przywraca mi wolność i obdarza godnością największą, jaką tylko człowiekowi
może być dana. Teraz więc razem z Nim mogę mówić do Pana Wszechświata – Ojcze nasz!
Jezus z perspektywy krzyża widzi zaślepienie ludzi i prosi Ojca Niebieskiego, aby im odpuścił grzechy,
bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23,34). Jezus nie stawia warunków, bo ten, który prawdziwie przebacza,
nie stawia warunków. Najlepiej ilustruje to postawa dwóch łotrów. Jeden żałuje i całkowicie zawierza
i nie tylko rachunek ma czysty, ale zyskał braterstwo Jezusa i miejsce w Jego królestwie. Drugi zaś, wnioskując
z tego, co powiedział, sam się wykluczył. Golgota więc najbardziej weryfikuje bycie synem Najwyższego,
nie tylko przez pytanie o naszą wiarę, ale przede wszystkim w mądrości przebaczenia naszym winowajcom.
W tej to właśnie mądrości weryfikuje się nasza miłość. Pod krzyżem Jezusa Chrystusa może stać tylko ten,
który przebacza. Ten, kto tego nie czyni będzie, albo rzucał w ten krzyż kamieniami, albo od niego uciekał.
Przebaczenie jest jednym z najistotniejszych procesów w kształtowaniu naszej osobowości. Znakomicie
ujął to ks. Wojciech Węgrzyniak, ukazując na przestrzeni Biblii ewolucję przebaczenia z jednoczesnym
wskazaniem, że w każdym z nas ma ona miejsce. Od postawy Lameka, potomka Kaina, który stwierdza:
Gotów jestem zabić człowieka dorosłego, jeśli mnie zrani, i dziecko – jeśli zrobi mi siniec (Rdz 4,23), przez
 postawę oko za oko i ząb za ząb, z kodeksu Hammurabiego i Księgi Wyjścia, przez psalmy złorzeczące,
w których jest prośba do Boga, aby był mścicielem (Ps 58; 83; 109), aż do postawy Chrystusa, który
nakazuje swoim uczniom miłość nieprzyjaciół i własnym przykładam, naukę tę wypełnia.  I co najważniejsze,
 to nie jest delikatna prośba Chrystusa, to jest Jego stanowcze polecenie dane Jego uczniom. Jego
wypełnienie jest warunkiem bycia Jego bratem i bycia synem Ojca Przedwiecznego. Jest to warunek
Boskiej mądrości w człowieku. Nie zastosowanie się do tego jest obwarowane sankcją z wiecznymi
 konsekwencjami, co bardziej lub mniej uważnie, wypowiadamy codziennie w Modlitwie Pańskiej:  
odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.  
W roku szczególnie intensywnych modlitw w intencji naszych rodzin ta niedziela jest bardzo mocnym
pytaniem o szeroko rozumiane przebaczenie w rodzinie.  Wielu z tym się mocuje i przegrywa, czego
skutkiem są rozwody i głębokie poranienia dzieci. Jest to również  jedna z głównych przyczyn odejścia
 od Eucharystii, albowiem ten, który nie wybaczył, pod krzyżem Chrystusa nie ustoi.
Wiemy wszyscy, że  w życiu codziennym brak przebaczenia jest ogromnym ciężarem, ponieważ odbiera
 człowiekowi jego wolność. Wielu szuka pomocy w terapiach i bardzo dobrze. Muszę jednak powiedzieć,
 już z wieloletniego kapłańskiego doświadczenia, terapia bez Jezusa Chrystusa, nigdy nie będzie dobrą
terapią i prawdziwym uwolnieniem człowieka, albowiem tylko On zna nas tak do końca, przenika swoją
miłością i nie odbiera nam wolności.
 
