Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
Co myślicie?
(Mt 21, 28-32)
To prowokujące pytanie, które postawił Jezus arcykapłanom i starszym ludu, stawia wszystkim przez wszystkie czasy,
stawia je i nam.
Ojciec miał dwóch synów i winnicę. Zwrócił się do jednego z nich, aby poszedł i pracował w winnicy. Ten chętnie się zgodził,
lecz nie poszedł. Drugi odparł ojcu: Nie chcę. Później jednak przemyślał prośbę ojca, opamiętał się i poszedł. Dosłowne tłumaczenie
z języka greckiego brzmi „odczuwszy żal,  poszedł do winnicy”.  Dalej, Jezus, zwracając się do swoich słuchaczy,  precyzuje kwestię: Który z tych dwóch spełnił wolę ojca?
Udzielenie poprawnej odpowiedzi nie budziło wtedy i nie budzi teraz, wielkich problemów. – Ten drugi, odparli. Kiedy Jezus
to usłyszał, natychmiast zarzucił  arcykapłanom i starszym ludu, brak wiary w przesłanie Jana Chrzciciela, który przecież nawoływał
do nawrócenia, do odwagi zmiany sposobu myślenia i postępowania.  Jezus dodał, że pogardzani przez starszyznę  celnicy i nierządnice, w znacznej części już tego dokonali.  Jednakowoż ich przykład  nie poruszył  sumień przywódców i nie poszli za wezwaniem
Jana. W dosłownym tłumaczeniu czytamy: „Nie odczuliście żalu, by później uwierzyć mu”.
Któż z nas w życiu nie popełnił błędu, z którego, tak na samym dnie sumienia wie, że powinien się wycofać. Może jeszcze w niejednym takim grzechu tkwimy, przekonując świat i siebie samych, że wszystko jest w porządku. Już może nie odczuwamy żalu, a porównując
 się z innymi, znajdujemy takie postawy, na których tle wyglądamy mimo naszych błędów, znakomicie.
Dziś Jezus, wskazując na drugiego syna, daje nam szansę. Zachęca nas do odczucia takiego żalu, który da nam odwagę zmiany życia, nawet w najgorszym życiowym pogmatwaniu. Jednocześnie wskazał nam  dwie cechy charakteru, które takie odczucie żalu umożliwiają.
Pierwszą z nich jest pokora. Drugi syn zrozumiał prawdę o sobie. Zrozumiał, kim jest i jakie są jego zobowiązania. Zrozumiał, że polecenie ojca nie jest kaprysem, lecz rzeczywistą potrzebą, spełnienie, której jest misją syna. Niedościgłym wzorem pokory jest sam Jezus.  Będąc  prawdziwym Bogiem,  uniżył samego siebie do bycia prawdziwym Człowiekiem i zamieszkał pośród nas jako jeden
z nas. Poszedł do winnicy, do której posłał Go Ojciec, aby wypełnić swoją misję, swoją służbę.
Drugą cechą charakteru, którą Jezus podkreślił, jest szczerość. Drugi syn szczerze powiedział – Nie chcę. Szczerość otwiera
myślenie, jest znakiem postawy szukającej prawdy i zadatkiem odwagi do zmiany decyzji. Jak bardzo szczerym okazał
się Jezus, który bez niepotrzebnych zahamowań i obaw, arcykapłanom i starszym ludu, szczerze wskazał, gdzie tkwi fałsz ich postawy.
Człowiek niepokorny i nieszczery nigdy nie odczuje żalu i nigdy nie zdobędzie się na zmianę życia. Z takimi trzeba żyć, ale nigdy nie wysyłać ich do swojej winnicy.
 
 
                                                                                                               Ks. Lucjan Bielas                                                                                                                                                    
 
Czy taka firma to utopia?
(Mt 20, 1-16 a)
Wielu, i to zarówno pracodawców, jak i pracobiorców czytając przypowieść Chrystusa o pracownikach winnicy, zatrudnianych przez właściciela o różnych porach dnia, i jednakowo wynagrodzonych, wkłada ją do zbioru pobożnych bajek, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Nieco bardziej pobożni, koncentrują się na jej przenośnym znaczeniu, widząc obraz niepojętej dla człowieka sprawiedliwości Boga.
Powstają zatem pytania: - czy Chrystusowa przypowieść o pracownikach w winnicy, ma tylko  i wyłącznie teologiczne znaczenie?  - Czy istnieje możliwość bezpośredniego przełożenia jej na życie?
 
Aby lepiej przesłanie Chrystusowe, wejdźmy w świat ówczesnych pojęć. Było zwyczajem, że szukający pracy gromadzili się w miasteczku na określonym placyku, który pełnił funkcję swoistego rodzaju urzędu pracy. Ewangeliczny właściciel winnicy przychodził tu o różnych godzinach dnia. Mamy wymieniony wczesny ranek, godzinę trzecią, szóstą, dziewiątą i jedenastą. Warto wiedzieć, że przy braku zegarków, dzielono przedział czasu między wschodem a zachodem słońca na 12 odcinków, czyli godziny. Noc zaś na 4 odcinki, zwane strażami. Gospodarz winnicy tylko z robotnikami zatrudnionymi wczesnym rankiem umówił się o denara za cały dzień pracy, co było uczciwym wynagrodzeniem.  Zatrudnieni w późniejszych porach usłyszeli: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam.
Problem pojawił się w momencie wynagrodzenia robotników za wykonaną pracę. Właściciel kazał rządcy zwołać w tym celu robotników i wypłacić wszystkim równo po denarze, począwszy od tych, którzy zaledwie godzinę pracowali. Na pewno wielu, patrząc z ludzkiego punktu widzenia, doskonale rozumie nadzieje, jakie powstały i rozgoryczenie w umysłach tych, którzy pracowali cały dzień. Ta transparentna postawa gospodarza sprawiła, że dyskusja na temat wynagrodzenia mogła odbyć się zaraz, a powstające wątpliwości można było wyjaśnić natychmiast. Tajne wynagrodzenie i tak by wyszło na jaw, a ilość dowolnych interpretacji byłaby nie do ogarnięcia.
Właściciel winnicy okazał miłosierdzie, które nie było kaprysem. Kiedy zatrudniał ostatnich, wprost zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? W odpowiedzi usłyszał: Bo nas nikt nie najął.  Widział ich gotowość do pracy i determinacje, zapewne i potrzebę, w jakiej byli, skoro nawet godzina pracy była dla nich ratunkiem. Pierwszym krzywdy nie uczynił, albowiem o denara byli umówieni.
Istota problemu jeszcze tkwi głębiej.  Dotknął ją gospodarz winnicy, zwracając się do jednego z tych rozgoryczonych: Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Chodzi o spojrzenie  - „złym okiem”. Tak patrzą ci, którzy pracy nie kochają, którzy nie kochają winnicy i swego pracodawcy.  Nastawieni na zysk, akcentujący swój wysiłek, łatwo wpadają w śmiertelną pułapkę porównywania się z innymi i tracą obiektywne spojrzenie.
Jestem robotnikiem w winnicy Pańskiej, w Kościele. Pragnę kochać Kościół i jego gospodarza Chrystusa. Pragnę, aby ta miłość uchroniła mnie od „złego oka”, zazdrości, poczucia krzywdy i osądzania. Jednocześnie stawiam sobie pytanie, a może i wyzwanie: - czy jest możliwe budowanie takich winnic, takich firm, jak ta ewangeliczna, w których praca byłaby odbiciem nieba na ziemi, królestwem Bożym? Czy są tacy pracodawcy tak mocno zakorzenieni w Bogu, aby mieć odwagę odpowiedzialnego służenia pracownikom?  
Warto na zakończenie zwrócić uwagę na fakt, że ewangeliczny właściciel winnicy, przy takiej postawie odpowiedzialnego miłosierdzia, nie miał finansowych problemów.

 

                                                                                     Ks. Lucjan Bielas   
 
Ta suma może zaszokować
(Mt 18, 21-35)
Nie wiemy, kto i  w jaki sposób zalazł św. Piotrowi za skórę, skoro postawił Chrystusowi takie pytanie: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat zawini względem mnie? Czy aż siedem razy? Odpowiedź Chrystusa była szokująca: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy.  Czyli – zawsze! Dla Żyda ukształtowanego na prawie odwetu, w którym zasada kodeksu Hammurabiego: „oko za oko; ząb za ząb”, była i jest ciągle żywa, żądanie Chrystusa jest bardzo trudne, niemal niewykonalne. Świadomy tego, Boski Nauczyciel, przeniósł całą sprawę na zupełnie inny, ale na najbardziej właściwy poziom, czyli na poziom relacji człowiek – Bóg. Posłużył się znakomitą przypowieścią o dłużnikach. Przed króla przyprowadzono dłużnika, który był mu winien 10 tys. talentów. Mamy tu do czynienia z grecką jednostką wagi, która za czasów Chrystusa opiewała na ok. 34 kg złota, lub srebra. Możemy więc mówić o sporej kwocie ok. 700 000 000 zł. Oczywiście są to daleko szacunkowe dane, ale przybliżają wagę problemu. Kiedy zrujnowany sługa, błagał o litość, król cały dług mu darował. Kompletnie nie wyciągając wniosków z tego aktu łaski, sługa, kiedy zobaczył współsługę, który winien mu był 100 denarów, co  w porównaniu z poprzednią kwotą stanowiło przysłowiowe grosze, bezlitośnie domagał się zwrotu, a gdy ten nie mógł spełnić żądania, wtrącił go do więzienia. Można powiedzieć, że z punktu widzenia litery prawa, wszystko było w porządku. I choć żadne prawo nie zostało naruszone, dla współsług była to oczywista niesprawiedliwość. Nie pozostali bierni i widząc bezsens upominania wprost, odnieśli się do samego króla. Władca wobec nielitościwego sługi postąpił z taką samą surowością, jaką on okazał współsłudze. Darowiznę wycofał, a jego wydał katom, dopóki wszystkiego nie odda. Kluczowe są słowa Pana Jezusa, kończące przypowieść: Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. Wielkość naszych przewinień wobec Ojca Niebieskiego jest ogromna, zważywszy, że sprzeciwiamy się Osobie o nieskończonej godności, nieskończenie nas kochającej.  Astronomiczna kwota 10 tys. talentów znakomicie ilustruje wielkość winy, której naprawienie przekracza możliwości człowieka. Krew Jezusa Chrystusa, prawdziwego Człowieka o nieskończonej godności prawdziwego Boga, jest zapłatą i to nadobfitą za wszystkie ludzkie grzechy. Warunek jest jeden, który mniej lub bardziej świadomie powtarzamy, wypowiadając słowa modlitwy Ojcze Nasz: Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.  Nie odpuszczając bliźniemu, żyjemy spętani żądzą odwetu, a co najważniejsze, sami blokujemy własne zbawienie. Jest to największa głupota, jaką możemy sobie zafundować w imię źle pojętej ludzkiej sprawiedliwości. 
Zrozumiał to Piotr, kiedy po zaparciu się Jezusa, zapłakał, a potem patrzył na Jego śmierć na krzyżu.
Dziś, kolejny raz stawiam sobie pytanie ja, tyle razy o tej prawdzie mówiący: - czy ją tak naprawdę do końca rozumiem?  - Czy przebaczenie bliźniemu jest moim nawykiem? 77 jest jasnym warunkiem.                                                                    

                                                                                             Ks. Lucjan Bielas

 
 
Bosko – ludzka korporacja
(Mt 18, 15-20)
Tak można próbować współczesnym językiem określić Kościół założony przez Jezusa Chrystusa. Pośród wszystkich ludzkich organizacji stanowi on niewątpliwie fenomen, przez jednych podziwiany, przez innych znienawidzony. Jedni marzą o tym, by Kościół Chrystusowy ogarnął cały świat, inni marzą o tym, aby w ogóle przestał istnieć, by nawet najmniejszy ślad po nim nie został. Fenomenem jest to,
 że niezależnie od tego, czy ktoś się z tą organizacją zgadza, czy nie, to wszyscy od Kościoła się uczą.
Nie będę ukrywał, że zaliczam się do tych, którzy gorąco pragną tego, aby Kościół, którego staram się być świadomym i aktywnym członkiem, miłością pozyskał dla Boga wszystkich ludzi.
Dziś, dzięki św. Mateuszowi, możemy wziąć udział w warsztatach prowadzonych przez samego Chrystusa, podczas których, wtedy dwunastu uczniom, dzisiaj nam, tłumaczy fenomen działania instytucji, którą założył i której jest prezesem i to na zawsze.
Po pierwsze, Jezus poucza o podstawowych prawach komunikacji: Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik. W tych niesłychanie prostych słowach zawarł Jezus zasadę odpowiedzialności za siebie, za drugiego i za wspólnotę.
Te zasady korporacyjne stosują wszyscy, którzy próbują zbudować trwałą wspólnotę. Nikt nic mądrzejszego nie wymyślił i nie wymyśli. Chrystus jednak wypowiedział te słowa w pewnym ważnym kontekście. Mówił wcześniej o dobrym pasterzu, który jest gotów szukać
 jednej zaginionej owcy, mówił o Bogu, o swoim Ojcu, któremu zależy na wszystkich ludziach, bo wszystkich kocha.
Mając przed sobą dwunastu liderów swej korporacji, Jezus, wysłannik Niebieskiego Ojca, mówi do nich słowa, których żaden szef na ziemi swoim pracownikom powiedzieć nie może: Wszystko, cokolwiek zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Te słowa nabierają znaczenia  dopiero w kontekście tego, co Jezus natychmiast dodał: Jeśli dwóch
z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od mojego Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani
w imię moje, tam jestem pośród nich.
Wnioski nasuwają się same. To nieustannie obecny w swej korporacji Jezus prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek zawiązuje i rozwiązuje, posługując się tymi, którzy sami zdecydowali się na bycie Jego towarzyszami. Nie trudno domyślić się, że jest tu też zawarta zapowiedź sakramentów świętych, tych przestrzeni, w których zawiązywanie z rozwiązywanie ma szczególny, pozaziemski wymiar. Jest w nich ten, który udziela – szafarz, jest i ten, który przyjmuje, ale działa zawsze Jezus – ten Trzeci.
W tym czasie, kiedy jest tak wiele pytań dotyczących Kościoła Chrystusowego, może warto jeszcze raz sobie przemyśleć jego rozumienie
 i swoje w nim miejsce.

 

                                                                                   ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Towarzysz
(Mt 16, 21-27)
Można sobie wyobrazić zdumienie i niedowierzanie, jakie powstało w sercach i umysłach uczniów Jezusa, kiedy usłyszeli
od Niego: że musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie
 zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. O tym, jak dalece wszystko stanęło im na głowie, najlepiej świadczą słowa Piotra,
który w swej spontaniczności wziął Mistrza na bok i z wyrzutem stwierdził: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Z wielką ostrością uzewnętrznił się konflikt między tym, co było planem kochającego Boga Ojca, który jest gotów ratować człowieka, nawet za cenę wydania swojego Jednorodzonego Syna na śmierć, a planami Apostołów. Zwracając uwagę na ten konflikt, papież senior, Benedykt XVI zachęca do refleksji nad jego trwaniem w naszych relacjach z Panem Bogiem. Polega to na tym, że z Bogiem nawet się nie dyskutuje, tylko po prostu zostawia się Go na boku z całym Jego planem miłości.
Lecz On (Jezus) odwrócił się i rzekł do Piotra: "Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku". Trudno sobie wyobrazić ostrzejsze słowa w ustach Jezusa. Łatwo zaś sobie wyobrazić, jak bardzo musiały dotknąć Piotra.
Są jednak pewne trudne prawdy, które trzeba powiedzieć, bo tak każe miłość, a nie da się tego uczynić, nie zadając drugiej osobie
bólu. A sprawa dotyczy rzeczy najważniejszej. Można myśleć po Bożemu lub po ludzku. W całej Biblii jest  nieustanne napięcie między tym, co Boskie, a tym, co ludzkie. To, co ludzkie podsuwa szatan i tu nie ma miejsca na Boga, na Miłość, jest zaś miejsce na korzyść.
Po „spionizowaniu” Piotra Jezus zwraca się do wszystkich, którzy chcą być Jego uczniami, zwraca się więc i do nas:  Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie (dosł. wyprze siebie), niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (dosł. towarzyszy Mi). Krzyż to nic innego tylko logika Bożej miłości w ludzkich realiach tego świata. Cena takiej decyzji jest duża, niebezpieczeństwo utraty życia ogromne, lecz zysk w towarzystwie Jezusa, jeszcze większy:  Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Dotyczy to życia ludzkiego ciała, z natury przemijającego, które w uczestniczeniu w zmartwychwstaniu Jezusa otrzymuje nową perspektywę. My już o tym wiemy, dla uczniów był to jeszcze „kosmos”.
Dalej Jezus sugeruje, gdzie znajdują się prawdziwe wartości człowieka: Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?  W misji człowieka czynienia sobie ziemi poddaną, Jezus, jak zresztą sam daje temu przykład, domaga się stanowczo od swoich uczniów, fundamentalnego porządku.
Nie możesz duszą zapłacić za bogactwo. Stawiając takie wymaganie, Mistrz wie, że uczniów wystawia w brutalnym i chciwym
świecie na nie lada próbę. Na dodatek, na tym świecie uczniowie, podobnie jak Jezus, nie mają co liczyć na sprawiedliwość.
 Dlatego tak ważne jest Jego zapewnienie:  Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania
Spuszczony po przysłowiowej brzytwie Piotr, nie pogniewał się na Jezusa. Wyciągnął wnioski i dalej był Jego wiernym towarzyszem. Niewątpliwie, dobrze na tym wyszedł. Wielu się gniewa na twarde słowa Jezusa i wykorzystuje je, jako argument do porzucenia Jego towarzystwa, aby ruszyć do własnych interesów.  Niewątpliwie,  źle na tym wyjdą.