                                                                                                      Ks. Lucjan Bielas
 
 
Abyśmy zmądrzeli
(Łk 6, 17. 20-26)
 Przecież jest czymś dobrym, że pragniemy się czegoś w życiu dorobić. Jest naturalną sprawą, że nie chcemy być głodni.
 Jest oczywiste, że marzy nam się jak najwięcej uśmiechu na naszych twarzach. To normalne przecież, że chcemy być
otoczeni tymi, którzy nas kochają i szanują.
Dlaczego więc Jezus mówi jakby na przekór temu, co normalne: błogosławieni jesteście ubodzy, błogosławieni,
którzy teraz głodujecie, którzy płaczecie, którzy prześladowani jesteście za waszą wiarę?
Bo w sukcesie łatwo stracić głowę. Łatwo stracić głowę w bogactwie i przy suto zastawionym stole, łatwo stracić
głowę w życiowym kabarecie i na nieustannej fali sukcesu i pochwał.
Błogosławione są chwile doświadczeń, na które kochający Bóg nas wystawia. Pytamy po co? Odpowiedź jest bardzo
prosta – abyśmy zmądrzeli!
Kiedy te doświadczenia stają się najcenniejszymi chwilami naszego ziemskiego życia? Wtedy i tylko wtedy kiedy
już to, co ludzkie przestaje działać, i kiedy zostaje już tylko jedna możliwość chwycenia Boga za rękę.  Jeśli człowiek
to uczyni, jest błogosławiony, bo to przemieni całkowicie jego życie, jego relacje i wieczność. Jeżeli tego nie uczyni,
sam skazuje się na bycie przeklętym, ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Ta prawda jest odwieczna i nad wyraz celnie ujął ją prorok Jeremiasz: Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję
w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. I zaraz doda: Błogosławiony mąż,
który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją (Jr 17,5-8).
I w tę dyskusję wchodzi święty Paweł, który znakomicie przypomina wydarzenie, całej tej logice nadające właściwy
sens: Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał jako pierwociny spośród tych, co pomarli (1Kor 15,20).
Ta prawda jest niezależna od sztucznej inteligencji i wirtualnej rzeczywistości.
I może warto pójść za radą sługi Bożego bpa Jana Pietraszki, który zachęca do modlitwy przeciwko sobie:
żeby nam Pan Bóg zostawił tę przestrzeń głodu, przestrzeń tęsknoty i przestrzeń nadziei, żeby nas w taki sposób
trudny prowadził przez niespokojną doczesność, przez posuchę i przez upał ubóstwa, utrapień, pogardy,
dyskryminacji, tego wyłączenia ze świata – jak mówi Chrystus – i żeby nas przeprowadził aż do chwalebnego
 spotkania, gdzie ta rzeka tajemna Bożego życia i bogactwa przebije się przez powierzchnię i ogarnie nas całych
 swoją wspaniałością (13 lutego 1977). 
                              