                                                                                              

 

                                                                                             Ks. Lucjan Bielas

 
 
Wolność w niewoli
(Mt 16, 13-20)
Świat nieustannie się zmienia. Dynamika tych przemian jest duża i praktycznie przez jednostkę nie do ogarnięcia. W tym szalonym tempie przemian, zadziwiające jest to, że choć nigdy nie było tak łatwego dostępu do wiedzy, to  jej poziom w przeciętnych głowach wydaje się niższy. W zasadniczy sposób rzutuje to na samoświadomość człowieka. Biegając za dobrami tego świata, pragnąc jak najwięcej i jak najszybciej - mieć, traci świadomość swojego - być.  Uwikłany w doczesności zapomniał o wieczności. Sam ze swej natury nie będąc wiecznym, zapomniał o Wiecznym, a na dodatek w swej pysze, chce jeszcze decydować o tym, co jest dobre, a co złe.
Jest to wszystko pozbawione logiki, ale obecne na wszystkich poziomach naszej ludzkiej społeczności. Doszło do dziejowego paradoksu - mieszkańcy ziemi nigdy nie dysponowali tak rozwiniętymi technologiami i nigdy nie byli tak niedorozwinięci. Nigdy w dziejach świata człowiek nie czuł się tak wolny i silny, a przecież nigdy nie był tak uzależniony i kontrolowany. Postrzegamy to zjawisko zarówno w skali globalnej, jak i w przestrzeni najbardziej prywatnej, w którą udało się wprowadzić kamery i mikrofony i to na nigdy do tej pory niespotykaną skalę. Doszło do tego, że nie opuszczamy naszych domów,  aby nie zabierać ze sobą odpowiednich urządzeń w przekonaniu o naszej wolności i odpowiedzialności. W sieci zostawiamy niezatarty ślad naszej aktywności, jednocześnie dając klucz do manipulacji naszą wolnością, ponosząc wszystkie możliwe koszty. Systemy zarządzania ogromnymi bazami danych dają możliwości zdobywania niemal nieogarnionej ilości informacji i gigantycznych możliwości inwigilacji i sterowania człowiekiem przez człowieka. Wątpiącym w prawdziwość tego wywodu, wystarczy wskazać tak właśnie działający świat reklam. W tej walce o dominację Bóg jest dla wielu tylko przeszkodą. Jest przeszkodą zarówno dla tych, którzy próbują zająć Jego miejsce i rządzić światem, jak i dla tych zarządzanych, którym Jego obecność psuje komfort niewolnictwa.
Czy w takim świecie słowa dzisiejszej Ewangelii mają jeszcze jakieś znaczenie?
Mimo wszystko, tak jak wtedy od uczniów, tak dzisiaj od nas Jezus domaga się odpowiedzi na pytanie: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? Zaraz za tym następuje kolejne pytanie, ściśle z pierwszym związane: A wy za kogo Mnie uważacie? Doskonale znał odpowiedzi, lecz te pytania i płynąca z nich refleksja jest potrzebna uczniom. Odpowiedzi Apostołów na pierwsze pytanie dały dramatyczny obraz skutków katechezy prowadzonej osobiście przez Jezusa. Praktycznie żadna odpowiedź nie była prawdziwa. Nauczyciel był doskonały, problem więc tkwił w tych, którzy Go słuchali.
Poprawną odpowiedź udzielił Piotr: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego. Jezus natychmiast wyjaśnił, że nie była ona tylko jego dziełem, lecz owocem współpracy z Ojcem Niebieskim. Zasługą Piotra było to, że taką współpracą  podjął.  Tylko w takiej współpracy człowiek może rozpoznać w Jezusie Boga i dawcę prawdziwej wolności, czyli Mesjasza.
Znamienne jest to, że Jezus  porównał Piotra do opoki, na której  zbuduje swój Kościół, czyli prawdziwą przestrzeń wolności w nieustannie zniewalanym świecie. Pamiętamy doskonale, kiedy to zmartwychwstały Jezus, przez miłość utwierdził w Piotrze skałę, która powstała przez wiarę.  Ciągle nam brzmią w uszach pytania, jakie postawił Piotrowi: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej niż ci? I odpowiedź Piotra: - Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham.
Z taką wiarą i taką miłością Piotr mógł wyruszyć do głoszenia Ewangelii, do zawiązywania i do  rozwiązywania wypełniając misję powierzoną przez Pana misję tworzenia na zniewolonym świecie, przestrzeni prawdziwej wolności: I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie
Z woli Chrystusa, przez swą odpowiedź, stał się Piotr, a potem jego następcy znakiem i strażnikiem porządku, który swoją najwyższą gwarancję bezpieczeństwa ma w niebie. Nikt, żaden człowiek i żadne mocarstwo nie jest w możności dać takiej gwarancji bezpieczeństwa. Zapewnienie Jezusa jest konkretne: zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą!
Ustanowione przez Jezusa, a sprawowane przez Kościół sakramenty święte, to słowa klucze do naszej codziennej wolności w wiecznym wymiarze. Nie można więc się dziwić, że współczesny świat tak nienawidzi Kościół Jezusa Chrystusa, tak nienawidzi papieża, tak nienawidzi sakramenty. Nie można się dziwić, że używa wszystkich sił do zniszczenia go z zewnątrz i do rozłożenia od wewnątrz.
Znamienne jest ostatnie zdanie dzisiejszej Ewangelii: Wtedy surowo zabronił uczniom, aby nikomu nie mówili, że On jest Mesjaszem. Jakie ma ono znaczenie dla mnie dzisiaj?
Świat jest ciągle w stanie wojny, która ma przeróżne oblicza, przeróżne maski,  przeróżne kolory i przeróżne symptomy. W takim świecie żyjemy. Kiedy Jezusowi zawierzymy, kiedy Go pokochamy i kiedy będziemy świadomymi członkami Jego Kościoła, będziemy wiedzieć, kiedy i jak o Nim mówić, a kiedy milczeć. A przede wszystkim będziemy wolni!

 

 

                                                                                   Ks. Lucjan Bielas

 
 
Arogancki Jezus
(Mt 15, 21-28)
Okolice Tyru i Sydonu były w dużej części zamieszkiwane przez pogan, potomków ludu kananejskiego. Między nimi a Izraelitami panowała odwieczna i to bardzo głęboka niezgoda. Tak jak to czasem w „ludzkiej geografii” bywa, fizycznie byli blisko siebie, sercami jednak bardzo daleko. Spotkanie Jezusa z kobietą kananejską ma więc swój niezwykły wymiar. W wypowiedzianych przez nią słowach: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko nękana przez złego ducha, kryje się bardzo ważna informacja. Doświadczenie dramatu córki jest u niej tak wielkie, że prosząc Jezusa o litość, pokonuje niechęć do największego wroga Kananejczyków, jakim był Dawid. Pokonuje niechęć Kananejki do Żyda.
Znamienna jest reakcja uczniów Jezusa, którzy proszą Go nie o uzdrowienie córki tej kobiety, ale o oddalenie jej.  Nie tylko, nie pokonali w sobie dziedziczonej niechęci, ale w ogóle jej nie widzą. Mistrz, słowami: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela, jakby wpisywał się w te ludzkie uprzedzenia swojego otoczenia.
Tymczasem kobieta okazała się upartą i posunęła się jeszcze dalej. Upadając do nóg Jezusa, czyli uznając w nim swojego pana, dalej prosiła o pomoc. To, co usłyszała, kłóci się z naszym obrazem Jezusa miłosiernego, choć zapewne dla osób towarzyszących Jezusowi, było to normalne: - Niedobrze jest zabierać chleb dzieciom, a rzucać szczeniętom. Choć to porównanie człowieka do psa w tamtej kulturze języka nie brzmiało tak ostro, jak w naszych uszach, to jednak przyjemne dla tej kobiety nie było.
Reakcja Kananejki, wygenerowana przez mistrzowskie podejście Chrystusa, jest kluczowa w całej ewangelicznej scenie. - Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą okruchy, które spadają ze stołu ich panów Jezus wydobył z niej to, z czym ona przyszła, wydobył z niej wiarę, która okazała się nad wyraz skuteczna. Wtedy Jezus jej odpowiedział: "O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz!" Od tej chwili jej córka była zdrowa. Jakim szokiem musiały być te słowa i ta bardzo dobra ocena, jaką otrzymała Kananejka, poganka, dla żydowskiego otoczenia Jezusa, które ledwie otrzymywało noty dostateczne. Nic więc dziwnego, że ta lekcja tak im głęboko zapadła w serca.
Ponad ludzkimi barierami, przeszedł kochający Jezus, ponad ludzkimi barierami, przeszła wierząca, bezimienna Kananejka. I dzięki temu cud mógł zaistnieć. Dziś pośród nas uwikłanych w różne ludzkie uprzedzenia, społeczne, polityczne, sąsiedzkie, rodzinne,  Jezus chce stanąć i powiedzieć: wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak pragniesz. To od nas i tylko od nas zależy czy to usłyszymy!

 

                                                                                              Ks. Lucjan Bielas

 
 
Jej grobu nie ma
(Łk 1, 39-56)
I nigdy go nie szukano, nigdy do niego nie pielgrzymowano. Chrześcijanie od swej najstarszej tradycji zachowali przekonanie, które wyraził papież Pius XII w konstytucji apostolskiej Munificentessimus Deus  (1 listopada 1950), że Najświętsza Maryja Panna została wniebowzięta.  Zważywszy na niezwykłą wspólnotę losów Jezusa i Maryi jest  prawie niemożliwe, aby Maryja po swoim ziemskim życiu, była w jakikolwiek sposób od Niego oddzielona. W dogmatycznym orzeczeniu Papież jasno określił, że Maryja: została zachowana wolną od zepsucia grobu, aby na podobieństwo Syna, po zwycięstwie nad śmiercią, z duszą i ciałem zostać wyniesioną do najwyższej chwały nieba, i tam jaśnieć jako Królowa po prawicy tegoż Syna, nieśmiertelnego Króla wieków.
Na czym polega wyjątkowość Maryi pośród innych świętych?
- Po pierwsze jest Maryja, tak jak Jezus z duszą i ciałem w Domu Ojca Niebieskiego i nie musi oczekiwać na Sąd Ostateczny. Możemy więc i my mieć pewność, że  i dla nas jest miejsce w niebie i to zarówno z naszą duszą, jak i z ciałem. Śmierć, jedność między duszą a ciałem rozcina. We  wskrzeszeniu nas z martwych przez Jezusa znowu nastąpi ich scalenie, które nigdy się nie skończy. W odwiecznej zaś tradycji, chrześcijanie nie mówią o śmierci Maryi, lecz o jej zaśnięciu. U Niej dusza z ciałem nigdy się nie rozłączyły.
- Po drugie, Maryja przez swoją najściślejszą więź z Synem ma szczególne miejsce w Jego dziele odkupienia. Stąd jej wstawiennictwo ma dla nas szczególną rangę, którą On w testamencie z krzyża bardzo jasno potwierdził. Słowa skierowane do Niej i do nas w osobie św. Jana mają doniosłe znaczenie dla całej ludzkości:  – Niewiasto  oto syn twój.  – Oto twoja matka.
- Po trzecie, przez swoją wyjątkową obecność w Ewangelii, przez swoją wyjątkową obecność w niebie, jako Matka, zgodnie z wolą Syna, chce być w naszych domach. Zdecydowanie łatwiej pielgrzymować do Jej sanktuariów, pokonując setki kilometrów niż przyjąć Ją we własnym domu, we własnej rodzinie. Przychodząc do domu Elżbiety i Zachariasza wniosła Jezusa, wiarę i płynący z tego ład i porządek. Tego porządku wielu z nas się boi. Boimy się go w naszych domach i w naszej Ojczyźnie.
Możemy dziś hucznie świętować 100 lecie Bitwy Warszawskiej zwanej Cudem nad Wisłą. Czy wtedy Polacy wyciągnęli do końca wnioski z tamtej modlitwy, z tamtej ofiary i z tamtej krwi? Na pewno nie. I to zarówno – Kościół  polski, politycy,  jak i Naród.
Czy teraz wyciągniemy wnioski, w tej sytuacji, w tym zagrożeniu – Kościół, politycy, Naród…. ?
Mimo że wniosek nasuwa się sam, to zakończmy, to rozważanie gorącą prośbą, aby Maryja nasza Matka i Królowa miała nas nieustanie w swojej opiece.

             

                                                                                         Ks. Lucjan Bielas

 
 
Kto da nam dziś utracone poczucie bezpieczeństwa?
 (Mt 14,22-33)
Tylko ten, kto sam wie, kim jest, może dać innym poczucie bezpieczeństwa.
To najkrócej ujęte przesłanie dzisiejszej Ewangelii. Kroczący po falach jeziora Jezus mówi do przerażonych Apostołów: Odwagi. Ja jestem, nie bójcie się!  Jezus wie, kim jest. Wie, że jest prawdziwym Bogiem. Przed paroma godzinami nakarmił wielotysięczny tłum ludzi, pięcioma bochenkami chleba i dwoma rybkami. Teraz krocząc po falach jeziora, działa ponad prawami natury, której sam jest stwórcą. Jezus wie, że jest prawdziwym człowiekiem. Przed chwilą na modlitwie rozmawiał ze swoim Boskim Ojcem teraz, choć działa Boską mocą, jako prawdziwy człowiek jest widoczny, i nie jest zjawą. Jezus wie, kim jest i dlatego może dać innym poczucie bezpieczeństwa.
Chce i nas wychować do takiej postawy. Chce. Abyśmy wiedząc, kim jesteśmy, jako Jego uczniowie zakorzenieni w Bogu, dawali innym poczucie bezpieczeństwa.
Udziela nam dziś Mistrz na falach jeziora, lekcji pokazowej:  Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary?
Dopóki uczeń ufał słowu Jezusa, działał Jego mocą i kroczył po falach. Kiedy wystawiony wiatrem na próbę, wpadł w ludzki lęk i zaczął tonąć.
Jezus nie wykazał nadopiekuńczości. Poczekał, aż tonący rybak poprosi o ratunek. Wtedy wyciąga rękę, wyciąga go i wystawia kreatywną ocenę, pobudzając pytaniem do refleksji: Czemu zwątpiłeś, małej wiary?
Piotr wnioski wyciągnął. Na takich jak on, Jezus buduje swój Kościół, którego żadne pandemie i ci, którzy nimi manipulują, nie przemogą. Nie pokona go szatan z całą paletą kolorów tęczy. Choć noc jest ciemna, wiatr jest duży, w łódce wystraszeni uczniowie, ale On prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek kroczy nieustanie i oczekuje ode mnie, w moim tu i teraz, całkowitego zaufania.
Czy dziś stać mnie na to, abym wyszedł z mojej, na pozór bezpiecznej, łódki?
Czy stać mnie na to, bym zgodnie z Jego wolą, kroczył po wzburzonych falach?
Czy stać mnie na to, bym w jedności z Nim, wiedząc, kim jestem, innym dawał poczucie bezpieczeństwa?

 

                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas

 
 
Cud, który się nigdy nie skończy
(Mt 14, 13-21)
Śmierć Jana Chrzciciela poruszyła wszystkich.  Wtedy Jezus oddalił się na pustkowie. Zapewne potrzebował samotności. Dla Niego zaczyna się nowy etap. Do tej pory w tym niesamowitym duecie misyjnym z Janem wzywali ludzi pogubionych w życiu ludzi do zmiany myślenia, do odejścia od grzechu, do przemiany serc. Dawali im to, czego instytucja świątyni  dać nie mogła – słowo Boże. Jan, nim swoją misję potwierdził męczeńską śmiercią, tych, którzy z nim byli, przekierowywał na Jezusa, na Mesjasza, którego on jedynie poprzedzał i wskazywał. Nie można się więc dziwić tym nieprzeliczonym tłumom, które podążyły za Jezusem na pustkowie, tym bardziej że Jego słowo, nie tylko porządkowało ludzkie życie, ale i uzdrawiało chorych.
A gdy nastał wieczór, ludzie trwali przy Nim, zapomniawszy o tym, co przyziemne, choć bardzo ważne, o posiłku. Na interwencję uczniów reakcja Jezusa jest znakomita, odpowiada: wy dajcie im jeść.  Musiało to zabrzmieć, jakby domagał się od nich rzeczy niemożliwej. Przynieśli Mu to, co mieli, a więc pięć chlebów i dwie ryby. Ludziom, zamiast się rozejść, kazał usiąść.  Jakże musiał być dotknięty szatan, kiedy nie z kamieni, ale z tego, co człowiek Mu dał, rozmnażał chleb i ryby (por. Mt 4,3). Wszechmoc Boga i dzielenie się między sobą tym, co jest rzeczywistą potrzebą, a nie zachcianką, czy też zbytkiem, w połączeniu ze sobą dało szokujący efekt. Dla jego lepszego odczytania i zapamiętania Jezus kazał pozbierać ułomki. Liczby mówią tu same za siebie: pięć chlebów i dwie ryby; z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków; Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. Można dodać, że ci skorzystali, którzy wytrwali we wspólnocie,  a nie poszli na własną rękę szukać rozwiązań.
Ten cud rozmnożenia szeroko pojętego chleba nigdy się nie skończył. Trwa nadal i trwać będzie do końca świata. Jezus jest bowiem z nami. Jest nieustannie gotowy, aby przyjąć od nas odrobinę chleba, pobłogosławić, połamać i oddać w nasze ręce, abyśmy dalej łamali i dawali innym. Tak jest w Eucharystii, tak jest i w życiu.
Czy umiem to zobaczyć?
Czy rozumiem, na czym polega moja współpraca z Nim?
Czy jestem Jezusowi za to wdzięczny?

 

                                                                           Ks. Lucjan Bielas

 
 
Jak być katolikiem w tej dzisiejszej „cyrkowni”?
 (Mt 13,44-52)
Wielu z nas stawia sobie to pytanie w czasie swoistego rodzaju degrengolady życia religijnego i moralnego na wszystkich płaszczyznach zarówno struktur kościelnych, jak i państwowych.   Wydaje się, że dzisiejsza Ewangelia o ukrytym skarbie i drogocennej perle znakomicie nadaje się do refleksji nad najcenniejszymi wartościami w naszej wierze, dla których trzeba poświęcić wszystko. Wyznaczenie tych wartości jest niezbędne, aby zachować swoją tożsamość katolika.
Darem Pana Boga i Jego światłem w tym rozważaniu są dla mnie osobiście dwie postacie. Pierwsza z nich to papież senior Benedykt XVI, a druga to szef Kongregacji do spraw kultu, kard. Robert Sarah.
Mamy dwa pewniki dotyczące Kościoła. Po pierwsze jest zbudowany przez Chrystusa na skale, jaką jest Piotr: a bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16,18). Po drugie wchodzimy w bardzo głęboki kryzys Kościoła. Jednym z wielu jego symptomów jest brak powołań kapłańskich.  Bóg sam powołuje pracowników do swojej winnicy, a nam pozostaje modlitwa. Skoro ich nie ma, to znak nie tylko naszej słabej modlitwy, ale i tego, że winnica zostanie zapewne mocno zredukowana.
Nie zamierzam jej opuszczać tak jak Marcin Luter i inni dzielni reformatorzy. Choćbym wszystko stracił, chcę zachować prawdziwy skarb i drogocenną perłę, czyli – Jezusa!
- Jest On przede wszystkim w Eucharystii, którą sam ustanowił. Ta forma kultu, choćby w niewielkiej wspólnocie przetrwa do końca końców. Jego śmierć, zmartwychwstanie i wniebowstąpienie, będzie nieustannie uobecniana, a On, pod postaciami chleba i wina, będzie nieustanie karmił tych, którzy Mu uwierzyli.
- Jest On obecny w swoim słowie w Piśmie Świętym. Ma ono swój kulminacyjny punkt w Jego śmierci i zmartwychwstaniu, uobecnionych w Wieczerniku i w Eucharystii. Rozrywanie tych rzeczywistości jest błędem Lutra i wielu innych. Według Benedykta XVI jest to jedna z głównych przyczyn dramatu Kościoła i upadku kapłaństwa.
- Jest On obecny w sakramentach, które ustanowił, a które swoje centrum mają w Eucharystii. Szczególne miejsce przypada kapłaństwu i małżeństwu. Kapłan jest jeden – Jezus Chrystus. Jest On jednocześnie najdoskonalszą Ofiarą. To On działa i działać będzie przez powołanych mężczyzn, którzy tak jak On całkowicie oddają siebie  Bogu i tym, do których On ich posyła – celibat.
W małżeństwie sakramentalnym jest Jezus zwornikiem ludzkiej miłości między mężczyzną i kobietą. W tym trójkącie ustanowionym przez Boga jest przestrzeń na pełne dawanie i przyjmowanie siebie nawzajem. W tej wymianie najwięcej daje sam Bóg. W tym trójkącie jest miejsce na poczęcie i wychowanie człowieka i na pełny rozwój mężczyzny i kobiety.
- Jest On obecny w nauczaniu Kościoła. Teraz dopiero rozumiem jak bardzo ważna była decyzja papieża Benedykta XVI o abdykacji. Będąc w cieniu, pokazuje mi, ten znakomity teolog, jak zachować się w czasach kiedy wszystko jest negowane, kiedy media po swojemu manipulują nauką Kościoła, teolodzy są słabi, a Papież w swych wypowiedziach mało precyzyjny. Posłuszeństwo Papieża Seniora i jego światła obecność to fantastyczny znak dla nas wszystkich. Lepiej znosić dyskomfort nie najszczęśliwszych rozporządzeń, niż w imię lepszych rozwiązań rozbijać jedność. Lepiej też czytać i rozważać Katechizm, niż bazować wyłącznie na medialnych doniesieniach.
- Jest On obecny we wspólnocie tych, którzy Mu uwierzyli i są gotowi na męczeństwo. Podkreślał to zarówno św. Jan Paweł II, jak i Benedykt XVI. Chrystus daje siebie cały i trzeba być gotowym oddać Mu wszystko – siebie. To nabiera sensu w Jego zmartwychwstaniu, w którym męczennicy mają swój zagwarantowany udział.
- Jest On obecny w bliźnich, którzy nas potrzebują, a nawet w naszych nieprzyjaciołach.  Wszystko, co  uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. (Mt 25,40)
Niezależnie więc od tego, co będzie się dalej działo ze strukturą Kościoła, z jego majątkami, z jego liczebnością. Niezależnie od tego, jak szybko rozpadnie  się nasza cywilizacja, w Jezusie mamy poczucie bezpieczeństwa teraz i na zawsze.

 

                                                                                                Ks. Lucjan Bielas

 
 
Ojciec łopatą zabił!
(Mt 13,24-43)
Dawno temu opowiadano pewien dowcip. Spotkało się dwóch kolegów. Jeden z nich miał bardzo spuchniętą twarz. Drugi, widząc spektakularną dolegliwość, zapytał: - Przyjacielu, co ci się stało? W odpowiedzi usłyszał, ledwie przez opuchnięte wargi wyszeptane słowo: - psz…, pszcz..., pszczoła. Użądliła? - Padło kolejne, pełne troski pytanie. Opuchnięty, z nieco większą energią odparł: - nie, nie, nie zdążyła. Ojciec łopatą zabił!
Od lat, kiedy czytam ewangeliczną przypowieść o ziarnie i kąkolu, niemal z automatu przypomina mi się ten przytoczony dowcip, który ma w sobie niebagatelną życiową mądrość. Wydaje się ona oczywista, ale w praktyce, jak na to wskazują choćby ostatnie Polaków spory, jest trudno osiągalną cnotą. Może więc warto, pewnie kolejny raz w naszym życiu stanąć przed polem, na którym jest posiana nie tylko pszenica, ale też i kąkol. Sprawa bowiem, jest głębsza
 
Siewców jest dwóch – Syn  Człowieczy, siewca pszenicy  i szatan, siewca kąkolu. I są jakby dwie płaszczyzny pól, które możemy zobaczyć przez cały ewangeliczny kontekst. Jedną stanowią nasze serca. To na nie pada zarówno słowo Jezusa, jak i szatański posiew. I to od nas zależy, co będzie wzrastało, pszenica, czy kąkol. Wystarczy niewielkie ziarenko, aby Bożą mocą przemieniło całego człowieka. Znakomicie rozumiał to autor Ewangelii św. Mateusz, który pozwolił, aby słowo Jezusa z celnika przemieniło go w Apostoła.
Moc Bożego słowa nie odbiera jednak człowiekowi wolności, i tak w sercu, i przez serce, może on stać się kąkolem.
Czas wejść na drugą płaszczyznę ewangelicznych pól. Na nich pospołu rośnie pszenica i kąkol, czyli ludzie dobrzy i źli. I jest pokusa radykalnych rozwiązań typu - „ojciec łopatą zabił”. Jezus przed takim zachowaniem przestrzega. Po pierwsze, cel nie uświęca środków i można przez głupi radykalizm być przyczyną jeszcze większego zła. Po drugie, na tym polu, ciągle, ale nie bez końca, zmiany  są możliwe, człowiek może się zmienić i tylko Bóg ma w nie wgląd. Jemu więc, i tylko Jemu na końcu końców jest zarezerwowany sąd. Nam od tego wara.
Nie można nie docenić szatana. To wyrafinowane i inteligentne zło, przez wieki, od kuszenia na pustyni, ogłasza światu, że kąkolem, który trzeba wyrwać, jest – Jezus.  Dziś ten krzyk mocno się nasilił, a posłuch jest wielki.
Pytanie: co ja mogę zrobić?
Odłożyć „łopatę” i przede wszystkim zadbać o swoje serce. Niech wyrośnie w nim pszenica. A potem jak chleb dawać siebie innym, czyli zło, dobrem zwyciężać.

 

                                                                 ks. Lucjan Bielas

 
 
Słowo – ziarno
(Mt 13,1-23)
Jezus porównał Słowo Boże do ziarna. Jest to porównanie proste i prawdziwe. Jedno i drugie pochodzi od Boga, ma ukrytą moc i jest tajemnicą. Przede wszystkim zaś,  jedno i drugie służy życiu: ziarno – doczesnemu, słowo Boga – wiecznemu.
Bóg sprawiedliwie rzuca ziarno i słowo. Plon zależy od ziemi – od człowieka. Jest on mocno zróżnicowany i to z różnych powodów, nieraz ze swej natury, nieraz z braku wysiłku uprawy. Jakże ostrożny musi być człowiek z oceną owej uprawy u innych, bardziej zaś krytyczny u siebie. Nie jesteśmy jedno polowym gospodarstwem. Kiedy się bliżej sami sobie przyjrzymy, możemy wyodrębnić we własnym sumieniu, w własnym sercu, pola kamieniste, nieraz tak twarde, jak droga. Słowo Boga nie ma tu wielkich możliwości, a szatan grasuje w najlepsze. Są też w nas pola, na których przyjmujemy ochoczo słowo Boga, ale bardzo naskórkowo, bardziej tradycyjnie, bez zakorzenienia. A są też i takie pola, które na słowo Boga reagują  bardziej przyjaźnie. Nieraz nawet chwalimy się, jaką mamy tu piękną uprawę.
I to wszystko mieści się w jednej osobie. Jakże trzeba nad tym osobistym gospodarstwem bacznie czuwać i z jaką odpowiedzialnością różne pola, różnie uprawiać. Pól zapuszczonych w naszej duszy przed Bogiem nie ukryjemy. Udawanie przed samym sobą, że ich nie ma, też nic nie zmieni.
Do czego prowadzi ta praca nad własnym gospodarstwem?
Pola zapuszczone to zwykle te, które są związane z przyjemnościami, z których trudno zrezygnować lub przynoszą materialny dochód, jak np. droga. Nie wpuszczamy tu słowa Bożego, ponieważ przekopanie pola lub zaoranie drogi, wprowadziłoby zmiany, których teraz nie chcemy. To właśnie do właścicieli takich pól mówi Jezus, posługując się słowami Izajasza: Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił. To od nas więc zależy gdzie i na co stwardniejemy.
Dla tych zaś, którzy zdobędą się odwagę uprawy wszystkich pól w swoim osobistym gospodarstwie, Jezus ma konkretną ofertę: Bo kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Ta pozorna niesprawiedliwość ma swoje rozwiązanie tylko w jednym przypadku, a mianowicie kiedy jako prawdziwe wartości potraktujemy plony z pola obsianego słowem Bożym, one nigdy nie przeminą, bo Bóg będzie o nie się troszczył.  To zaś, co jest materialnym zyskiem człowieka w przełomowym momencie ludzkiego życia, a każdy takie musi przeżyć, zaczyna się od niego oddalać w nicość.
Nie pozwólmy na to, by słowo Boga w nas się zmarnowało. Jest to słowo życia!

 

                                                                          Ks. Lucjan Bielas

 
 
Po co mi jeszcze jarzmo Chrystusa?
(Mt 11,25-30)
Przecież mam w życiu dość problemów. Tego, co potrzebuję to poczucia bezpieczeństwa. Tymczasem zagrożeń jest sporo. Są wokół nas i w nas, jedne rzeczywiste inne wymyślone. Składają się na nie nasze relacje, finanse, choroby, praca, różne wypadki i tzw. przypadki. Niewątpliwie na szczycie piramidy źródeł naszych niepokojów, plasują się  grzechy, często ukryte, wypychane ze świadomości, a szczególnie te nie wyznane, dla normalnego człowieka myślącego poważnie o wieczności, stanowią najpoważniejszy kłopot.  Wszystko to sprawia, że bywają dni kiedy czujemy się na skraju naszej ludzkiej wytrzymałości, a ocierając się o stany depresyjne, rozpaczliwie oczekujemy pomocy.
Dziś Jezus do każdego z nas kieruje słowa: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.  Mają one wymiar absolutnie ponadczasowy. Wypowiedziane w palestyńskiej rzeczywistości 2000 lat temu nigdy nie stracą swej aktualności. Jezus niezmiernie jasno zaznaczył to, mówiąc o swej boskiej, a więc ponadczasowej relacji z Niebieskim Ojcem:  Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić.
Syn Boży przyszedł do wszystkich ludzi potrzebujących, a innych przecież nie ma, z jasnym przesłaniem:  Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.
Z tego tekstu wyłania się kluczowe pytanie: co to jest „jarzmo Chrystusa”, które przez nas wzięte, nada naszej ludzkiej biedzie właściwy sens?
Odpowiedź znajdziemy wtedy, kiedy popatrzymy na to, z perspektywy samego Chrystusa.  Będąc prawdziwym Bogiem, przyjął na siebie prawdziwe człowieczeństwo. Dla Boga bycie człowiekiem, z miłości do człowieka, jest słodkim jarzmem. Dziś Jezus zaprasza mnie do swojego jarzma – do bycia człowiekiem tak jak On jest człowiekiem, pełnym Miłości.
Jak brać to jarzmo?
Dla mnie mistrzynią jest Najświętsza Maryja Panna. Bóg przychodzi do Niej z konkretną propozycją współpracy. Ona przyjmuje ją z postawą służebnicy Boga. Przyjmuje jarzmo Boga, który przyjął człowieczeństwo, przyjmuje Jezusa. Ta postawa – daj siebie Bogu, a otrzymasz Jezusa - jest kluczowa. Z Jezusem wszystkie nasze utrudzenia, problemy, dramaty, choroby, najgorsze upadki, są do przezwyciężenia, a problemy przekuwają się na szanse. Wydaje się to oczywiste, choć praktyka uczy, że dla wielu to oczywiste nie jest.

 

                                                                                            Ks. Lucjan Bielas

 

 

 
 
Czy miłość może zaszkodzić?
(Mt 10,37-42)
Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Te słowa Jezusa, na pierwszy rzut oka, wydają się nie do przyjęcia. Bezlitosna religia, rozrywająca podstawowe więzi społeczne i rodzinne. Wystarczy jednak chwila refleksji, aby przyznać Jezusowi rację. To On, będąc prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem, ogarniając nas nieskończoną miłością, ma prawo postawić takie wymaganie – On na pierwszym miejscu. Jego pierwszoplanowa pozycja w naszych sercach i umysłach nic nie burzy, a wszystkiemu nadaje właściwy sens relacji do siebie samego, do najbliższych i do problemów , które na nas spadają.
W prozie życia jest często inaczej. Zasłaniając się miłością, wielu wyłącza sumienie. I tak kapłani odchodzą od kapłaństwa, narzeczeni żyją jak małżonkowie, a potem jako małżonkowie zrywają sakramentalną przysięgę, by tworzyć nowe związki. W imię miłości z wychowania uczyniono deprawację,  a z płci, kogel-mogel. W imię miłości rodzice zamykają oczy i usta na widok grzechów dzieci, i w imię miłości życie kończą w domach opieki społecznej.
Nie zapomnę jak podczas procesu morderców ks. Jerzego Popiełuszki, jeden z nich wyznał, że uczynił to z miłości do Ojczyzny. Według niego ks. Jerzy, stawiając Boga na pierwszym miejscu, Ojczyzny nie kochał.
Jest więc miłość, która jest szkodliwa, miłość, która staje się najbardziej skutecznym narzędziem szatana.
Gdzie się to wszystko w nas dokonuje?
Znakomitą odpowiedź dał na to pytanie bp Jan Pietraszko, pisząc o miłości, która szkodzi i wskazując na fakt, że jest ona wynikiem pewnego procesu, który dokonuje się w sumieniu człowieka:
„W każdej z tej miłości pokusa będzie usiłowała zniewolić sumienie i może pewnego dnia człowiekowi podszepnąć: każ zamilknąć sumieniu. Nie oglądaj się na Boga – miłość jest ważniejsza. Nie oglądaj się na przykazania – miłość jest ważniejsza. Poświęć człowieka, jego dobro, jego szczęście, jego spokój, jego przyszłość – miłość jest ważniejsza, masz prawo do życia. Tu się właśnie rodzi miłość bez sumienia i skrupułów”.
Taka miłość zamyka drogę do ukrzyżowanej i zmartwychwstałej Miłości, do Eucharystii, która jest owocem drzewa życia –  drzewa Chrystusowego Krzyża. Ludzie, którzy tak kochają doskonale wiedzą, że dla nich nie ma miejsca przy stole Pańskim, a wieczność widzą mroczną.
Warto to sobie przemyśleć pamiętając o tym, że kto w drobnych decyzjach, Chrystusa stawia na pierwszy miejscu, nie popełni błędu w tych, które są kluczowe.

                                                                                                    Ks. Lucjan Bielas

 
 
Nie bójcie się ludzi…
(Mt 10,26-33)
Są pewne prawdy, o których trzeba milczeć. Nie powinno się ich rozgłaszać między ludźmi. Są to prawdy o ludzkiej słabości i biedzie. O ludzkich zawstydzających upadkach i ukrytych grzechach.  Świat zawsze lubował się w rozgłaszaniu tych mniej lub bardziej sprawdzonych prawd. Jak zatruta  krew, krążą po organizmie ludzkiej społeczności. Kościół, niestety, od tej złej krwi wolny  nie jest. Tak bardzo boleśnie przeżywamy to, właśnie teraz. Zapomnieliśmy, mimo ust pełnych pobożnych tekstów, że tylko z Jezusem można dotykać  ludzkich ran i wchodzić w szambo ludzkiego grzechu. Tylko z Nim zło można przemienić na większe dobro. Tylko z Nim w sercu można mówić o ludzkiej biedzie, zło nazywając po imieniu, a do człowieka wyciągając miłosierną rękę. Wtedy i tylko wtedy kara dla winnych będzie terapią, a nie brutalnym odwetem.
Dziś Jezus zachęca swoich apostołów do cierpliwości i odwagi: Nie bójcie się ludzi. Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Wyjawienie całej prawdy na pewno będzie miało miejsce. Mamy niejako do tego prawo. Czas jednak i sposób zostaje w ręku Tego, który jako jedyny ma w swym ręku pełnię danych.
Dziś Jezus przypomina nam, tak bardzo zajętych rozgłaszaniem i piętnowaniem win współbraci, że wartością, którą Jego uczeń powinien usłyszeć i przekazywać, jest Jego słowo. A to, że dotyczy to, wszystkich Jego słów podkreśla, zaznaczając: - co mówię wam w ciemności; - co słyszycie na ucho. Jezus nawiązał tym tekstem do zwyczaju panującego pośród mówców w synagogach. Mający słaby głos, szeptali do ucha komuś kto miał silny głos, a on powtarzał całemu zgromadzeniu. Przekaz Słowa Bożego ma się odbyć transparentnie. Użyte przez Jezusa sformułowania na świetle  oraz  na dachach, nawiązywały do praktyki przebywania ludzi w słoneczne dni na płaskich dachach swoich domów. A ponieważ były one często usytuowane blisko siebie, tworzyło się ciekawe audytorium dla lokalnych mówców.
Jezus stanowczo przestrzega, że otwarte i szczere głoszenie Słowa Bożego  niesie poważne ryzyko, posunięte, aż do utraty życia. Jednak władza złych ludzi, którym z różnych powodów Słowo Boże przeszkadza, jest  ograniczona. Mogą zabić tylko ciało. Jezus przestrzega przed szatanem, który sięga po ludzką duszę, a śmierć zadana przez niego ma wieczny skutek.
Uczeń Jezusa ma poczucie bezpieczeństwa w Bogu. Pamięta On zarówno o wróblach na dachu, stanowiących pokarm biednych (za jednego assariona, najmniejszą i najmniej wartościową monetę można było kupić dwa wróble) i o włosach na głowie, które paradoksalnie nie sposób policzyć.
Abyśmy znaleźli się, jako uczniowie w tej przestrzeni bezpieczeństwa, Jezus kieruje do nas mocne słowo, które nie zna kompromisu: Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.
W świetle tej jasnej wypowiedzi trzeba nam w sumieniu postawić sobie proste pytanie:  - czy jestem na tyle odważnym człowiekiem, że Jezus stanie przy mnie na Sądzie Ostatecznym?