                                                                       Ks. Lucjan Bielas
 
Kto ma dzisiaj szansę na powołanie?
(Łk 5, 1-11)
Wydaje się, że ewangeliczna scena, którą dzisiaj rozważamy, znakomicie wpisuje się  w wielkie rekolekcje
oczyszczające, które aktualnie przeżywamy w Kościele Chrystusowym. Upadły z hukiem nadęte autorytety,
napompowane urzędy straciły swój dawny blichtr, tytuły zaś, miast budzić respekt wywołują uśmiech. Błędnie
myślą ci, którzy w tym procesie dopatrują się upadku idei posłuszeństwa, lecz jest to powrót do jej podstawowych
 założeń.Inżynierowie duszpasterstwa ze zgrozą zaczynają rozumieć, że dawne narzędzia przestały działać
i to w nieodwracalnym procesie. Paradoksalnie dalecy od wiernych i pozbawieni entuzjazmu, chowają się
w cywilne stroje i zacisze plebanii. Niektórzy zaś swoją działalność ograniczyli do zdalnego nauczania, liturgii
 niedzielnej, a przede wszystkim do uroczystości pogrzebowych, których niestety jest coraz więcej. Oczywiści
nie można uogólniać, albowiem jest trochę duszpasterzy myślących inaczej, którzy w tej sytuacji paradoksalnie
widzą nowe możliwości.  Ożyła np. instytucja wędrownych kaznodziejów, którzy zwykle w historii Kościoła
jawili się w czasach przełomów i wielkich oczyszczeń. Dzisiaj nie spotkamy ich w katedrach, kościołach, czy
też na rynkach miast, lecz przemierzają oni internetowe szlaki.  Stanowi to oczywiście chwilowe rozwiązanie,
które w oderwaniu od uczestnictwa w Eucharystii i w oderwaniu od życia parafialnego, może przynieść więcej
strat niż pożytku. W tym wszystkim jakże cenne są postawy tych duchownych i świeckich, którzy właśnie w tym
czasie, obdarzeni ogromnym entuzjazmem i z pełnym poświęceniem, próbują problemy przekuwać w szansę.
Są otwarci, a zachowują dyscyplinę kościelną, zajmują się tym, na co mają rzeczywisty wpływ. Posługują
się zarówno tradycyjnymi sposobami działania, które pokazały swoją trwałą przydatność, jak i odważnie sięgają
 po rzeczy nowe, niejednokrotnie je tworząc. Ten mocno uproszczony obraz daleko bardziej skomplikowanej
rzeczywistości niech nam teraz wystarczy. Zapytajmy Jezusa – czego  od swoich proaktywnych uczniów oczekuje?
Może Jego zaproszenie jest skierowane do któregoś z nas szczególnie?
Spotykamy Go dzisiaj nad Jeziorem Genezaret, kiedy to otoczony tłumem ludzi, zostawił ich, a zwrócił się do rybaków,
którzy  to po całonocnej pracy na brzegu płukali swoje sieci. Mogli zajmować się już tylko sieciami, albowiem połów
 był kompletnie nieudany. Jezus w tej chwili znalazł się między tłumem, który oczekiwał od Niego konkretnej pomocy
w budowaniu relacji z Bogiem, a światem ludzi pracy. Jezus chce wrócić do tego tłumu, ale potrzebuje współpracowników
 i znamienne, że szuka ich pomiędzy ludźmi pracy. Mieli swoją firmę, swojego bosa, potrafili stworzyć spółkę, potrafili
łowić i zaopatrywali rynek.  Jezioro, które ich żywiło, było szkołą charakteru. Zmienne pogody, niebezpieczne sytuacje,
nie zawsze udane połowy, kształtowały charaktery galilejskich rybaków.
Jezus nie szukał współpracowników pośród tych, których kwalifikacje wydawało się, były lepsze, np. pośród uczonych
w Piśmie. Ich formacja nie przystawała do misji Jezusa Chrystusa. Sama wiedza na niewiele się przyda, Ewangelię
głosi się całym sobą. Ona musi najpierw człowieka przeniknąć do spodu, aby to, co mówi, miało swoją moc, a on
stawał się coraz bardziej autentyczny.
Pracowitość człowieka to również oczekiwana cecha przez Jezusa. Sam był niezmiernie pracowity, a o tym, jak bardzo
 byli pracowici Apostołowie, może świadczyć epizod, który miał miejsce już po zmartwychwstaniu Pana Jezusa.
Szymon Piotr nie potrafił być bezczynnym człowiekiem i mimo tak rewolucyjnego wydarzenia poszedł łowić ryby,
a inni wraz z nim. Pracę mieli we krwi (por. J 21,1-4).
Tymczasem Jezus wprowadził się do łodzi szefa rybackiej firmy, Szymona. Znali się, a nawet nie tak dawno
Jezus, przebywając w Kafarnaum, był gościem w jego domu i uzdrowił jego teściową. Rybacy darzyli Go wielkim
szacunkiem i nie protestowali, że kiedy tłum doszedł, a On kazał nieco odbić od brzegu, wykorzystując taflę
wody,  jako nośnik głosu, nauczał.  Już wtedy było wiadomo, że to się szybko nie skończy. Wszedł w ich biznes,
wszedł w ich czas, wszedł w ich pracę. To ich przyzwolenie nie pozostało bez nagrody. Jednak, aby ją otrzymać,
poddał ich jeszcze jednej próbie: rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!” A Szymon
odpowiedział: „Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”.
Były cieśla, zażądał od doświadczonych rybaków, aby uczynili coś absolutnie sprzecznego z ich zawodową
 logiką. Szymon, mówiąc do Jezusa „Mistrzu”, uznał w Nim autorytet, na Którego to polecenie działał
w innej logice niż swoja. Wynik połowu znamy.  Apostołowie zostawili absolutnie rekordowy połów i
poszli za Jezusem,  który otwarł im zupełnie nową przestrzeń życia i pracy, nową misję. Pamiętajmy,
że dalej zachowali swoje łodzie i sieci, ale pozwolili Jezusowi na przeprogramowanie swego świata wartości.
Kto ma dzisiaj szansę na to, aby Jezus się przy nim zatrzymał i zaprosi go do swego misyjnego teamu?
- Człowiek  szczerze szukający Boga – autentyczny.
- Człowiek otwarty na drugiego człowieka.
- Człowiek pracy.
- Człowiek posłuszny  Jezusowi nawet wbrew ludzkiej logice.
- Człowiek gotów na polecenie Jezusa do opuszczenia „rekordowego połowu” i pójścia za Nim.
- Człowiek pełen entuzjazmu.
To właśnie na takich uczniach Jezus dzisiaj oprze reformę swojego Kościoła.
 