 

                                                                                    Ks. Lucjan Bielas

 

 

 
 

 

„…i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził”
(Mat 10,4)
Święty Mateusz tak kończy listę imion dwunastu apostołów. Ich wyboru dokonał Jezus, kiedy to Jego popularność ogromnie wzrosła, albo można by powiedzieć, że wzrosło zapotrzebowanie nie tylko na głoszone przez Niego słowo, ale i na znaki, które czynił.  Widząc rzeczywiste potrzeby pogubionych i schorowanych ludzi, choć miał możliwość, jednym słowem uzdrowić wszystkich, nie czyni tego w jednym zbiorowym akcie.  Postanowił, w swej boskiej dalekowzroczności, działać indywidualnie i  w tym celu zaprosił do pomocy „człowieka”.  Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. Dla podkreślenia wagi tego wyboru Mateusz, jeden z wybranych, podaje imiona apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. Zaczyna listę od najważniejszego: Szymona zwanego Piotrem. Wymieniając zaś siebie, dodaje z całą pokorą mało chlubne zajęcie, z którego Jezus go wyciągnął – celnik. Na końcu wymienia Judasza Iskariotę z dopiskiem – ten, który Go zdradził.
Jest rzeczą znamienną, że gdy przychodzi nam, katolikom, wymienić imiona apostołów, to zwykle pamiętamy Piotra, Jana, może jeszcze Jakuba, a na pewno Judasza.  Przez niespełna 50 lat mojego bliskiego ocierania się o szeroko rozumianych następców apostołów, czyli kapłanów, mam przekonanie (badań nie prowadziłem), że proporcja zdrajców jest taka jak za czasów Chrystusa, czyli - 1/12. Mówimy dużo o papieżu, następcy Szymona Piotra i o zdrajcach, następców Judasza. Umykają nam ci pozostali, wierni, cisi, wykonujący misję, do której zostali posłani przez Chrystusa. Bez ich pracy Kościół by nie istniał.  Ten, który ich wysłał, zna ich i wie o ich działalności wszystko. W naszej ludzkiej uczciwości może warto czasem o nich pomyśleć i wywołać ich zapomniane imiona. Im zapewne nie jest to potrzebne, bo nie dlatego poszli za Chrystusem, bardziej jest to potrzebne dla zachowania prawdziwego obrazu Kościoła, czyli dla zwykłej ludzkiej uczciwości.

 

                                                             

 

                                                                                                          Ks. Lucjan Bielas

 

 

 
 
Boże Ciało
W pierwszym momencie to określenie wydaje się wewnętrznie  sprzeczne. Jak to Bóg może mieć ciało?
– Skoro jest Bogiem Wszechmogącym może wszystko, nawet może mieć ciało, jeśli tylko zechce.  Z natury swej Bóg, którego istotą jest Miłość, wychodzi naprzeciw nie jakichś tam  zachciankom, lecz rzeczywistym potrzebom. Jeżeli więc przyjął ludzkie ciało od Najświętszej Maryi Panny, to miał bardzo konkretny powód płynący z miłości i wiemy doskonale jaki. Kiedy oddał swe ludzkie życie na krzyżu, to wiemy dla kogo. Dziś, kiedy tak jak w Wieczerniku Chrystus kładzie przed nami chleb, a pod jego postacią,  jest cały On. Mistrz słowa, bp Jan Pietraszko stwierdza: Chrystus bowiem nie podaje swojego Ciała w takim stanie, w jaki je wziął od swej Matki. Oddaje je wzbogacone o całe swoje Bóstwo.
W tej logice są zrozumiałe słowa Chrystusa: „Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki”.
Ta dzisiejsza uroczystość Bożego Ciała, w ciągle obecnej pandemii korona wirusa 2020 roku,   jeszcze mocniej, niż dotychczas, stawia nam pytanie o wiarę w żywą obecność Chrystusa w Eucharystii. Po tym, jak mocno Jezus postawił sprawę, trzeba pamiętać, że jest to najbardziej kluczowe pytanie naszego życia.
 

                                                                                                    Ks. Lucjan Bielas

 
 
3=1
W ludzkiej logice, takie równanie jest błędem. Jest jednak logika, w której jest ono prawdziwe. Tą logiką jest Trójjedyny Bóg. Dzisiaj jest znakomita okazja, aby kolejny raz w naszym życiu, dotknąć rąbka tajemnicy Jego wnętrza.  Tak jak każdy z nas ma swoje tajemne wnętrze, które trudno wyrazić, opisać, do końca określić, ma je również Bóg. Jest ono dla nas nieprzeniknioną tajemnicą. Trzy Osoby jednej Boskiej Natury tak jak trzy płomienie jednej natury ognia. Jak każde porównanie, i to jest niedoskonałe,  jednak bliskie jest zjawisku języków ognia, które pojawiły się nad głowami Apostołów zebranymi w Wieczerniku,  w dniu zesłania Ducha Świętego. I tak jak wnętrze człowieka wyraża się w działaniu, tak i wnętrze Boga poznajemy po Jego czynach. Ta medytacja jest dla poznania nas samych konieczna. To właśnie w Trójcy Świętej, w niepojętej relacji miłości między Ojcem, Synem i Duchem Świętym, zrodziła się idea świata i idea człowieka: „Uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo nasze…” Użyta tu podwójnie liczba mnoga nie jest bez znaczenia. Na samym początku Objawienia, Bóg mówi do siebie i o sobie: uczyńmy na nasze podobieństwo. Trafnie uchwycił sens biblijnego przesłania bp Jan Pietraszko:  Te słowa wskazują, gdzie się znajduje święta ziemia rodzinna człowieka w ogóle, i gdzie znajduje się prawzór, według którego został ukształtowany.
Dalej Biskup zwraca uwagę na pewną życiową prawdę, z którą trudno się nie zgodzić: Spotykamy czasem takich ludzi pełnych trudnego do opisania uroku wewnętrznego – ludzi, z którymi dobrze jest żyć, od których trudno się oderwać, których chciałoby się zawsze mieć niedaleko siebie. To są ludzie – znaki, ludzie, którzy stamtąd, z przepastnej tajemnicy Boga w Trójcy Jedynego wynieśli coś, co trudno jest uchwycić w ludzkim języku i określić ludzkimi słowami, co jest zakotwiczone w człowieku tam, gdzie się w nim rodzi myśl i miłość…
Pośród takich dobrych ludzi pierwszym jest Jezus Chrystus. To w Nim, po raz pierwszy w dziejach świata, Trójca Przenajświętsza uczyniła swoje mieszkanie. To przez Niego w każdym z nas chce mieszkać po to, abyśmy wrócili wszyscy do przestrzeni Boskiej Miłości, skąd wyszliśmy i gdzie jest przygotowane dla nas mieszkanie.
Warto więc sobie postawić pytanie: - czy mam Boga w sobie?  - A może jestem po prostu pusty?

 

                                                                                       Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Czy można zobaczyć Ducha Świętego?
Oczywiście, że można. Jak na razie to nie „twarzą w twarz”, ale na pewno w skutkach Jego działań. Na to „pełne” spotkanie, będzie czas, a właściwie to będzie ono już poza czasem. W naszym tu i teraz, aby doświadczyć działania Ducha Świętego, trzeba spełnić odpowiednie warunki. Apostołowie wraz z Najświętszą Maryją Panną spełnili je i mieli niezwykłe przeżycie zstąpienia na nich Ducha Świętego pod postacią języków ognia, a następnie doświadczali Jego działania zarówno w Kościele, jako wspólnocie, jak i w każdym jej członku.
Minęło prawie 2000 lat. Kościół dalej istnieje i będzie istniał, mimo ludzkiej słabości tych, którzy go stanowią. Kiedy o tym myślę, przypominam sobie pewne zdarzenie. Przed laty, podczas górskiej wędrówki w Alpach, mój przyjaciel Sepp (Józef), tamtejszy góral, podczas zażartej dyskusji o naszych grzechach w Kościele, w pewnym momencie przystanął. Pamiętam jego twarz i sylwetkę na tle pięknych gór i jak dziś słyszę słowa, które z całym przekonaniem, ten spracowany gospodarz powiedział. „Lucjan, Duch Święty jest największą gwarancją Kościoła”.  Czasem księdzu, trzeba takiego apostoła.
Co więc należy uczynić, aby Ducha Świętego doświadczyć i wejść z Nim w kreatywną współpracę?
Trzeba odrobić zadanie tak, jak uczy szkoła Ducha Świętego, czyli Dzieje Apostolskie. I tak:
1.       Spotkać Zmartwychwstałego Pana i pokochać Go. To przekłada się na przyjęcie Jego nauki. Nie bez znaczenia Zesłanie Ducha Świętego nastąpiło w dzień Pięćdziesiątnicy, czyli w święto dziękczynienia za przymierze z Bogiem oparte na Dekalogu.
2.       Trwać we wspólnocie, którą założył, choćby nawet nie było w niej pomysłu, jak działać.
3.       Trwać na modlitwie.
4.       Niezależnie od indywidualnej misji swojego życia, wykonywanego zawodu, jako główny cel mieć głoszenie Ewangelii Jezusa. Wtedy do każdego zadania, otrzymamy „dedykowane oprogramowanie” Ducha Świętego.
5.       Popracować nad swoją głową i językiem. Umieć dostrzegać nadzwyczajne znaki w zwyczajnej rzeczywistości. Nie nazywać tego szczęściem, zrządzeniem losu, kołem fortuny, lecz okazać wdzięczność Duchowi Świętemu.
6.       A kiedy zgrzeszymy, nie traćmy nadziei. Zmartwychwstały Jezus zwrócił się do swoich Apostołów:  „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. I tu nie ma co kombinować, trzeba iść do spowiedzi.
7.       I wreszcie mieć odwagę mówić o Duchu Świętym i Jego dziełach.
 
A wtedy to wyznanie będzie miało dla nas rzeczywiste znaczenie:
„Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi.
Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę. Który mówił przez Proroków”.

 

                                                                Ks. Lucjan Bielas

 
 
Co Jezus zabrał ze sobą do nieba?
 W swym liście na 100 rocznicę urodzin św. Jana Pawła II papież senior Benedykt XVI,  mówiąc o jego wykształceniu, zaznaczył, że teologii uczył się nie tylko z książek, ale przez  konkretne  trudne sytuacje życiowe. Treści poznane w literaturze osobiście przeżywał i dogłębnie doświadczał.  Wydaje się, że właśnie takie studiowanie prawd wiary jest drogą do prawdziwej mądrości, otwartą dla każdego myślącego człowieka. Tylko tak rozumiana teologia daje możliwość tworzenia prawdziwej i głębokiej relacji z Bogiem i człowiekiem.
 
I właśnie w tak pojętej szkole teologicznej zderzyłem się z Uroczystością Wniebowstąpienia Pańskiego. Wiedza zaczerpnięta z książek pozwala mi na opisanie tego historycznego wydarzenia oraz na przeprowadzenie analizy teologicznej. Wiara pozwala mi na ucieszenie się wprowadzeniem przez Jezusa, ludzkiej natury do boskiej rzeczywistości Trójcy Przenajświętszej. To On daje świadomość sensu i celu życia, a jako „niebieski deweloper” przygotowuje każdemu mieszkanie w domu Ojca Niebieskiego. To On jako prawdziwy Bóg, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych jest obecny wszędzie, tak jak zechce i w niebie i na ziemi. Jego odejście każe Go oczekiwać, albowiem odchodzi jako żywy. Sam odchodzi i sam wróci. Zwyciężył zło, ma więc prawo do sądu. A dodatkowo, na nasze ziemskie tu i teraz, daje nam prawdziwą mądrość, Boską Mądrość – Ducha Świętego. To właśnie w Jej świetle odczytywane życie staje się  szkołą teologii. To wiem z książek i akceptuję wiarą.
 
Tymczasem w jednej niemal chwili, kiedy zdrowie okazało się wątpliwe, a szpital ratunkiem, zatrzymany w locie, ląduję wśród chorych.  Rewolucja w życiu i w kalendarzu, a przede wszystkim w głowie. W tym przewróconym do góry kołami osobistym światku jawi się Bóg ze swoją łaską, można powiedzieć z dodatkowym oprogramowaniem na nową sytuację. I pojawili się ludzie z ogromną ilością dobra w sercu i skuteczności w działaniu. Otoczony modlitwą i wszelką możliwą pomocą, uświadomiłem sobie tak mocno, jak nigdy dotąd, że dobro, zarówno to nieskończone, wypracowane przez Jezusa, jak i to nasze ludzkie, wraz z Nim wchodzi do nieba, do domu Ojca Niebieskiego, do banku, gdzie jego wartość na niczym nie straci. Jezus, wstępując do  nieba, nie tylko bierze ze sobą naszą ludzką naturę, ale i naszą ludzką dobroć.
Apostołowie dwa razy żegnali Jezusa. Pierwszy raz, kiedy składali Go w grobie. Wtedy wszystko się im zamknęło. I drugi raz, kiedy wstępował do nieba. Wrócili do Jerozolimy radośni i otwarci na czynienie prawdziwego dobra.
Nie marnujmy więc czasu, póki go jeszcze mamy!

 

                                                                             Ks. Lucjan Bielas

 
 
Czasy piękne, a zarazem trudne.
(J 14, 15-21)
Takie zawsze były, są i będą. Do mądrości życiowej człowieka, należy umiejętność czytania znaków czasu zarówno tych zewnętrznych, wokół nas, jak i tych  wewnętrznych, jawiących się w przestrzeni naszej duszy, do których nikt poza nami i Stwórcą nie ma dostępu. Odczytanie tych znaków jest warunkiem podjęcie skutecznego działania.
Dziś Jezus proponuje nam pomoc, bez której zarówno poznanie, jak i działanie nie jest skuteczne. Proponuje Ducha Prawdy, Ducha Pocieszyciela (tłum. dosł.  - Obrońcę). Jezus jasno określił klucz konieczny do otrzymania Jego wsparcia:  „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze, Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna”.
Kluczem jest miłość Jezusa. Nie wystarczy sama wiara w Boga, czyli uznanie Najwyższej Istoty. Trzeba poznać i pokochać Jezusa. W grę wchodzi więc najgłębsza interpersonalna relacja, która weryfikuje się  w zachowaniu Jego przykazań, czyli weryfikuje się życiem, a nie deklaracjami. Nie chodzi więc o długość modlitw, piękno słów i głębię myśli. Liczy się tylko  życie, które w najdrobniejszych sprawach przekłada się na relację miłości do Jezusa. Dar, który wtedy otrzymujemy od Ojca i Syna – Duch Święty, nie ma nic z tego świata i dlatego świat Go nie zna.  Na tym zaś świecie, wszystkim, którzy Go otrzymali, daje bezpieczeństwo i nieprawdopodobną skuteczność działania. Jest boskim pierwiastkiem Miłości, która nigdy nie umiera.
Znakomitym przykładem działania Ducha Świętego jest Kościół Apostolski. Początkowo zalękniony i zamknięty, lecz po Pięćdziesiątnicy odważny i otwarty. Spisane przez św. Łukasza Dzieje Apostolskie, to po prostu księga Ducha Świętego w niepojęty sposób działającego w twardych realiach ówczesnego Imperium Rzymskiego.
Zbliżająca się zaś 100 rocznica urodzin św. Jana Pawła II, stanowi  znakomitą okazję do zobaczenia, jak we współczesnym świecie, człowiek kochający Chrystusa i żyjący Jego  Ewangelią, może otworzyć się na Ducha Świętego. Dzieło, które Bóg przez niego dokonał, nie byłoby możliwe przy zastosowaniu, tylko ludzkich narzędzi.
Trudno z tymi przykładami dyskutować.
Stawiam sobie proste pytanie: czy kocham Jezusa? Czy moim życiem stwarzam przestrzeń w sobie i wokół mnie, dla Ducha Prawdy i Obrońcy?

 

                                                                                Ks. Lucjan Bielas

 
 
Sezonowa pobożność
Tak historycy zajmujący się epidemiami, charakteryzują jakość religijnych postaw  kształtujących się podczas tego wyjątkowego doświadczenia. Materiał badawczy jest ogromny. W samym Krakowie w latach 1500 do 1750  mieszkańcy przeżyli 92 epidemie, które pochłonęły tysiące ofiar. Kiedy pojawiała się dżuma, bo to przede wszystkim o nią chodziło, miasto zaprowadzało ostre restrykcje dotyczące higieny i dyscypliny społecznej. Z bogactwa doświadczeń wyciągano wnioski, które celnością mogą zdumiewać współczesną naukę.
Z tym wszystkim wiązały się postawy ludzkie zupełnie analogiczne do tych, które mamy niestety, możliwość zaobserwowania dzisiaj. Wielu w doświadczeniu śmiertelnej choroby, wobec której   medycyna jest bezradna, w naturalny sposób zwracają się do Boga. Nie brakowało też takich, którzy uciekali we wszelkie możliwe używki, albo widzieli w nieszczęściu innych znakomitą okazję poprawy swojego materialnego bytu. Ta różnorodność postaw jest znakomitym dowodem  wolności człowieka. Ci zaś, którzy korzystając z niej, wracali do Boga, czy też umacniali relację z Nim, też okazywali się różni. Dla cierpiących i umierających relacja z Bogiem, Panem życia i śmierci była światłem i nadzieją w ciemności. W grupie tych, którzy przeżyli, wydaje się, że tylko niewielu było prawdziwie wewnętrznie przemienionych. Na początku epidemii zwykle zamierały gospody i domy publiczne, a ożywały kościoły. Gorliwie zanoszono modlitwy, uczestniczono w Mszach św. i przystępowano do spowiedzi. Wzrastała ilość nabożeństw, procesji błagalnych, a kaznodzieje roztaczali wizję Boga surowego i bezwzględnego sędziego. To wszystko w pejzażu wszechobecnej śmierci miało swój wydźwięk, ale jak się okazuje tylko chwilowy. Okazuje się, że można i do śmierci się przyzwyczaić, a powrót do życia połączyć z powrotem do grzechu. Trafnie, ową sezonową pobożność, ujął papież Urban VIII w tzw. Suplikacjach (prośbach):
Wyznajemy z płaczem w karaniu, - czegośmy się dopuszczali, a po nawiedzeniu zapominamy, - czegośmy dopiero płakali.
Gdy miecz Twój na nas podniesiony trzymasz, - wiele obiecujemy, a skoro go spuścisz, - obietnic wykonać nie chcemy.
Warto o tej słabości natury ludzkiej wiedzieć w momencie powracania do życia po koronawirusie.  Na jak długo? -  nie wiemy. Dziś miłosierny, acz sprawiedliwy Jezus przypomina nam prawdą podstawową:
„Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J14.6).  Warto, choćby to jedno zdanie jak Bożą mantrę, codziennie powtarzać, a może w budowaniu nowej rzeczywistości unikniemy niepotrzebnych błędów.

 

                                                                            Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Dziecko i krzyż
To  tytuł wiersza Kamila Cypriana Norwida, którego treść od wielu lat jest w moim umyśle i sercu. Dziś ma ten tekst dla mnie  wyjątkowe znaczenie. Dziś – to znaczy w czasie podboju świata przez  Chiny i korona wirusa, w czasie zasłoniętych twarzy, zamarłych ulic, rozbudzonego lęku,  wystudzonej gospodarki. Dziś – to znaczy w czasie kiedy coraz więcej nas wierzących pyta o miejsce Kościoła w tym świecie i o nasze miejsce w Kościele.  Dziś – to znaczy w czasie  marginalizacji języka ojczystego a dominacji języka angielskiego w jego korporacyjnym wydaniu wraz z korporacyjnym sformatowaniem umysłów. Dziś – to znaczy w czasie powolnego wybudzania społeczeństwa z „farmakologicznej śpiączki”, połączonego z lękiem, co i jak w przyszłości zadziała? Dziś – to znaczy w niedzielę Dobrego Pasterza, kiedy to staje przed nami Jezus Chrystus, jako jedyna brama dla owiec, prowadząca do prawdziwie bezpiecznej rzeczywistości (J10,1-10).
- Ojcze mój! twa łódź
Wprost na most płynie –
Maszt uderzy! … wróć…
Lub wszystko zginie.
 
Patrz! Jaki tam krzyż,
Krzyż niebezpieczny –
Maszt się niesie w  z-wyż,
Most mu poprzeczny - -
 
-Synku! trwogi zbądź;
To znak – zbawienia;
Płyńmy!  bądź co bądź –
Patrz jak?  się  zmienia…
 
Oto – wszerz i w z-wyż
Wszystko to samo.
- Gdzież się podział k r z y ż?
-  Stał się nam bramą
Ten wiersz napisany w 1866 roku, to dwa nakładające się na siebie obrazy. Pierwszy to Kościół Boży – łódź „Ojca mojego”, w której jesteśmy. Masztem łodzi jest Jezus „z-wyż” – z wysoka, z nieba zstępujący, by nas wzwyż – do nieba pociągnąć.  Dzięki temu masztowi, łódź ma żagiel, a więc  możliwości płynięcia. Kiedy jednak zbliża się most, pojawia się problem. Krzyż, który powstaje według praw perspektywy, z pionowej linii masztu i poziomej linii, zbliżającego się mostu, wydaje się niebezpiecznym. W miarę zbliżania się krzyż znika, a most staje się bramą.  
Ta genialna symbolika, ukazuje prawdę o Kościele w świecie pojętym jako łódź Ojca Niebieskiego i o kluczowej w nim roli Jezusa Chrystusa. Jest ona nie tylko wynikiem twórczej wizji, lecz przede wszystkim, osobistego doświadczenia wiary Norwida, który miał odwagę wraz z Zygmuntem Krasińskim, stanąć po stronie atakowanego papieża Piusa IX podczas zamieszek w Rzymie w 1848 roku.
Ten utwór ma jeszcze jeden wymiar. Dotyka podstawowej relacji wychowawczej – ojciec i syn.  Są razem w jednej łodzi. Rozmawiają ze sobą. Ojciec daje synowi poczucie bezpieczeństwa oparte na relacji z Jezusem i potrafi o tym opowiedzieć, wykorzystując, wydawałoby się, zupełnie prozaiczną sytuację. Taka prosta szkoła postrzegania szansy w problemach. Jest to możliwe dzięki relacji z Chrystusem. Tylko i tylko wtedy z Nim i przez Niego, zawsze obecne w naszym życiu krzyże przekształcają się w bramy.
 Im jestem starszy, tym bardziej jasno i bezkompromisowo to widzę.
 
                                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas
 
 

Czy jesteś na drodze do wolności?
(Łk 24, 13-35)
Gdzie leży Emaus? Trudno dziś ustalić z całą pewnością położenie tej ewangelicznej miejscowości. Ten pozorny kłopot daje nam znakomitą szansę na przeżycie spotkania z Jezusem na drodze własnego życia, które zmierza do naszego Emaus.
„Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło” I można po ludzku powiedzieć: „wywołali wilka z lasu”. Główny bohater omawianych wydarzeń dołączył się do nich. Czyli, warto było o Nim mówić. Nie poznali Go wprawdzie, ale zaakceptowali Jego obecność.  Smutni, ale szczerzy, opowiedzieli o wydarzeniach w Jerozolimie i o tym, jak Ten, w którym położyli nadzieję, ich zawiódł: „A my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. I dali towarzyszowi drogi, jasny przekaz, że ten zawód, to nie spełnienie ich wizji i oczekiwań było tak wielkie, iż nawet informacje o Jego zmartwychwstaniu  nie zrobiły na nich  większego wrażenia. Pojęcie zmartwychwstania było dla nich wielką  abstrakcją, doświadczenie śmierci  dramatycznym przeżyciem, a religijno-polityczne nadzieje, fiaskiem. Postanowili więc powrócić do dawnego życia. 
Na drodze do naszego Emaus, przeżywamy podobne rozczarowania płynące z tego, że Jezus nie spełnił naszych ziemskich oczekiwań, czy pobożnych wyobrażeń. Jeśli jest w nas dobre serce i szczera chęć poznania prawdy On się pojawi na swój niewidzialny sposób. Wejdzie z nami w dialog i tak  jak  wtedy uczniom będzie tłumaczył,  co o Nim jest napisane w Piśmie Świętym.  Na tym etapie jest ważny nie tylko umysł, który pozwala uchwycić logikę Jezusowego dzieła odkupienia, ale trzeba jeszcze czegoś więcej. Świetnie
to ujęli uczniowie w Emaus:  „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”
Następny element poznania Jezusa jest, wydaje się, bardzo prozaiczny.  Kiedy uczniowie doszli do Emaus, tajemniczy towarzysz
podróży chciał iść dalej. I pewnie by poszedł, gdyby nie ich ludzka, serdeczna reakcja: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Jezus nigdy nie zostanie z egoistą niezależnie od jego wiedzy i znajomości Pisma Świętego.     
Wszedł więc, aby zostać wraz z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu”.   To nie przypadkowo w tym momencie mogli poznać całą prawdę. Przy stole, przy błogosławieństwie i łamaniu chleba rozpoznali Zmartwychwstałego Pana. Dla nas jasne odniesienie do Eucharystii. Tu jest czas i przestrzeń pełnego poznania Jezusa.
Dlaczego zniknął?
Zniknął, ponieważ zostawił im wolność. Mogli spożyć posiłek, udać się na spoczynek i wrócić do domu.  W swej wolności
zadecydowali inaczej. W tej samej godzinie, nie zważając na późną porę i 11- kilometrową odległość, ruszyli  do Jeruzalem,
do wspólnoty, do Kościoła.
Może to i czas na moją świadomą i wolną decyzję?
                                                                                             
                                                                          Ks. Lucjan Bielas     
 
 
Rany Boskie
(J 20,19-31)
W nowej sytuacji, w której aktualnie jesteśmy, wiele pytań Bóg stawia nam po raz kolejny, prowokując do szukania pełniejszej
na nie odpowiedzi. Bóg pyta nas: - czy wierzymy w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa? – Dlaczego zmartwychwstały Jezus pokazuje rany? – Jak się ma bycie we wspólnocie Kościoła do indywidualnego aktu wiary?  Próba odpowiedzi na te pytania może nam jeszcze bardziej przybliży tajemnicę Miłosierdzia Bożego i wskaże sposób wejścia w jego przestrzeń.
Klucz do odpowiedzi daje nam papież senior Benedyk XVI, analizując spotkanie zmartwychwstałego Pana ze sceptycznie nastawionym św. Tomaszem. Benedykt zwraca uwagę na fakt, że Apostoł mógł dotknąć  ran, a przez to dokonać identyfikacji Jezusa z Nazaretu, przekraczającej ludzkie doświadczenie. Wynik tej identyfikacji Tomasz ogłosił niezmiernie precyzyjnie: „Pan mój i Bóg mój!”
Jezus wziął swoje rany do wieczności. Jest poranionym Bogiem, albowiem pozwolił się z miłości do nas poranić.  Jego rany są znakiem, niesłychanie wyraźnym znakiem, przez który Syn Boży komunikuje nam prawdę niesłychanie ważną, a mianowicie, że On nas rozumie. Jezus pozwala nam nieustannie się ranić i nieustannie dotykać. Nie tylko więc Tomasz wtedy, ale i ja dzisiaj mogę tych Jezusowych ran dotknąć.  Mogę dokonać identyfikacji Jezusa przekraczającej ludzkie możliwości i tak jak Tomasz odpowiedzieć:
 „Pan mój i Bóg mój!”
Znakomicie papież Benedykt XVI zwrócił uwagę na wiarygodność tej weryfikacji. Kiedy ona jest u ucznia rzeczywiście szczera,
to wtedy jest on gotowy na przyjmowanie zranień dla Jezusa.  Wyznacza to bardzo konkretny kierunek pracy nad sobą, dzięki której Miłosierdzie Boże będziemy nieustannie zgłębiać i praktycznie głosić.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny szczegół. Jezus sprowokował spotkanie ze sceptycznym Tomaszem we wspólnocie, a nie poza nią. Zmartwychwstały Jezus, zachowując indywidualne relacje, zbiera uczniów we wspólnocie, w której wszyscy są fizycznie obecni, a On zmartwychwstały stanowi jej niekwestionowany  zwornik. Trwanie we wspólnocie wokół zmartwychwstałego Pana przemienia myślenie, ustawia wartości, otwiera na Ducha Świętego i pozwala wychodzić do swoich normalnych zadań z zupełnie inną skutecznością.  Tu tkwi najgłębszy sens trwania w Eucharystii. Bez niej Kościół przestałby istnieć.  Warto może w tym osobliwym
czasie, to sobie jeszcze raz dobrze przemyśleć.
 
                                                                                               Ks. Lucjan Bielas
 
 
Zanim wrócisz do życia, wejdź do grobu!
Św. Jan w swej Ewangelii daje nam niesamowite świadectwo ewolucji aktu wiary. Miała ona miejsce w jego umyśle, w jego sercu, w jego życiu, a zapisał ją na kartach Ewangelii, aby  pomóc nam w kształtowaniu aktu wiary. Wiara nie jest czymś stabilnym. Jest łaską, o którą możemy Boga prosić, jest relacją z Nim, którą możemy pogłębiać. Wiarę możemy zaniedbać, a nawet ją utracić. 
Zapewne wszyscy Apostołowie i osoby bliskie Jezusowi, wtedy 1990 lat temu,  przeszły przez pusty Jego grób. Wyjątek stanowiły dwie osoby: Judasz i Matka Jezusa. Judasz, który zbyt mało kochał, a co za tym idzie, mało zrozumiał i nie poradził sobie z własnym grzechem, doświadczenia pustego grobu Mistrza nie doczekał. Maryja bardzo kochała i dzięki temu jej wiara i rozumienie wydarzeń było tak  wielkie, że nie potrzebowała doświadczenia pustego grobu Syna. Katechizm stwierdza, że to ona przenosi wiarę Kościoła od krzyża do grobu Jezusa. Byłoby aż dziwne, gdyby tam poszła i sprawdzała. Zmartwychwstały Jezus również, a może przede wszystkim o Niej powiedział: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29).
Nam jednak przejście przez pusty grób Jezusa jest konieczne. Nie chcemy iść drogą Judasza, a do Maryi jest nam daleko. Jak nigdy dotąd nasze pokolenie nie miało takiej okazji, aby tak świadomie i owocnie tego przejścia dokonać.
Lęk zmieszany z odpowiedzialnością każe nam pozostać  w domu, a budzące się u wielu z nas pytanie o sens tego globalnego doświadczenia, prowadzi myśl  naturą rzeczy w przestrzeń wiary. To dla tych właśnie, którzy w dzisiejszą Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego nie mogą być w świątyni, to zaproszenie do przejścia przez pusty grób wraz św. Janem, Piotrem Marią Magdaleną i innymi ma szczególne przesłanie.    
Może więc warto na chwilę wyłączyć telewizor, komputer i telefon, otworzyć Ewangelię według św. Jana i wraz z nim wejść do grobu Jezusa. Ponieważ to doświadczenie było dla Ewangelisty kolejnym ważnym etapem kształtującym jego akt wiary, warto przewertować całość zapisanej przez niego Ewangelii. Wychwyćmy kluczowe punkty, a szczególnie te fragmenty, które czytaliśmy w poszczególne niedziele Wielkiego Postu. Nie przypadkowo w czasie pandemii i grożącego niebezpieczeństwa choroby i śmierci, Kościół nimi żył.
Przeżyjmy raz jeszcze wraz z Janem  jego powołanie  na Apostoła i towarzyszenie Jezusowi. Co słyszał? Co widział? Jakie miał osobiste ambicje?  Jak rozumiał słowa i działa Mistrza? Bądźmy z nim świadkami  przemienienia Jezusa na Górze Tabor. Posłuchajmy jeszcze raz rozmowy Jezusa z Samarytanką, bądźmy świadkami uzdrowienia ślepca, zobaczmy wychodzącego z grobu Łazarza. Zasiądźmy przy stole na Ostatniej Wieczerzy, próbujmy pomodlić się z Jezusem na Górze Oliwnej, stańmy  pod Jego krzyżem.  Złóżmy Go w grobie, weźmy Maryję do siebie i dopiero wtedy możemy wejść do pustego grobu Jezusa. Tu już nie ma straży, nie ma kamienia i pieczęci. Tak jak Jan nie wchodźmy sami, tylko z Piotrem.  Tylko z Piotrem! Choć zwykle na niego trzeba poczekać. Wtedy popatrzmy na nieme świadki zmartwychwstania, na płótna, a one do nas przemówią.  Łazarz wyszedł z grobu związany, a Jezus bez rozwiązywania po prostu zmartwychwstał.  
Kiedy z Janem pójdziemy za Jezusem, kiedy z nim wejdziemy w rzeczywistość pustego grobu Mistrza, wyjdziemy do życia inni. Inni, bo z pogłębioną wiarą.
                                                                                                                 
                                                                                                                          Ks. Lucjan Bielas
 
 
Kto to jest?
(Mt 21,1-11)
Niedziela Palmowa roku 2020 zostanie nam na długo w pamięci. Może jak nigdy dotąd, znajdując się w swoistego rodzaju „areszcie domowym”, mamy pragnienie, aby wyruszyć w tradycyjnej procesji, niosąc palmy. Ta nowa sytuacja jest nam dana może i po to, aby z większą świadomością otworzyć się na Chrystusa i  tak jak prawie 2000 lat temu w Jerozolimie, wraz z tamtejszym tłumem radośnie zaśpiewać: „Hosanna Synowi Dawida. Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie. Hosanna na wysokościach”. Może to pragnienie i te refleksje obudziły się nawet u tych, którzy rozpędzili się w pracy, w zarabianiu,  w nauce ,  w budowaniu, w handlowaniu, w rozlicznych wyjazdach i we wszelkich, wydawało się wtedy, koniecznych zajęciach.
Czy otwarcie się na Chrystusa, to tylko jeden ze sposobów przywracania spokoju ducha w  zawirusowanym świecie? Ma być ono ucieczką do dawnych wspomnień, żeby teraz w zawirusowanej głowie nie dostać przysłowiowego „ku ku”? A może w tym wszystkim idzie o jeszcze coś więcej?
Warto szukać odpowiedzi na to pytanie, ale tylko z Bogiem. Wirus wymknął się spod kontroli człowieka, ale na pewno nie wymknął się spod kontroli Boga. Szukanie odpowiedzi tylko w ludzkiej przestrzeni, jest więc nieporozumieniem.
2000 lat temu Jezus, wjeżdżając do Jerozolimy, zadbał o uroczysty charakter tego czynu. Miał wolę, aby ten wjazd stał się wyraźnym znakiem nie tylko dla Jemu współczesnych, ale dla wszystkich i po wszystkie czasy. 1000 lat wcześniej Jego praojciec Dawid zdobył to miasto i wjechał doń uroczyście, przelewając krew obrońców. Jezus zdobywa to miasto, które ma znaczenie symboliczne dla całego świata, przelewając własną krew jako prawdziwy człowiek i objawiając Boską miłość i moc, jako prawdziwy Bóg.  Za chwilę przecież zacznie się Jego męka, śmierć i ZMARTWYCHWSTANIE! W historii świata nie ma i  nie będzie bardziej przełomowego wydarzenia.
Jezus tych, którzy Go przyjmą, pragnie wyzwolić od wszelkiego rodzaju spętania, od bałaganu moralnego, lęku i niepokoju, od wszelkich chorych relacji, słabości, bezsensu życia, pogubienia, świadomości marnowanego i uciekającego czasu. I tak jak wirus ze swoim niepokojem i śmiercią, Jezus wchodzi z pokojem i życiem. Wchodzi jeszcze głębiej i jeszcze skuteczniej. To Jemu mogę zawierzyć wszystko, największą moją głupotę i podłość, przyjąć Jego przebaczenie i z całą odpowiedzialnością przyjąć Jego polecenie: „Idź i odtąd nie grzesz!”. Tak ma się zmieniać świat na Jego królestwo, przez moje nawrócenie.
To nie przypadek, że pandemia nastąpiła w czasie Wielkiego Postu i świąt Wielkanocy. Wiemy już, że po jej ustaniu świat będzie wyglądał inaczej. Czy gorzej?
Dziś Jezus staje przed światem jak wtedy przed bramami Jerozolimy. Nie chce ofiar, chce, aby z Jego ofiary świat skorzystał. Bo doskonalszej ofiary nie ma i nie będzie.
Gdy wjechał do Jerozolimy, poruszyło się całe miasto, i pytano: „Kto to jest?” A tłumy odpowiadały: „To jest prorok Jezus z Nazaretu w Galilei”.
Pytano, bo wielu pielgrzymów widziało Go po raz pierwszy. Ci zaś którzy Go znali, tak jak potrafili, odpowiadali.  To pytanie świata i odpowiedzi uczniów, ten niesamowity dialog trwa i trwał będzie.  Dziś, w Niedzielę Palmową 2020 roku otaczający mnie świat pyta mnie katolika: „Kto to jest?” Kto to jest  Ten, o którym tym głośniej krzyczysz, im bardziej zabrania ci się pójść do kościoła?  
                                                                                                          Ks. Lucjan Bielas
 