                                                                         Ks. Lucjan Bielas
 
 
Jak zatrzasnąć drzwi swojego domu, aby je potem otworzyć?
(Łk 4, 21-30)
Korzystamy w dalszym ciągu z zaproszenia nas do synagogi w Nazarecie, rodzinnej miejscowości Jezusa.
W poprzednim rozważaniu wsłuchiwaliśmy się w odczytany przez Niego fragment księgi Izajasza i radowaliśmy
się faktem, że Duch Święty napełniał zarówno natchnionego autora, jak i Boskiego interpretatora. Cieszyliśmy
się z tej niezmiernie jasnej deklaracji Chrystusa, że to właśnie na Nim spełniły się słowa proroka Izajasza.
Tymczasem w synagodze nastroje całkowicie się zmieniły. Przyczyną było to, że Jezus, jak do tej pory, cieszący
się poważaniem jako współmieszkaniec miejscowości, jako znajomy, kolega, przyjaciel, sąsiad, rzemieślnik,
a teraz znany nauczyciel, jasno wyznał przed swoimi, że jest nie tylko prawdziwym człowiekiem, którego znają,
ale jest jednocześnie Bogiem, który im się objawia przez słowa i czyny. Dla rodaków Jezusa było to wtedy jeszcze
zbyt trudne, tym bardziej że nie mieli klucza, do otwarcia się na całą prawdę o Nim. Tym kluczem jest wiara.
Dlatego Jezus, patrząc nie tylko na zebranych w synagodze, ale przede wszystkim widząc ich serca, przywołał
przykład proroków Eliasza i  Elizeusza, którzy nie znaleźli wiary u swoich bliskich, lecz zgoła u pogan.
I tym doprowadził swoich bliskich do tak wielkiego wzburzenia, iż byli gotowi Go zabić.
Nasuwa się zaraz pytanie: dlaczego Jezus tak postąpił, i co chciał przez to uzyskać?
Można z całą pewnością powiedzieć, że uczynił tak z miłości zarówno do swoich rodaków, jak i do Siebie.
Do nich, albowiem to miłość kazała Mu przyjść do swoich rodaków i to miłość kazała Mu zburzyć ich spokój,
 ich komfortową pobożność. Trzeba nieraz bliskiej osobie powiedzieć coś, co jest prawdą, do której zrozumienie
i przyjęcia, trzeba nieraz w bólu dojrzeć. To też i Jego miłość sprawiła, że nie byli w stanie Go tknąć i odszedł,
 zostawiając im twarde pytanie: to kim On tak naprawdę jest?
To miłość kazała Jezusowi, który jest również prawdziwym człowiekiem, zamknąć drzwi Nazaretu, drzwi swojego
domu. Potrzebował tej szkoły prawdziwych proroków, którzy przeszli odrzucenie przez najbliższych
po to, aby pokochać wszystkich, a do swoich nabrać właściwego dystansu.
Tak więc Jezus pokazał nam, jak zatrzasnąć drzwi swojego domu, aby je potem otworzyć. I dopiero
w tym kontekście wybrzmiewa hymn św. Pawła:
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo
 cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę,
i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał – byłbym niczym […].
 
                                                                                                             Ks. Lucjan Bielas
 
Czy wolność jest dzisiaj możliwa?
(Łk 1, 1-4; 4, 14-21)
Kiedy rozpoczynamy redakcję jakiegoś ważnego tekstu, to wiele uwagi poświęcamy pierwszym zdaniom.
Staramy się określić adresata, ustalić ogólny zarys naszego przesłania i jasno określić jego cel. Świadomi
tych redakcyjnych zabiegów spróbujmy odczytać początek Ewangelii wg św. Łukasza. Pośród różnych prób
określenia czasu jej powstania przeważa ostatnio przekonanie, że została napisana w latach 80 – 85. Dzieło
to, jak czytamy, ma dwóch adresatów. Pierwszym, o ile nie jest to postać fikcyjna, jest Teofil, określony przymiotnikiem
 „dostojny”, co wskazywałoby na jego przynależność do sfery urzędniczej. Zapewne miał już kontakt z nauką
Chrystusa, którą przyjął, lecz zdaniem Łukasza, ten proces wymagał dalszego pogłębienia, aby osiągnąć stan
„całkowitej pewności”.  Drugim adresatem są wszyscy podobni do Teofila, początkujący w wierze i potrzebujący
 jej umocnienia. Samo greckie imię „Teofil” oznacza człowieka „miłego Bogu” i  jest bardzo wymowne, albowiem
 obejmuje każdego, kto z taką relacją do Najwyższego, otwiera karty Ewangelii.