 
Szczęść Boże,                                                 
W ten trudny dla nas czas pełnego zamknięcia i izolacji przed zarazą, w czas niepokoju i lęku niech, Pan Bóg błogosławi i wspiera.
Dziś mija 15 lat od pamiętnego czasu odchodzenia do Domu Ojca świętego papieża Jana Pawła II. Pamiętamy ten czas wielkiej modlitwy, refleksji, spokoju, ciszy i wspólnoty. Świat nigdy w takiej skali nie przeżywał cierpienia i śmierci człowieka, doświadczanych jako przejście do innej, lepszej rzeczywistości, przedziwnie dla wszystkich otwartej.  Po tej śmierci Świętego świat stał się trochę inny i Polska stała się trochę inna. Stawiamy sobie pytanie: gdzie tkwiła siła życia i śmierci   Jana Pawła II? Odpowiedź jest jedna: w przyjęciu przez niego Jezusa Chrystusa.
Przeżywamy teraz zupełnie dla nas nową sytuację i to ogólnoświatowym wymiarze. Odwieczny „taniec” życia i śmierci nabrał tempa, mimo uwięzienia nas w domach i podjęcia wszystkich koniecznych ograniczeń. Jest on obecny nie tylko w medialnych doniesieniach, dramatycznych statystykach, ale i w naszych głowach.
Dziś przez wstawiennictwo  św. Jana Pawła II, papieża, który jak żaden inny następca św. Piotra ogarniał świat, prośmy o Miłosierdzie Boże dla nas i całego świata.
Za jego zaś przykładem przyjmijmy do naszego „aresztu domowego” i naszych niespokojnych umysłów i serc, Jezusa Chrystusa.  Św. Jan Paweł był człowiekiem Eucharystii, Słowa Bożego i zawierzenia Maryi przez modlitwę różańcową.
Przez duchową Komunię Świętą i Słowo Boga możemy Chrystusa nieustannie zapraszać do naszych domów, rodzin, bliskich; aby jego obecność pomagała nam w przetrwaniu tego czasu zarazy, a potem, jeśli Pan Bóg pozwoli nam przetrwać, w odnalezieniu się w nowej ludzkiej rzeczywistości, która nastanie po epidemii.
Dziś, w godzinę śmierci Świętego Papieża, o godz. 21.37 zapalmy świece, które są symbolem wspólnoty, miłości i ciepła, postawmy je w swoich oknach i czuwajmy, aby podkreślić naszą wspólnotę.
Proszę Was wszystkich o wspólną modlitwę.
Przesyłam adres strony internetowej parafii Jaworzno Szczakowa, w której podczas codziennych Mszy św., sprawowanych o godz. 18.00, głoszę Słowo Boże na ten trudny czas.
                                                  Ks. Lucjan
 
 
 
Człowiek w sytuacji granicznej
jest takim, jakim jest rzeczywiście. Można to spokojnie powiedzieć za Karlem Jaspersem. W trudnych chwilach, a szczególnie wtedy, kiedy ludzkie życie jest zagrożone, spadają maski.  Objawia się cała naga prawda o nas i naszych relacjach.  Im większe zagrożenie, tym więcej prawdy o nas.
Jezus trzymał się z dala od Judei, gdzie zamierzano Go zabić (por. J 11, 1-45). Kiedy dotarła do Niego informacja o chorobie przyjaciela Łazarza, zgodnie z Boską logiką, a narażając swoje ludzkie życie, rusza w drogę. Opisane przez Jana wydarzenie ujawnia cudowną relację między dwiema naturami w Jezusie, boską i ludzką. Zaistniałe dialogi pokazują jak bardzo Jezus, jako prawdziwy człowiek, zachowując ludzką wrażliwość i roztropność, rozeznawał i akceptował wolę Niebieskiego Ojca. To była i Jego wola, jako Syna Bożego w całej boskiej naturze.  Jako prawdziwy człowiek przeżywa chorobę i śmierć przyjaciela i nic z ludzkiego wzruszenia, włącznie ze łzami, nie jest mu obce. Jako prawdziwy Bóg może, stojąc przy grobie zmarłego Łazarza, powiedzieć do jego siostry Marty: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”. Jako prawdziwy Bóg kazał Łazarzowi wyjść z grobu, co też on uczynił mimo faktu, że był tak związany, iż po ludzku nie mógł chodzić, a twarz miał zawiniętą  chustą.   
W relacji z Jezusem znakomicie rozwinęła się Marta, siostra Łazarza i Marii. Ta energiczna, praktyczna i zapobiegliwa kobieta, którą Jezus przy pewnej wizycie lekko napomniał za zbytnie zatroskanie, teraz jawi się jako bardzo dojrzała w wierze (por. Łk 10,38-42). Śmierć brata, przykład Marii, a przede wszystkim spotkanie z Jezusem sprawiają, że zachowując swój charakter i osobowość, pozwoliła łasce Bożej na kapitalną przemianę. To już zupełnie inna, choć ta sama Marta.
Dla uczniów Jezusa, u których miłość do Niego okazała się większa niż lęk o życie, doświadczenie wskrzeszenia człowieka, którego ciało było już w rozkładzie, miało kolosalne znaczenie.  To był jeden z podstawowych elementów ich przygotowania na nadchodzące godziny próby.
Dla przyjaciół Łazarza i Jezusa to wskrzeszenie musiało być źródłem podwójnej radości. Po pierwsze Łazarz wrócił. Po drugie Jezus dał nadzieję na to, co jest największą troską człowieka – na pokonanie bariery śmierci.
Dla wrogów o sercach pełnych złej woli, była to kropla przelewająca czarę nienawiści. Postanowiono zabić Jezusa i Łazarza.
Jesteśmy na progu trudnej sytuacji, która przekształca się w „graniczną”. Coraz bardziej weryfikują się nasze postawy i nasze relacje. Tak jak zagrożenie śmiercią jest oczywiste, tak obecność Jezusa jest oczywista. Nam szukającym na różne sposoby ratunku stawia pytanie tak, jak przy grobie Łazarza postawił Marcie: „Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?”
Odpowiedź na to pytanie Jezusa można udzielić swoim życiem, tak jak to uczyniła Marta. Deklaracje i puste słowa, choćby najpiękniejsze, nie wystarczą. Same długie modlitwy nie wystarczą. Może w walce z wirusem trzeba również zmienić swoje życie i to radykalnie. Nie tylko zadbać o higienę, ale powrócić do nauki Jezusa. To On jest Panem życia i śmierci i chyba najwyższy czas, żeby śmiertelni to zrozumieli.
             
                                                                                                              Ks. Lucjan Bielas
 
 
MODLITWA DLA INTELIGENTNYCH I SKUTECZNYCH
RÓŻANIEC
Ten tytuł, to nie tani chwyt reklamowy. Taka jest prawda. Rzecz dotyczy bowiem modlitwy trudnej, a zarazem praktycznej; na pozór monotonnej, ale tak naprawdę pogłębiającej wiarę, wiedzę i inteligencję człowieka. Skuteczność tej modlitwy jest nieograniczona. Oczywiście zależy ona w pierwszym rzędzie od wiary tego, który się modli. Nie bez znaczenia jest też specyficzna struktura Różańca, ale nade wszystko działa wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny.
Różaniec jest modlitwą wpisaną w  życie Jezusa i Maryi od Zwiastowania aż do jej ukoronowania przez Syna na Królową Nieba i Ziemi. Dwadzieścia tajemnic - to przede wszystkim punkty refleksji, które nie tylko są zakorzenione w Piśmie Świętym, ale znakomicie wpisują się w nasze codzienne życie. W tak pojętej modlitwie odmawianie Różańca to nie przysłowiowe „klepanie zdrowasiek”, ale traktowanie ich, jako cudowne tło do prowadzenia medytacji związanej z daną Tajemnicą. Nie jest to łatwe, ale za to jest niezmiernie owocne. Po pierwsze trzeba nieustannie pogłębiać swoją znajomość Nowego Testamentu, a głównie tych fragmentów, które są związane z poszczególnymi Tajemnicami. Po drugie, dokonywać aplikacji tych tekstów w nasze życiowe sytuacje. I tak np. podczas odmawiania Tajemnicy Zwiastowania, przypominamy sobie jej ewangeliczny opis i możemy np. rozważać misterium wcielenia Syna Bożego, ale również uczyć się od Maryi odwagi podejmowania życiowej misji, umiejętności stawiania Bogu pytań, postawy służebnicy Pańskiej, a od Anioła Gabriela trudnej sztuki uczciwej negocjacji.
Tak pojęty Różaniec jest prawdziwą szkołą życia i jedną z najskuteczniejszych modlitw, ponieważ przywołujemy w niej, jako nauczycielkę i wstawienniczkę Tę, którą sam Jezus dał nam za Matkę.
Jednym z najbardziej skutecznych Polaków w historii naszego narodu był św. Jan Paweł II. Osobiście związany z modlitwą różańcową, każdemu, kto go odwiedzał, dawał w prezencie Różaniec. Tenże Papież widział w różańcu szczególnie skuteczne narzędzie w walce z szatanem. W naszych trudnych i niejednokrotnie niezrozumiałych sytuacjach warto i o tym pamiętać.
Mamy również możliwość dedykowania poszczególnych dziesiątków Różańca w różnych intencjach. Przez nie, to nasze tu i teraz, łączymy z przesłaniem poszczególnych Tajemnic, co sprawia, że stają się one mądrością i mocą.
Tak byłoby idealnie, ale proza życia jest często inna. Zmęczenie, gonitwa myśli, zabieganie, sprawiają, że często nasza modlitwa różańcowa jest bardziej lub mniej okaleczona. Nieraz sprowadza się tylko do modlitwy ust. Bóg jednak widzi naszą intencję, naszą dobrą wolę, przyjmuje nasz wysiłek i czas, który na pewno nie jest czasem straconym.
 
Jeżeli coś powstało we Francji po rewolucji i wojnach napoleońskich i zjednoczyło na modlitwie niemal od razu 2,5 mln ludzi, a skuteczność tego nie zmalała do dziś, to trzeba na to zwrócić uwagę.
 „Żywy Różaniec” jest wspólnotą osób, które w duchu odpowiedzialności za Kościół i świat
i w wielkiej prostocie otaczają modlitewną opieką tych, którzy najbardziej jej potrzebują i są wskazani zwłaszcza w Papieskich Intencjach Apostolstwa Modlitwy. Modlitwa różańcowa, powszechnie znana i wielokrotnie polecana przez papieży, zyskała popularność dzięki wspólnotowej formie modlitwy, zainicjowanej przez sługę Bożą Paulinę Jaricot w Lyonie w 1826 r. Założone przez nią Stowarzyszenie Żywego Różańca zatwierdził papież Grzegorz XVI konstytucją Benedicentes Domino w 1832 r. W Polsce praktyka Żywego Różańca stała się znana już pod koniec XIX wieku.   /…/ Stowarzyszenie to nosi nazwę „Różańca”, gdyż jego członkowie, podzieleni na grupy po dwadzieścia osób, odmawiają go codziennie, każdy jedną dziesiątkę, a także dlatego, że każda grupa składa się z tylu osób, ile jest tajemnic w różańcu.  Stowarzyszenie nazywa się „Żywym”, gdyż liczba osób, które się nań składają, niejako wprawia je w działanie poprzez ciągłe recytowanie modlitw, które czerpią swą skuteczność z rozważania tajemnic Jezusa i Maryi, czy to w celu nawrócenia grzeszników, czy doskonalenia sprawiedliwych. Zwie się je „Żywym”, gdyż ci, którzy go tworzą, są zastępowani przez kolejnych, gdy ci umierają, bądź gdy zeń odchodzą. (Statut Stowarzyszenia „Żywy Różaniec”)
Dwadzieścia osób, z których codziennie każda odmawia dziesiątek Różańca, połączone wspólną wiarą i intencją modlitwy, tworzą swoistego rodzaju wspólnotę religijną. Jest to najwyższy rodzaj ludzkich relacji, albowiem zwornikiem jest sam Bóg, a nie miejsce, sympatie, upodobania itp. Taka wspólnota, uczciwie potraktowana przez każdego jej członka, daje poczucie bezpieczeństwa we wszystkich sferach życia. Uczciwie, to znaczy z pełną otwartością na Boga i bliźniego. To, co jednostkę może przytłoczyć, powalić, zniszczyć, to dla dwudziestu osób nie stanowi aż tak wielkiego problemu. Dotyczy to różnych ludzkich spraw
z materialnymi włącznie. Trzeba oczywiście pamiętać, że miłość wychodzi naprzeciw rzeczywistym potrzebom, a nie banalnym zachciankom.
Praktyczne uwagi dotyczące funkcjonowania Żywego Różańca Lotników.
 
Stanowimy  grupę 20 osób, z których każda przez miesiąc odmawia codziennie jeden dziesiątek Różańca, rozważając przypadającą na nią w tym miesiącu, tajemnicę. I tak codziennie wspólnie odmawiamy cały Różaniec w jego 20 tajemnicach. Z pierwszym dniem nowego miesiąca następuje zmiana tajemnic, czyli przesuwamy się do następnej tajemnicy. Przez Whats App, na którym jest utworzona „grupa różańcowa”, otrzymujemy od koordynatora przypomnienie tajemnicy oraz spis intencji. Przy odmawianiu „swojego dziesiątka” wzbudzamy ogólnie intencje, o które współbracia z Róży prosili, albo noszą je w sercu. Jeśli jest intencja, którą pragniemy wyjawić, to przesyłamy do osoby koordynującą różę.
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeśli dwóch z was na ziemi zgodnie o coś prosić będzie, to wszystko otrzymają od Ojca, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 19-20).
 
                                                                         Ks. Lucjan Bielas
 
Kontakt dla odważnych
Ks. Lucjan 602 76 54 67
Tajemnica Grobu Nieznanego Żołnierza.
 
Kiedy dojrzała decyzja o wybudowaniu w Warszawie, Grobu Nieznanego Żołnierza drogą uroczystego losowania pobojowiska wybrano Lwów. 29 października 1925 roku, na Cmentarzu Orląt Lwowskich otwarto trzy groby. Wydobyto trzy trumny z ciałami bezimiennych żołnierzy. Wyboru jednej z nich miała dokonać Jadwiga Zarugiewiczowa, matka Konstantego, który był  jednym z obrońców Lwowa, i śmiertelną ofiarą wojny polsko-bolszewickiej, a którego grobu nie udało się odnaleźć. We wskazanej przez nią trumnie znajdowały się zwłoki młodego żołnierza, którego wiek, lekarz obecny przy ekshumacji określił, na 14 lat. Miał przestrzeloną głowę i nogę. Był ochotnikiem, ponieważ nakryciem jego głowy była maciejówka z orzełkiem, a nie jak w regularnym wojsku, rogatywka. Ekshumowane ciało w nowej sosnowej trumnie zostało uroczyście przewiezione do Warszawy, gdzie miało spocząć w przygotowanym Grobie Pomniku Nieznanego Żołnierza.
2 listopada 1925 roku, ze wszystkimi honorami w asyście najwyższej rangi oficjeli, została w katedrze warszawskiej przy trumnie nieznanego żołnierza ze Lwowa, odprawiona Msza św. Eucharystię sprawował kard. Kakowski,  natomiast kazanie wygłosił ks.  Antoni Szlagowski. Do historii przeszły wypowiedziane wtedy słowa:
Kim jesteś ty? Nie wiem. Gdzie dom twój rodzinny? Nie wiem. Kto twoi rodzice? Nie wiem i wiedzieć nie chcę i wiedzieć nie będę, aż do dnia sądnego. Wielkość Twoja w tem, żeś nieznany.
W bratniej, wspólnej mogile zagubił imię, zagubił rodzinę, spadło z niego, co osobiste, z grobu narodził się na nowo, z grobu, gdyby z matki-ziemi, wyszedł nieznany, zapomniany, bezimienny [...]
Czymże na Boga jesteś, szary żołnierzu, zapomniany, bezimienny?
Ty jesteś odwieczny geniusz bojowy narodu, zowiesz się Męstwo, ty jesteś niespożyta, niezmożona moc ideałów narodowych, zowiesz się Poświęcenie. Ty jesteś wszech zwycięska niepodległość ducha narodowego, zowiesz się Wolność.
Nazywasz się Milion, bo miliony złożyły w tobie swe ukochania i swe katusze. Nazywasz się Milion, a imię twoje czterdzieści i cztery, a życie twoje trud trudów, sława, sława, sława.
Grób Nieznanego Żołnierza jest do dziś niesłychanie mocnym znakiem  historii naszej Ojczyzny, oddania i miłości Polaków, a także i wiary.
Dlaczego i wiary?
W jednej z moich prywatnych rozmów z ks. Stanisławem Bizuniem, byłym wykładowcą katechetyki i wicerektorem rektorem Seminarium Duchownego we Lwowie i można powiedzieć bardzo wiarygodnym świadkiem opisanych wydarzeń dotyczących ekshumacji, stwierdził, że w kieszeni nieznanego młodego żołnierza znaleziono jedną jedyną rzecz – różaniec.
======================================================================================
 
 
 
 
 
Epidemia, a logika niewidomego.
(J 9, 1-41)
Kiedyś przegrałem z niewidomym w szachy, a głupi przecież nie jestem. To była bardzo bolesna szkoła pokory z jednej, szacunku
dla inteligencji z drugiej strony, a przede wszystkim podziwu dla Boga Stwórcy. Ten  niewidomy był jednym z najbardziej pogodnych ludzi, których w życiu spotkałem.
To nie przypadek, że dziś  spotykamy się z wybitnym przedstawicielem światowej społeczności niewidomych. Pytanie postawione
przez uczniów na początku dzisiejszej Ewangelii wybrzmiewa na różne sposoby i przy różnych okolicznościach po dziś dzień: „Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?” Jezus ma trzecią możliwość: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice
jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże”.
Kiedy w przeszłości ludzie szukali winnych za epidemię dżumy, w swych ograniczonych możliwościach i ciasnocie myślenia
 do jednego zła dodawali następne. W majestacie prawa i czystości sumień dokonywano pogromów mniejszości, które miały
być przyczyną nieszczęścia. Czy świat jest dziś mądrzejszy? Tego jeszcze nie wiemy?
A Jezus zrobił coś w ludzkiej logice bez sensu ani nic eleganckiego, ani higienicznego. Błoto ze śliny, którym obłożył oczy
niewidomego od urodzenia. Po dokonaniu tej osobliwej czynności posłał go do sadzawki Siloam, aby się obmył. Niewidomy miał znakomitą orientację w terenie i zaufanie do Jezusa. Zrobił więc to, co mu  Ten polecił i wrócił, widząc. Człowiek, który miał ogląd świata tylko w swoistego rodzaju wirtualnej rzeczywistości, zobaczył go po raz pierwszy w realu. Nikt by się nie zdziwił gdyby widzący niewidomy stracił głowę. Tymczasem on wrócił do Tego,  który mu to uczynił, do Jezusa. I wszystkie następne doświadczenia tylko umocnią go w relacji z Jezusem. Doświadczenia z pogubionymi sąsiadami i z przestraszonymi rodzicami. I jakże ostre
spięcie z opętanymi złą wolą przedstawicielami Świątyni.
Dlaczego niewidomy zdał egzamin?
Miał bowiem prostą logikę, której dał wyraz w dyskusji z faryzeuszami, którzy chcieli zdyskredytować boskie pochodzenie Jezusa.
 Na ich zarzuty odparł: „Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek
nie był od Boga, nie mógłby nic uczynić”.
Ta logika doprowadziła uzdrowionego do wyznania wiary w Jezusa Syna Człowieczego i oddania Mu pokłonu co było jasnym
uznaniem Jego Bóstwa.
Znamienne słowa Jezusa wtedy wypowiedziane wobec faryzeuszów:  „Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd,
żeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi”.
Zaraza tym różni się od innych nieszczęść, że przed nią nie można się schować. Możesz być nie wiadomo jak odizolowany
i zabezpieczony, a i tak nie masz pewności. Nawet jak wczoraj przeszedłeś najlepsze badania, dziś nie jesteś już pewny.
Ta sytuacja wprowadza fundamentalne pytania w kłębowisko naszych myśli i uczuć, a pośród nich to zasadnicze: kto zawinił?
A Jezus mówi nam, niezależnie od koniecznych wniosków praktycznych – stało się tak, aby na was objawiły się sprawy Boże!
Czy starczy nam logiki i wiary niewidomego?
                                                                                                         
                                                                                                          Ks. Lucjan Bielas 
 
 
ZAWIRUSOWANE REKOLEKCJE
Zawirusowane rekolekcje: Jak Jezus pomoże w czasie epidemii? 
Sobota godzina 18:00: https://youtu.be/uAS7uxClv2I
 
Zawirusowane rekolekcje: Msza Święta. Epidemia. O co w tym wszystkim chodzi?
Niedziela godzina 10:00: https://youtu.be/vDScpqDYw2I
 
Zawirusowane rekolekcje: Jak modlić się skutecznie, szczególnie podczas epidemii?
Poniedziałek godzina 18:00: https://youtu.be/q2a2iskeSHk
 
Zawirusowane rekolekcje: Sam sobie nie poradzę
Wtorek godzina 18:00: https://youtu.be/o2HpSLPxQU4
 
Zawirusowane rekolekcje: Czy świat po wirusie będzie inny?
Środa godzina 18:00: https://youtu.be/bw7-46-A52M
 
pt., 20 mar 2020 o 14:23 <xljb@pro.onet.pl> napisał(a): pozdrawiam serdecznie
 
Franciszek Matysik
Pozdrawiam serdecznie 
 
 
Światowe rekolekcje dla wszystkich.
Tych odwołać się nie da! Obecność obowiązkowa!
Czas  Wielkiego Postu roku 2020 jest szczególny. Doświadczamy bezradności. Narasta lęk. Rodzi się coraz więcej pytań, na 
które nie ma dobrej odpowiedzi. Rozpędzony świat musi zwolnić. Ten rodzaj zagrożenia bowiem jest inny niż pozostałe
nieszczęścia i kataklizmy. Dotyka każdego z nas i to bardzo głęboko, do samych podstaw naszej ludzkiej egzystencji.
Dla wielu ta nowa sytuacja jest  wezwaniem do większej roztropności i odpowiedzialności, zarówno za siebie, jak i za drugiego człowieka.  Dla wielu jest ona wezwaniem do pokory względem Boga Stwórcy, którego istnienie uległo zapomnieniu.
Może warto, aby te wielkie światowe rekolekcje wykorzystać dla pogłębienia więzi z Bogiem i z bliźnimi. Może trzeba nie tylko
zadbać o swoje zdrowie, o zakupy, ale i o modlitewną relację z Bogiem. Oby to był dla nas czas głębokiego  nawrócenia, czyli zmiany naszego myślenia i działania na takie, jakiego  Stwórca od nas oczekuje. Niech kieruje nami miłość i odpowiedzialność, a nie strach i egoizm.I może właśnie w tym duchu udajmy się na nieprzypadkowe spotkanie, Jezusa z grzeszną, aczkolwiek bardzo inteligentną kobietą.Nie było świadków tego spotkania i tej rozmowy. To tylko ona, Samarytanka, mogła jej treść przekazać zapewne ciekawym uczniom Jezusa. W tym poukładanym, wielowiekowym konflikcie żydowsko-samarytańskim to ewangeliczne wydarzenie przy Studni Jakubowej zaistniało z nieprawdopodobną mocą. Dzisiaj w wyjątkowo mocno zaburzonych relacjach ma ono swoje wyjątkowe przesłanie.W nietypowej porze dnia, jak na czerpanie wody, do studni przychodzi Samarytanka. Spotyka samotnego Żyda, Jezusa.
Dwa światy, mężczyzn i kobiet, Żydów i Samarytan, świętego i grzesznicy, rozdzielone jak zarazą, spotkały się ze sobą jak w soczewce.
Zmęczony i spragniony Jezus, łamiąc wszelkie bariery, zwraca się do przybyłej Samarytanki „Daj Mi Pić!” Prośba Jezusa była naturalna i dotyczyła wody. Tymczasem, kobieta przeniosła ją na inny poziom, na poziom różnic narodowych i religijnych. „Jakżeż
Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?”. To pytanie otwarło nową przestrzeń dyskusji, którą Jezus natychmiast wykorzystał: „O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić, to prosiłabyś
Go, a dałby ci wody żywej”.  Reakcja kobiety była znakomita: „Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego, Jakuba, który dał nam tę studnię, i on sam z niej pił, i jego
synowie, i jego bydło?” Pytanie Samarytanki było znakomite. Zaczyna dostrzegać w Jezusie kogoś niezwykłego. On zaś widząc jej otwartość, stwierdza: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu”. Z jednej strony uświadamiała sobie absolutną wyjątkowość Tego, który z nią mówi, z drugiej zaś nie mogła przekroczyć pewnej bariery myślenia. Stąd jej prośba: „Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać”.  
W tym miejscu Jezus doprowadza dyskusję do przełomowego momentu. Prosząc Samarytankę, aby przyprowadziła swojego męża, wchodzi w przestrzenie dla niej, najbardziej osobiste.  Odsłania się cała prawda o jej najbardziej ukrytych i trudnych relacjach. Miała pięciu mężów, a aktualny mężczyzna nie jest jej mężem. Jezus dotknął jej największego problemu, najgłębiej ukrytej potrzeby.
Ta kobieta nie była zepsutą seksem lafiryndą, zmieniającą mężczyzn jak rękawiczki. Ona w życiu szukała miłości. I dopiero w tym momencie, po raz pierwszy w życiu ją znalazła. Miłość, ponad zmysły, ponad uczucia. Miłość, która ściśle łączy się z wiarą. 
Teraz dopiero mógł jej wytłumaczyć, że choć zbawienie bierze początek od Żydów, których Ojciec Niebieski obdarzył szczególnym poznaniem, to jednak prawdziwa cześć będzie Mu oddawana „w Duchu i prawdzie” i ponad wszystkimi dotychczasowymi podziałami. Sprawy wiary dla rozmówczyni Jezusa nie były drugorzędne. Otwarta na prawdę o Bogu, wiele wiedząca, głodna prawdziwej miłości, pozwoliła, by Jezus przeprowadził ją od postrzegania Go jako proroka do zobaczenia w Nim oczekiwanego Mesjasza Chrystusa.  
To spotkanie z Bogiem w Jezusie, spotkanie z Miłością i Życiem, było dla niej rewolucją. Zostawiła dzban z wodą, po którą przyszła,
a z wodą życia w duszy i miłością w sercu, pobiegła do swojej wioski, aby dla Jezusa przygotować serca swoich bliskich.
Uczniowie Jezusa byli zdziwieni faktem, że rozmawiał z kobietą i to jeszcze z Samarytanką. Ich zdumienie było zapewne jeszcze
większe, kiedy dotarło do nich, że w  krótkim spotkaniu z ich Mistrzem, otworzyła się na całą prawdę o Nim. A On tę prawdę, właśnie jej wyjawił. W tym kontekście do uczniów przybyłych z zakupioną żywnością bardzo mocno dotarły Jego słowa,  że On ma jeszcze inny pokarm i to pokarm na życie wieczne:  „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło”.
Jezus, dla którego otwarto drzwi samarytańskich domów swoją nauką i obecnością dał zupełnie inne poczucie bezpieczeństwa tym, którzy go przyjęli. Wyrazili to w słowach skierowanych do kobiety, której nie do końca początkowo wierzyli: „Wierzymy
już nie dzięki twemu opowiadaniu, usłyszeliśmy bowiem na własne uszy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata”.
Może właśnie teraz, w czasie stanu rosnącego niepokoju, kiedy nauka milczy, a  programistom  ręce zsunęły się z klawiatury,
kiedy międzyludzkie relacje jedne się zawiązują, inne cudownie odradzają, a jeszcze inne dramatycznie kończą, warto otworzyć 
serca, umysły i drzwi swoich domów dla Jezusa. Tego, który jest stwórczą, zbawczą i wszechmogącą Miłością. Póki jeszcze czas!
 
                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
 
 
Poczuj się wybranym.
Mógł to zrobić wszędzie, nie przypadkowo stało się to na wysokiej górze. Mają góry w Biblii szczególne znaczenie, również w życiu Jezusa. Mają góry i w naszym życiu swoje miejsce. Trud wspinaczki i bogate doświadczenie zdobycia szczytu nadaje tym krótkim chwilom wtedy przeżytym wyjątkową rangę.  Stanąć na szczycie wysokiej góry jest już samo w sobie, naturalnym dotknięciem granicy między niebem a ziemią.
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec
nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. Mateusz użył niebagatelnych porównań, aby oddać przemianę twarzy i szat Jezusa. Słońce, światło to części kosmosu stworzonego przez Boga. Sam Jezus jako Syn Boży jest
Światłością ze Światłości. To wszystko stawia Chrystusa człowieka  na granicy Jego Bóstwa w niepojętym dla nas zjednoczeniu
dwóch natur. Granica między niebem a ziemią przebiega przez samego Chrystusa. Jest po prostu w Nim.
Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: "To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!".
Obłok jest w Starym Testamencie znakiem obecności Boga. Trzeba widzieć w Jezusie Chrystusie święty namiot, w którym jest
obecny Bóg.  Znamienne, że ten obłok otoczył Apostołów. Człowiek jest zaproszony do przebywania w obecności Boga.  Jest
to możliwe dzięki Chrystusowi, co niezmiernie dobitnie podkreślił Niebieski Ojciec. Jego głos rozległ się podobnie jak nad J
ordanem z istotnym dodatkiem: Jego słuchajcie!  Wtedy przy chrzcie Jezusa to On był głównym adresatem, teraz na Górze
Tabor są nimi Apostołowie i my. Zawarty w wypowiedzi Ojca Niebieskiego imperatyw, jest dodatkowo wzmocniony następującą
 wizją:
A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim.
Rozmawiają z Jezusem zmarli na ziemi, a żywi w Bogu patriarchowie Izraela: prawodawca Mojżesz i prorok Eliasz. Pierwszy
wpisany w naturę ludzką dekalog wnosi imperatyw, który może być właściwie rozumiany jako droga do wolności i szczęścia t
ylko w kategoriach miłości. Obecny na Górze Tabor św. Jan zapisze w swym liście: Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest
miłością (1J 4,8); Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim (1J 3,24).  Drugi, Eliasz wskazuje na Chrystusa,
jako na tego, którego wszyscy prorocy zapowiadali. I znowu Jan wyzna: Jeśli ktoś wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym,
to Bóg trwa w nim, a on w Bogu (1J 4,15).
Na tym kończy się objawienie na Górze Tabor. Apostołowie z Chrystusem schodzą do normalnej, ziemskiej rzeczywistości.
Schodzimy i my. Ważne, żeby być z Nim. Głosić Go nie przez rozpowiadanie sensacji, ale przez życie polegające na świadomości
 Jego obecności i zgodne z Jego nauką.
Po co ta życiowa wspinaczka?
Gdy stanę na szczycie góry swojego życia, mniejszej, czy większej, ważne, by być wtedy z Chrystusem.  Trzeba więc z Nim się wspinać, bo tylko z Nim wejdę w rzeczywistość odwiecznej miłości Ojca, Syna I Ducha Świętego w odwieczny dialog miłości, którego tak bardzo potrzebuję. To jest jedyny szczyt, z którego nie będę musiał schodzić! Dialog, którego nie będę musiał kończyć!
                                                                                    Ks. Lucjan Bielas
 
 
Czy chcesz, aby aniołowie usługiwali Tobie?
(Mt 4,1-11)
Bóg dopuszcza do nas dwie pozaziemskie rzeczywistości: szatana i aniołów. To od nas zależy, z którą z nich wchodzimy
we współpracę. Dziś sam Chrystus zaprasza nas na bardzo konkretne ćwiczenia, przez które sam przeszedł, mogące
wiele zmienić w naszych relacjach i skuteczności naszych działań. Jest to droga dla tych, którzy mają odwagę wyjść
z Nim na pustynię.
Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła.
To początek jednego z kluczowych fragmentów opisujących przygotowanie się Jezusa do wypełnienia misji. Nie było świadków
kuszenia Jezusa przez szatana, jednak waga tego wydarzenia dla każdego z Jego uczniów była tak duża i ponadczasowa,
że zapewne sam Mistrz o nim opowiedział.
A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód.
Kuszenie nie mogło dotyczyć Boskiej natury Jezusa. Szatan kusił Go jako prawdziwego Człowieka. Jezus w swej ludzkiej
naturze pozwolił napełnić się Duchem Świętym, a jako prawdziwy Człowiek podjął post. W tym napełnieniu się Boską
rzeczywistością Jezus był tak zanurzony, że długi czas upłynął, zanim wreszcie poczuł głód.
Napełnienie Duchem Świętym i post to dwa fundamentalne elementy niezbędne w przygotowaniu się człowieka na
spotkanie z szatanem, które jest wpisane w naszą ludzką misję i nie może ominąć nikogo. Pamiętać należy, że dotyczy
to spotkania człowieka z mocą i inteligencją o wiele przewyższającą moc i rozum człowieka. To spotkanie z wytrawnym znawcą
 natury ludzkiej, kłamcą, który w celu oszukania nas, nie waha się użyć najbardziej wyrafinowanych sposobów.
Napełnienie Duchem Świętym to takie otwarcie się na Słowo Boga i pokochanie Go, aż do przeniknięcia Nim całego człowieka.
Post to dobrowolna rezygnacja z tego, co dobre, by dobrowolnie nie poddać się temu, co złe.
Bez zastosowania tych środków, nasze spotkanie z diabłem będzie miało żałosny przebieg. Tego gracza nie wolno
lekceważyć! Kompletnie nie rozumieją tego ci, którym Biblia pokryła się grubą warstwą kurzu, a wstrzemięźliwość
w piątki i zachowanie postu w Środę Popielcową i Wieli Piątek, stało się zamierzchłym, niezrozumiałym 
i nie praktykowanym zwyczajem.
Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: „Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem.
Pierwsze, co padło ze strony diabła, to podanie w wątpliwość synostwa Bożego Jezusa, jasno objawionego podczas chrztu
w Jordanie. Jest rzeczą znamienną, że w Raju wąż zaczął kuszenie Ewy od słów: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział?” (Rdz 3,1).
 Diabeł, mistrz kłamstwa, prowokuje i wystawia na próbę. Jego celem jest odłączenie człowieka od jedności z Bogiem. Środki,
których używa, to między innymi sianie wątpliwości i pobudzenie niezdrowej ambicji człowieka.
Lecz On mu odparł: „Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych”.
Jezus nie dał się sprowokować. Ucina sprawę krótko. Warto zauważyć, że jest jedynym, który może z diabłem dyskutować
i to mając pewność, że go pokona. Jezus rozmowę kończy od razu, stanowczo dając diabłu jasną, krótką odpowiedź. Dlaczego?
 – Bo chce nam pokazać, że z szatanem się nie dyskutuje. Trzeba mieć jednak w ręku mocny argument. Nie wystarczy
ograniczyć się do powiedzenia: nie, bo nie. Gdzie tego argumentu szukać?
Jezus korzysta z tego, co: „jest napisane” i akcentuje złożoność ludzkiej natury składającej się z tego, co duchowe i z tego,
co cielesne. Dla ciała ważny jest chleb. Dusza potrzebuje pokarmu, którym jest Słowo Boże. Trzeba nieraz ograniczyć chleb,
by dostrzec Słowo. Tacy po prostu jesteśmy.
Słowo Boże jest pokarmem wspólnym człowiekowi i aniołom. Diabeł – upadły anioł zna Słowo, ale go nie przyjmuje.
Tak jak chleb podtrzymuje życie ciała człowieka i daje mu siłę, tak Słowo Boga jest ważne dla podtrzymania życia duszy
i daje jej moc, daleko przekraczającą to, co ziemskie.
Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: „Jeśli jesteś Synem Bożym,
rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o Tobie, a na rękach nosić Cię będą, byś przypadkiem
nie uraził swej nogi o kamień”.
Diabeł sprowadza swoją ofertę niemal do absurdu – skok w przepaść, niepotrzebne narażenia swojego życia. W swym
wyrafinowaniu posługuje się słowami Psalmu 91,11nn., w którym natchniony autor mówi o opiece, jaką Bóg zapewnia
 człowiekowi wierzącemu. Te słowa padają na dodatek w świętym mieście i na świętym miejscu.
Odrzekł mu Jezus: „Ale jest napisane także: "Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”. Słowa te pochodzą
 z Księgi Powtórzonego Prawa (6,16) i nawiązują do wydarzenia na pustyni, kiedy to Izraelici próbowali z opłakanym
skutkiem, wystawić Boga na próbę (Wj 17,7).
W walce o człowieka, podwyższony na Drzewie Krzyża Jezus rzucił swoje ludzkie życie w przepaść śmierci. Nie był to akt
wystawienia Pana Boga na próbę, lecz akt bezgranicznego zaufania Niebieskiemu Ojcu. Nie chodziło o popis, ale o życie.
Nieustannie jesteśmy narażeni na ryzyko. Jest takie ryzyko, w które nigdy nie wolno nam wejść. Jest też ryzyko, które
musimy podjąć. Zarządzanie ryzykiem to jedna z najważniejszych umiejętności każdego z nas.
Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego:
„Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon”.
Zapewne z nikim wcześniej, ani też z nikim później, diabeł tak nie postąpił. Wiedział doskonale, że Jezus nie jest zwyczajnym
cieślą z Nazaretu, ale Kimś zdecydowanie większym, Kimś, na którym zwyczajna błyskotka nie zrobi wrażenia. Dlatego
też zaoferował wszystkie królestwa świata.
Diabeł nie jest bytem doskonałym. Nie tylko nie posiadał pełnej wiedzy o Chrystusie, ale również jego świadomość o posiadaniu
 przez niego królestw tego świata była fałszywa. To Bóg jest stwórcą i właścicielem wszystkiego. Ponieważ ludzie często do
władzy i do bogactwa dochodzą nieuczciwymi drogami, czyli upadając przed diabłem, w jego szatańskiej wyobraźni mogło
powstać przekonanie, że jest panem tego świata. Udało mu się z dużą skutecznością przekonać wielu ludzi do fałszywego
twierdzenia, że – kto jest bogaty, wszystko może. W tym całkowitym przekłamaniu, któremu jak zwykle nadał wszelkie pozory
prawdy, diabeł przystąpił do Jezusa.
Na to odrzekł mu Jezus: „Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon
i Jemu samemu służyć będziesz”.
Pan Jezus posłużył się tekstem objawionym z Księgi Powtórzonego Prawa (6,13). Nie dał zwieść się iluzji. Upadłszy
przed diabłem, uznałby w nim swego Pana. Szatan nic by nie stracił, a zyskałby nowego niewolnika – Jezusa.
Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu.
Tak oto, dotykamy sedna. Jeżeli wygram z szatańską pokusą, Bóg pośle mi aniołów, aby mi usługiwali. Warto, po prostu, warto!
                                                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas
 