Łukasz ma świadomość, że choć już wielu przed nim spisywało opowieści o działalności Chrystusa, to  w tym
przekazie drugiemu człowiekowi tej najważniejszej wiedzy,  jest i jego misja. Szczególnym przesłaniem zarówno
Ewangelii, jak i Dziejów Apostolskich, które są również autorstwa św. Łukasza, jest jego głębokie przekonanie
o obecności i działaniu Ducha Świętego, i to zarówno w każdym człowieku, jak i we wspólnocie Kościoła.  
Jest tak ważny tekst, że można z całą pewnością powiedzieć, że nie odrobienie Łukaszowej lekcji o Duchu Świętym,  
prowadzi do niezrozumienia Kościoła Chrystusowego. Dzisiaj, kiedy to Kościół przechodzi czas swojego głębokiego
oczyszczenia, sięgnięcie do Łukaszowych tekstów stało się jeszcze  większą koniecznością.
Swoim odwiecznym zwyczajem, szatan, głosząc człowiekowi wolność, zakłada mu okowy zniewolenia.
Czyni to, wykorzystując najnowszą technologię, aby spętać nasze głowy, zawładnąć naszym umysłem.
Nie trzeba tu długich wywodów, wystarczy chwila refleksji, aby ustalić i nazwać te punkty, w których tracimy
naszą wolność. Wystarczy spojrzeć na telefon, na karę kredytową, na komputer, i zobaczyć w nich ogromne
dobrodziejstwo, ale i gigantyczne zagrożenie dotyczące nas wszystkich, choć szczególnie, młodego pokolenia.
Jesteśmy nie tylko świadkami, ale i uczestnikami próby przebudowania świata wartości i to wydawać
by się mogło tak oczywistych, jak rozróżnienie: mężczyzna i kobieta, życie i śmierć. To wszystko jest
związane z próbą przeformatowania człowieka w centrum jego wolności, w  sumieniu. Jest to próba
wymiany tego, co wpisał Stwórca, na to, co chce wpisać szatan. Scena z ogrodu rajskiego pod drzewem
poznania dobra i zła, nigdy się nie skończyła i trwa, choć dzisiaj z wykorzystaniem wyjątkowo niebezpiecznych
 narzędzi. Jest więc to walka o miłość, wolność i wieczność człowieka.
Czy Jezus w tej walce ma jeszcze coś do powiedzenia?
W drugiej części dzisiejszej Ewangelii prowadzi nas Autor na spotkanie z Jezusem, który u progu swej
publicznej działalności przychodzi do swej rodzinnej miejscowości, do Nazaretu. Swoim zwyczajem w szabat
pojawił się synagodze, a więc między swoimi, pośród których wyrastał, pracował i się modlił.  Teraz chce im
powiedzieć całą prawdę o sobie, nie tylko o swoim człowieczeństwie, ale i o swoim Bóstwie. W tym przekroczeniu
 progu, po ludzku niewyobrażalnego, posłużył się tekstem z księgi proroka Izajasza, którą Mu podano: Duch Pański
spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił
wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana.
Jezus, mówiąc: Dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeliście, odnosi przepowiednię proroka do siebie.
 Choć ówcześni słuchacze Jezusa nie byli jeszcze gotowi na przyjęcie Jego przesłania, ale ono zostało
wypowiedziane i weryfikuje się przez całą historię i weryfikuje się dzisiaj.
Przyjęcie Jezusa, przyjęcie Jego Ewangelii,  jest przyjęciem Jego Ducha. Jest przyjęciem Ducha,
który był przy stworzeniu, jest przyjęciem Ducha, który mówił przez proroków, jest  przyjęciem Ducha,
który zstąpił na Jezusa podczas chrztu w Jordanie, jest  przyjęciem Ducha, którego Jezus po zmartwychwstaniu
tchnął na Apostołów, jest przyjęciem Ducha, którego Jezus wyprasza nam u Ojca Niebieskiego – Ducha prawdy,
którego świat nie zna, a który mieszka w uczniach Jezusa (por. J 14, 15-17).
Ludzka roztropność jest pożytecznym narzędziem, ale sama w potyczce ze złem jawi się niewystarczającą.
 Może warto więc codziennie prosić Jezusa, aby dzielił się z nami swoim Duchem. Jego dary są w pewnym
 logicznym kluczu, który znakomicie ustawia myślenie człowieka, a który jest zamknięty w siedmiu darach:
dar mądrości, dar rozumu, dar rady, dar męstwa, dar umiejętności, dar pobożności i dar bojaźni Bożej.
Jestem przekonany, że tylko Duchem Jezusa Chrystusa formatowany umysł, zachowa swoją wonność.
 
                                                                                 Ks. Lucjan Bielas
 
Coraz mniej wesel w Kanie
(J 2, 1-11)
A coraz więcej listów rozwodowych. Tak można najkrócej określić przemiany w życiu rodzinnym współczesnego świata.
Czy w czasach Chrystusa było inaczej? Wydaje się, że nie. W świecie niewolników, wystawianych na kupno i sprzedaż relacje rodzinne byłyby ze szkodą dla panów. Natomiast wśród wolnych Rzymian upadł model silnej rodziny czasów republiki,
z dużym zakresem władzy, jak i też odpowiedzialności ojca – pater familias.  Szerzące się związki partnerskie i ściśle
z tym związane unikanie potomstwa, zaowocowały takim kryzysem demograficznym w Imperium, że Oktawian August podjął prawne działania, mające na celu zmianę śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji. Zastosowane narzędzia ustawowe, przyniosły
jedynie chwilową poprawę sytuacji, albowiem wygoda i spryt Rzymian okazały się silniejsze, a Imperium coraz słabsze.
Tak oto historia zatacza w swych nieubłaganych procesach kolejne koło, a raczej zwój swej spirali, przestrzegając i ucząc
tych, którzy są na to otwarci.
Pomimo szalejącej pandemii, pozwólmy się więc zaprosić na najbardziej intrygujące, ale jednocześnie jedno z najważniejszych
wesel w dziejach świata, na wesele w Kanie Galilejskiej.  Stało się tak, pomimo że nie znamy imion pary młodej, nie znamy dokładnej ilości zaproszonych gości, nie znamy menu, nic nie wiemy o kosztach tej uroczystości. A wszystko przez to, że był jeden kluczowy gość, który paradoksalnie, stał się gospodarzem całej uroczystości, nadając jej ponadczasowy wymiar – Jezus Chrystus.
- Jakie znaczenie ma dla współczesnego Kościoła i współczesnego świata wesele w Kanie Galilejskiej?
Pytanie o znaczenie tego wesela na tym etapie spirali dziejów świata jest fundamentalne. Dotyczy ono nie tylko sakramentalnych związków małżeńskich, ale również porządku społecznego i ekonomicznego świata. Trzeba być kompletnym ignorantem, żeby to negować.
Przypatrzmy się więc kluczowym momentom tej weselnej uroczystości, podczas której Jezus dokonał pierwszego cudu.
Został on niejako sprowokowany przez obecną tam również, matką Jezusa, Najświętszą Maryję Pannę. To Ona pierwsza,
dostrzegła, że zaczyna brakować wina. Nie zwraca się z tym problemem do starosty, bo była praktyczną kobietą i doskonale wiedziała, że sytuacja go przerasta.  Maryja nie zwraca się z tym do pana młodego, bo zapewne też byłby bezradny. Zwraca
się do swojego Syna do Jezusa. To Jej na pozór banalne stwierdzenie faktu: Nie mają wina, otwiera Jego cudotwórczą
działalność.Odpowiedź, jaką usłyszała od Syna, była niewątpliwie twarda. Czy to Moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?
Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?  Maryja zostawia tę ludzką wypowiedź Jezusa na pozór bez reakcji. Jakby
ignorując opinię Syna, zwraca się do sług ze słowami: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Jest to ostatnie zdanie wypowiedziane przez Nią na kartach Ewangelii.
Maryja ma pełną świadomość faktu, po ponad 30 latach mieszkania z Jezusem pod jednym dachem, że mieszkała nie tylko
 z prawdziwym człowiekiem, który jakby komunikuje – to nie nasza sprawa, ale również mieszkała z prawdziwym Bogiem,
dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. To właśnie, swoim ostatnim zdaniem, zwraca się do Jego Boskiej natury i niejako
 wywołuje nadprzyrodzoną reakcję – cud.
Pierwszym odbiorcą tego daru jest Pan Młody. Można zapytać: - a czym sobie na to zasłużył? Przecież o nic nie prosił,
o nic nie pytał, o niczym nie wiedział. Mało tego jeszcze na końcu zebrał pochwałę. Wystarczyło jedynie to, że nie wyrzucił
Jezusa za drzwi.
I w tym miejscu trzeba zaznaczyć, że na tym właśnie polega ślub kościelny, czyli sakrament małżeństwa. Na zaproszeniu Chrystusa do tej przestrzeni ludzkiej cudownej miłości między mężczyzną a kobietą i nie wyrzuceniu Go za drzwi. Smutne doświadczenie uczy, że w wielu, bardzo wielu związkach między ochrzczonymi, nie ma miejsca dla Jezusa. A nawet jak jest zaproszony, bardzo często i bardzo szybko ląduje za drzwiami. Zarówno u jednych, jak i u drugich, pretensji o brak cudu, nie brakuje i to posuniętych aż do stwierdzenia – po co On w moim małżeństwie i w moim domu. Następne będzie bez Niego.
Wielu jest takich, którzy w swojej pomroczności tak pozamykali serca i drzwi, że dla Boga nie zostawili najmniejszej szczelinki. Pogubienie się takich rodziców, rzutuje na pogubienie się dzieci i można tu przytoczyć słowa, które Bóg skierował do skądinąd dobrego kapłana Helego, który jednak źle wychował swoich synów: Dlaczego szanujesz bardziej synów swoich niźli mnie?
(por. 1 Sm2,29)
Wielu patrzy na swoje coraz bardziej dramatyczne życie i swój coraz mniej atrakcyjny dom i mówią: - tu się już nic
nie da zrobić. I tak żałośnie czekają, aż śmierć rozwiąże  ich życiowe problemy. Smutne!
To właśnie dla nich szczególnie w tej ewangelicznej scenie nieprzypadkową jest postać Maryi. To Ona wstawia się
 u Jezusa tam, gdzie po ludzku nie ma już nic, gdzie nie świeci już żadne światełko. Może warto do Niej się zwrócić,
 póki zegar życia jeszcze tyka.I na zakończenie jeszcze jedno. Wody do stągwi Pan Jezus w Kanie nie nosił. Wykonuj
Jego polecenia nawet wtedy, gdy będziesz w 100% pewny, że są nielogiczne!
 
                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas
 
Niebezpieczny Mesjasz
(Mt 2,1-12)
Współczesny świat w wielu swych odsłonach,  przypomina  Palestynę czasów Heroda Wielkiego.
  Ten niezmiernie błyskotliwy i giętki polityk, wszystko i wszystkich w swoim życiu, podporządkował
 idei władzy, którą sprawował na powierzonym sobie terenie, z nadania  Imperium Rzymskiego.
Z pochodzenia Idumejczyk, religię i świątynię traktował instrumentalnie, jako spolegliwe narzędzie
do sprawowania władzy, tym różniące się od innych, że trzeba się nim szczególnie ostrożnie obchodzić,
zachowując grę wszelkich możliwych pozorów.  Wobec cesarza Imperium był całkowicie spolegliwy,
natomiast wobec poddanych  bezwzględny i okrutny, mistrzowsko tworząc i wykorzystując wszelkie
między nimi zaistniałe podziały.  Herod miał gębę  pełną dobroci, życzliwości i słodyczy, w czynach
 zaś był pozbawiony  jakichkolwiek skrupułów.  Po trupach, nawet najbliższych realizował swoją  
wizję państwowego ładu. Dzięki Józefowi Flawiuszowi wiemy o nim dużo i wiemy, jak bardzo jego
osoba rzutowała na atmosferę Jerozolimy, pałacu i całej Palestyny. Przekaz Ewangelii św. Mateusza
 o przybyciu mędrców ze Wschodu i o rzezi niewinnych dzieci w okolicy Betlejem, znakomicie wpisuje
 się w obraz nakreślony przez żydowskiego historyka.
Wydawać by się mogło, że tak miejsce, jak  i czas na narodzenie Mesjasza, był bardzo niestosowny.
Kiedy jednak patrzymy na to fundamentalne wydarzenie w dziejach świata z perspektywy historii,
to musimy stwierdzić, że plan Boga był perfekcyjny. Nie było dla Jezusa lepszego czasu, nie było
dla Jezusa lepszego miejsca i lepszych okoliczności.
Uzbrojeni więc w wiarę i pokorę intelektu przejdźmy wraz z gośćmi z odległej wschodniej krainy
przez pałac Heroda. Przybyli owi Mędrcy ze Wschodu do Jerozolimy przyprowadzeni przez gwiazdę,
którą bez wątpliwości łączyli z  Mesjaszem, który już przyszedł na świat, jako nowo narodzony król żydowski. Musieli
 być owi goście  wyjątkowi, skoro Herod nie tylko wpadł w przerażenie,
ale i osobiście, lecz po swojemu,  zaangażował się w ich misję. Niewątpliwie na ową wyjątkowość składała się,
zarówno wiedza, jaką dysponowali  i to ta, astronomiczna, jak i ta, dotycząca Mesjasza,
 a także sposób jej przekazu. Było to dla Heroda  na tyle realne zagrożenie, że zebrał wszystkich arcykapłanów
i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Oni zaś, zgodnie
z proroctwem Micheasza (5,1), wskazali na Betlejem.  I tam też wysłał ich Herod, ale już potajemnie
się  z nimi spotykając, albowiem  miał pewnie zamiar cichego zlikwidowania konkurenta do tronu.
Fakt, że prowadzeni gwiazdą Mędrcy nie ominęli Jerozolimy, pałacu Heroda i konfrontacji
z dostojnikami świątyni i ekspertami w Piśmie,  ma swoje znaczenie zarówno w Bożym planie
zbawienia, jak i zapewne w osobistym życiu każdego z uczestników tego wydarzenia.
Kiedy opuścili Jerozolimę Mędrcy udali się w dalszą drogę. W porównaniu z setkami kilometrów,
które przeszli wpatrzeni w niebo i w swoje umysły i serca, tworząc zapewne i między sobą
swoistego rodzaju jedność, te 8 kilometrów do Betlejem, było krótkim, ale najważniejszym odcinkiem. 
Trzeba teraz oddać głos Ewangeliście: A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed
nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę,
bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli
na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło
 i mirrę.
Nie tylko zatrzymanie się gwiazdy, ale przede wszystkim relacja między Matką i Dziecięciem,
 tak zwyczajna, taka ludzka, sprawiła, że w niej zobaczyli obecnego Boga.  I to doświadczenie
zwaliło ich z nóg. Oddali pokłon Dziecięciu i takie złożyli Mu dary, dla Króla – złoto, dla
Boga – kadzidło, dla Człowieka – mirrę. Trzeba przyznać że, wiedzieli, Kogo szukali. 
Po tym doświadczeniu, Mędrcy, tworząc zapewne i między sobą nową relację,  inną drogą
udali się do ojczyzny. Jest to bardzo mocny, głęboki i ponadczasowy tekst.
Dzisiaj, w tym świecie, który panicznie tak jak król Herod, boi się Mesjasza,  stawiam sobie   
pytanie o moje spotkanie z Dzieciątkiem Jezus i o moje z Nim relacje. Stawiam sobie pytanie:
Czy ci, którzy na mnie patrzą, widzą Boga, czy też tylko mnie człowieka, który sobą
Boga skutecznie przesłania?
 
                                                                                                     Ks. Lucjan Bielas
 
 
Na progu
(Łk 2,16-21)
Pasterze, którzy przybyli do stajenki betlejemskiej, mieli wiele do opowiedzenia rodzicom Jezusa,
Maryi i Józefowi. Kiedy to w okolicy trzymali straż nocną, jako że poważnie traktowali swoją pracę
 i bezpieczeństwo powierzonych im owiec,  pojawił się przy nich anioł Pański. Towarzyszący mu nadzwyczajny efekt świetlny, określili jako „chwałę Pańską, która ich zewsząd oświetliła”. 
Jak tylko opanowali strach, dotarły do nich słowa anioła, który zwiastował im narodzenie się Mesjasza w pobliskim Betlejem, zwanym miastem Dawidowym. Znak, po którym mieli Go rozpoznać,
to Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie. Trzeba przyznać, że znak to zaiste szczególny,
jako że żłób to dość nietypowe miejsce dla niemowlęcia. Na dodatek, do tego niebieskiego wysłannika, przyłączyło się  mnóstwo zastępów anielskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał”.
To doświadczenie  kosmicznego wydarzenia na niebieskim firmamencie dla ludzi pastwiska
i nocnych czuwań musiało być wyjątkowo mocnym znakiem.  Nagle ci  przedstawiciele
rzeczywistości ziemskiej,  pełnej pracy, cierpienia i śmierci, stanęli na progu zupełnie innego świata. Wiedzieli
o nim, przez swoją wiarę,
 że jest, lecz teraz objawił im się w zupełnie nadzwyczajny sposób. Doświadczyli świata
nieśmiertelnych, szczęśliwych, oddających chwałę Bogu. Na dodatek,
na tym progu, na którym się znaleźli, położono im uroczyście klucz do wejścia, klucz, na który długo ludzie czekali. 
Jest nim Mesjasz, o którym dowiedzieli
 się, że narodził się w  Betlejem. Chór aniołów przekazał im cenną informację, a mianowicie,
 jak z tego Klucza skorzystać. Trzeba tak żyć, aby być człowiekiem, który podoba się Bogu. Przyjąć
Jego misję i wypełnić ją. To daje pokój serca na ziemi, a Klucz – Mesjasz  otwiera wtedy drzwi wieczności.
I tak oto pasterze, z tym wyjątkowym doświadczeniem stanęli na progu betlejemskiej stajenki
i trudno sobie nie wyobrazić, by  ich kolana nie ugięły się przed Niemowlęciem złożonym w żłobie. Doskonale
 już wiedzieli, drzwi jakiej rzeczywistości ten Klucz – Mesjasz, otwiera. Jakże musiało promieniować,
 to miejsce bydłu przeznaczone, ludzką radością płynącą z wiary tych, którzy tutaj byli, przy Bogu,
który postanowił z nieskończonej miłości i z wszechmocą działania,
stać się jednym z nas i to takim malutkim. Postanowił stać się człowiekiem, abyśmy byli dziećmi
Boga i dziedzicami nieba.
W tym wirze radości, kiedy to niebo otwiera się na ziemi, Ewangelista akcentuje postawę Maryi: zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Była najbliżej i wiedziała najwięcej. Poczęła i porodziła dziecko, zachowując swoje dziewictwo. Widomy znak wszechmocy Boga w
Jej ciele i w Jej życiu. Tej postawy czytania obecności Boga, zachowywania i rozważania w swoim sercu, tego, co się wydarzyło, warto od Niej się uczyć. Złożyła Dziecię Jezus w żłobie, aby każdy z nas mógł wziąć Go do swego serca, jako jedyny klucz do Nieba.
Dla nas stojących u progu Nowego Roku 2022, a jednocześnie stojących na progu stajenki betlejemskiej, ta postawa
Matki Boga, jest szczególnie potrzebna. Przed nami rok, nieprzewidywalnych wydarzeń, których zapowiedzi są już szczególnie bolesne. Nie wiemy, ilu z nas przeżyje i do jakich jeszcze dojdzie podziałów i napięć. Wiemy, że Kościół Chrystusowy
 przetrwa, ale nie wiemy w jakiej kondycji. Tak więc pełni lęku, na progu czasów i na progu stajenki betlejemskiej stoimy
i pragniemy
od Maryi się uczyć. Przede wszystkim wolności od grzechu, aby w naszym sercu było zawsze miejsce
dla Chrystusa – Wcielonego Słowa Boga, obecnego w Eucharystii. To właśnie przez Eucharystię, złożony w betlejemskim
żłóbku Jezus staje się kluczem do Nieba w moim sercu.
Warto więc uczyć się od Maryi korzystania z umysłu, pamięci i serca. Kiedy elementem łączącym
te ludzkie funkcje staje się obecny w nas  Bóg – Jezus, wtedy  następuje harmonia w człowieku
nawet w najbardziej trudnych sytuacjach.
Weryfikacją prawdziwej pobożności Maryi, jest stajenka pełna ludzi wielbiących Boga,
pomagających sobie wzajemnie i rozmawiających ze sobą.
Na progu Nowego Roku, na progu stajenki betlejemskiej proszę Cię Panie Jezu, abym
zrozumiał jej przesłanie na pandemię i niespokojne czasy. Abym nie zapomniał zabrać
ze żłóbka do mojego serca Jezusa – Klucz.
 
                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ODWIEDZIŁO NAS        
 
                           
             Admin   slpro@op.pl   FB  Czesław Sławomir Proszek