 
Koniec teatrzyku „ewangelicznej miłości”!
Byłem zbudowany i podniesiony na duchu, kiedy dotarło do mnie, że w różnych szkoleniach biznesowych, mówi się o przebaczaniu, darowaniu uraz, o nadstawianiu drugiego policzka, o dawaniu temu, który ci zabiera, o pójściu drugich tysiąca kroków. Było mi już mniej przyjemnie, kiedy zrozumiałem, że cały ten „teatrzyk ewangelicznej miłości” jest tylko i  wyłącznie zewnętrzną grą, mającą na celu „pozyskanie i nie utracenie klienta”. Tak jak w dawnych renomowanych firmach handlowych uczono aktorstwa miłości i szacunku subiektów, dziś przeszło to na inny poziom i za inne pieniądze. Problem był po prostu zawsze.
Dziś Pan Jezus chce nam wszystkim, posługującymi się tymi narzędziami, tą inżynierią miłości, powiedzieć: bądź w tym szczery. Dotyczy to nas wszystkich, również i tych, a może przede wszystkim, którzy uważają się za pobożnych.
Co to znaczy szczery?
„A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych”. Tego się już zasadniczo na szkoleniach biznesowych nie mówi. Jest to wielka nieuczciwość, którą Bóg w swoim czasie rozliczy.  Sprawa dotyczy wartości fundamentalnej, a mianowicie wewnętrznego ładu, przejrzystości i najwyższej skuteczności działania.
Teatrzyk miłości klienta ma swój szklany sufit. W pewnym momencie klient odsłania kulisy i dostrzega nagą prawdę. Odchodzi z odrazą. Nie grozi to tym, którzy mimo wszystkich wewnętrznych trudności przełamują wraz z Chrystusem, barierę nienawiści i można powiedzieć po ludzku, słusznego gniewu.
Zysk jest ogromny. Po pierwsze człowiek o takiej postawie nie musi się bać, że ktoś zaglądnie „za kulisy”.  Po drugie umocowany jako syn w Ojcu Niebieskim, dostanie w miarę potrzeb, najwyższą dotację.
Jak to osiągnąć w praktyce w świecie, który boi się takich postaw i wręcz je nienawidzi? Jak to osiągnąć w sytuacji, kiedy mnie rzeczywiście uderzono w twarz?
Sam Jezus pokazał, jak należy rozumieć Jego naukę. Kiedy to podczas przesłuchania przed Annaszem, sługa arcykapłana spoliczkował Chrystusa, Ten nie przyjął postawy naiwnego cierpiętnika, lecz rzekł bijącemu: Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz? (J 18,23). Jezus przez całą swoją mękę zachował przejrzystą postawę godności i niezamykania serc innych.
Dlaczego?
Bo Jezus kocha każdego człowieka i myśli dalej niż śmierć. Zwycięstwo zła było pozorne, a sami oprawcy czuli się pokonani. Przez to, że żadnego z nich nie obraził, każdemu zostawił otwartą drogę powrotu. Niestawianie oporu złemu, to nie zgoda na zło, to nie jego akceptacja, to nie ogłoszenie klęski, lecz sięgnięcie do najbardziej skutecznego oręża. I co istotne – nie zabija ono międzyludzkich relacji, które są nieskończenie ważniejsze niż dobra materialne czy ludzkie ambicje. Znakomicie ujął to św. Paweł w Liście do Rzymian: Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj! (12,21)
Na tym polega świętość. Czy mnie na nią stać?                                                     
                                                                                Ks.. Lucjan Bielas  
 
Czy można być dziś sprawiedliwym?
Jest sprawiedliwość Boga, jedyna i prawdziwa. Tylko On jest sprawiedliwy, jako że tylko On ma pełnię danych o nas wszystkich.
Ta sprawiedliwość jest związana z całą prawdą. Bóg z miłości nas stworzył i nieskończenie każdego kocha, dlatego jest całkowicie bezstronny. Nie ma sprawiedliwości bez miłości.
Jest sprawiedliwość uczonych w Prawie doktorów. Im stróże prawa bliżej są Boga i Jego sprawiedliwości, tym lepiej dla nich i dla
tych, których sprawy rozstrzygają. Jeśli rządzi zaś nimi egoizm i materializm, zaopatrzeni w wiedzę stają się najgorszymi przestępcami.  Mając bowiem w ręku literę prawa, zatracili jego ducha. Ponieważ pełnią w społeczności rolę arbitrów i wzorców, ich odpowiedzialność jest zdecydowanie większa. Jezus ostrzega nas: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych
w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
Jest sprawiedliwość tłumów, wyrażana krótkim – „dziś wszyscy tak robią”; - „czasy się zmieniły i dziś nikt tak nie postępuje”.
Punktem odniesienia tej sprawiedliwości jest otaczający nas świat z szeroko rozumianą modą, której trzeba koniecznie ulec.
Jest też sprawiedliwość moja, budowana na zasadzie:  „ja uważam”; „moim zdaniem”, Ta sprawiedliwość, powstała na subiektywnym doświadczeniu życiowym, ma na celu moje doczesne dobro i wygodę, niezależnie od tego, jaką cenę poniosą inni i jakich metod trzeba będzie użyć, aby osiągnąć własne cele.
Dziś, a może szczególnie dziś, Jezus domaga się od nas trwania w Bożej sprawiedliwości. Mamy udział w niej przez zachowywanie Bożych przykazań i to nie według swojego widzimisię, ale tak jak On to widzi. A On chce, aby nasza droga do sprawiedliwości rozpoczynała się w naszych sercach, czyli w naszych decyzjach sumienia. Zabójstwo zaczyna się w gniewie i braku przebaczenia, cudzołóstwo, w myślach nieczystych, krzywoprzysięstwo i kłamstwo w braku uporządkowanej relacji z Bogiem, Dobrem Najwyższym. To wszystko zaczyna się więc w naszych głowach i naszych sercach.
Jak przejść przez świat tak różnych ludzkich sprawiedliwości będąc umocowanym w Bożej?
Po pierwsze to codzienne rachunki sumienia. Każdy dzień to  jak projekt, który powinno się mądrze otworzyć i zamknąć.  Tu jest najgłębszy sens modlitwy porannej i wieczornej. Niewielu niestety to rozumie. Wieczorem zaś warto w modlitwie przeprowadzić sensowny rachunek sumienia. Warto niejako ze skanować dzień opierając się o Boże prawo i zobaczyć siebie w Jego prawdzie i Jego miłości.
Po drugie, to bezwarunkowe przebaczenie wszystkiego wszystkimJak się tego nie robi systematycznie,  nie będzie
się nigdy wolnym i sprawiedliwym człowiekiem.
Podając swoim uczniom tekst podstawowej modlitwy Ojcze nasz, Jezus akcentuje w bardzo mocny sposób przebaczenie winowajcom: …i przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili (Mt 6,13). Podkreślając rangę przebaczenia, dodaje z całą stanowczością: Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski. Lecz jeśli nie przebaczycie ludziom i Ojciec wasz nie przebaczy wam waszych przewinień (Mt 6,14-15). Rzecz więc idzie o najważniejsze – od naszego przebaczenia winowajcom (nie dobrodziejom) zależy nasza relacja z Ojcem Niebieskim (por. przypowieść o nielitościwym dłużniku
Mt 18,23-35). Tak więc dotykając Bożej sprawiedliwości, dotknijmy przez przebaczenie również Jego miłosierdzia.
                                                                                                                     Ks. Lucjan Bielas
 
 
Potęga mniejszości.
Kiedy w Norymberdze 10 września 1934 roku kończył się wielusettysięczny  VI zjazd partii NSDAP, w 19 miesięcy po przejęciu
 władzy, jej przywódca Adolf Hitler wygłosił porywające przemówienie. Zawarł w nim bardzo ciekawe spostrzeżenie. Na początku
parta liczyła 7 członków, ale były dwa fundamentalne założenia. Po pierwsze jasny i jedynie prawdziwy światopogląd
narodowego socjalizmu, po drugie bezkompromisowe działanie w kierunku przejęcia władzy przez partię, jako jedynej siły i
jednoczącej siły w Niemczech. Dał zaraz też do zrozumienia, że przy pomocy tych dwóch narzędzi, mniejszość, pozostając
dalej mniejszością,  może zarządzać większością, jako że najbardziej cenne wartości są w mniejszości gotowej
do poniesienia największych ofiar.
W niepodważalną prawdę o roli mniejszości w społeczeństwie został włożony diabelski światopogląd i podłe cele,
a w konsekwencji największy dramat ludzkości.
Chrystus dziś zaprasza nas do budowania Jego mniejszości, na Jego zasadach, a nie szatańskich. Hitler kiedyś,
ochrzczony, tę mniejszość opuścił, aby budować swoją. Przegrał, ale diabeł za wygraną jeszcze nie dał i problem istnieje do dziś.
Zastawiony stół, a na nim świecznik i paląca się lampa. Wkoło oświetlone, pełne wyrazu twarze. I sól, by to, co podano, miało
smak. I Jezus, który mówi do swoich uczniów:
Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na
wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.
Jesteście solą, a nie zupą. Wystarczy jej odrobina, aby potrawa nabrała smaku. Jak ważna jest sól, by konserwować
pożywienie tak potrzebne dla życia. Sól jednak ma swój określony czas – zwietrzała nie nadaje się już do niczego.  
Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia
pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu.
Jesteście światłem dla świata – czyli nie tylko dla swoich. Światło jest uniwersalne, jest dla wszystkich. Wystarczy niewielki
płomyk, który złamie ciemność, a ludziom umożliwi działanie i komunikację. Ale musi płonąć i być wzniesiony. I trzeba
pamiętać, że światło też ma swój czas.
Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.
Niewielu ma być światłem dla wielu. Światłem, a nie pożarem. Nie można koncentrować uwagi na sobie jak fajerwerki czy
sztuczne ognie, bo nic z nich nie pozostaje. Tak jak soli samej jeść się nie da – nikt też nie wychwala soli, tylko potrawę – tak
też i nie podziwia się światła, tylko dzieła, które w nim się dokonują. I tak wychwalany jest Bóg, a nie światło i sól. On
jest źródłem światła i On nadaje soli smak.
A „świecić” i „solić” uczeń Jezusa może tylko przez dobre uczynki. Z jednej strony widoczne jak miasto na górze,
z drugiej wykonywane jak niepozorna służba świecy i soli. Jest to genialne porównanie Jezusa, który przez całe swoje
wcielenie pokazał, jak to ma wyglądać w życiowej praktyce. Tego porównania światła i soli nie wolno od Niego oderwać.
Aby było wszystko jasne od samego początku, Jezus oznajmił swoim uczniom prawdę, aktualną do dzisiaj: Każdy
Jego uczeń jest powołany zarówno do bycia w mniejszości, jak i do bycia liderem, bycia jak światło i sól.
 
                                                                                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
Warto dobrze się zestarzeć
Rodzice Jezusa, w końcu nie głupi, mogli sobie powiedzieć, skoro mamy prawdziwego Boga we własnym domu, to po co
nam świątynia? Po co nam przepisy prawa, kiedy to  Ustawodawca jest na naszych dłoniach? Wielu bez takiego argumentu
w ręku, dochodzi do przekonania, albo po prostu z lenistwa tak żyje,  że ani świątyni, ani przepisów religijnych nie potrzebują.
Tymczasem Maryi i Józefowi nie przewróciło się w głowie.  Znali prawo i postanowili zgodnie z jego literą udać się do Jerozolimy,
do Świątyni, aby uczynić to wszystko, co Bóg przez Prawo polecił.  A tu doszło do spotkania, które młodej matce Maryi utkwiło
na całe życie w głowie i w sercu. Kiedy wraz ze św. Józefem byli w Świątyni, aby ofiarować Niebieskiemu Ojcu pierworodnego Syna, Duch Święty przyprowadził dwoje staruszków: Symeona i Annę. Są nieraz takie staruszki, których ze świątyni wyrzucić się nie
da. Przez lata wrastają w nią, a przede wszystkim wrastają w relację z Tym, który jest Gospodarzem tej przestrzeni.  Różne trudne koleje życia, nieraz własne życiowe błędy, leżą u początków tej relacji. Tak bardzo w Bogu pokładają nadzieję, że nawet trudne doświadczenie brudów tego świętego miejsca i gorszącej postawy sług, nie jest w stanie ich zrazić. Ich można zasmucić, ale nie zgorszyć, urazić, ale nie wyrzucić. Niektórzy, ze sług świątynnych widzą w nich tylko stały dopływ grosza, wprawdzie niewielkiego,
ale stały. Tolerują ich, ale ich nie słuchają i czasu dla nich nie mają. Nieraz nawet ich nie widzą, zapominają, że są, bo są stale,
jak filar w świątyni. Bóg jednakowoż o nich pamięta, Bóg ich kocha, prowadzi i strzeże.
Sprawiedliwego i pobożnego Symeona, starca, który wyczekiwał Mesjasza, Bóg przyprowadził do Świątyni właśnie wtedy,
 gdy Rodzice wnieśli Jezusa. Wziął dziecko w ramiona i pod wpływem Ducha Świętego wypowiedział słowa, które są genialną
syntezą misji Jezusa i określeniem sensu ludzkiego życia: "Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według
Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie
pogan i chwałę ludu Twego, Izraela".
A zwracając się do Maryi, dodał słowa, które musiały Nią mocno wstrząsnąć, bo  precyzowały jej życiową misję: "Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz
przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu".
Te słowa są powtarzane w modlitwie wieczornej Kościoła przez wszystkich odmawiających liturgię godzin w tzw. komplecie.
U progu ciemności nocy, niepewni światła poranka w Jezusie widzą światło, które nigdy nie zgaśnie.
Warto może o mądrości starca Symeona pamiętać, a kiedy Bóg da jeszcze jeden dzień, to wzorem prorokini Anny, pierwszej
apostołki, z mobilnością języka starszej damy, mówmy o Nim wszystkim.
 
 
                                                                                             Ks. Lucjan Bielas                                      
 
 
Sieci
 Sean Parker, współtwórca Facebooka w jednym z wywiadów opisując intencje towarzyszące powstawaniu tej sieci komunikacyjnej i sposób programowania przez nią społeczności, stwierdził między innymi: „Bóg jeden wie, co stanie się mózgami naszych dzieci”.
Facebook jest komunikatorem, którym posługuje się w skali miesiąca prawie 2 miliardy ludzi, z których każdy poświęca dziennie
ok. 50 minut swego najbardziej intensywnego czasu. A przecież, to tylko jeden z komunikatorów, to tylko jedna z zarzuconych na nas sieci.Jesteśmy spętani różnego rodzaju sieciami reklam, finansów, komunikacji, informacji. Jesteśmy spętani sieciami struktur gospodarczych, politycznych, społecznych i całym ogromem drobniejszych pajęczyn. Im bardziej siedzimy w jakiejś sieci, tym mocniej słyszymy, że jesteśmy w wymarzonej dla nas sytuacji, która gwarantuje nam najwyższego rodzaju bezpieczeństwo i wolność.
Tymczasem prawda jest inna. Straciliśmy wolność, tożsamość i tracimy czas i pieniądze. Wiemy, że całkowicie nie możemy z tego wyjść. Co możemy więc zrobić, aby zachować siebie, nie zgubić celu życia i nie pozbawić się skuteczności działania?
 Scena znad brzegu Jeziora Genezaret, opisana w dzisiejszej Ewangelii,  przeszła do historii świata. Jezus nawołujący do zmiany sposobu myślenia, rozpoczynając budowę królestwa niebieskiego na ziemi, przychodzi do niewielkiej firmy rybackiej. Ci, którzy ją stanowili Piotr i jego brat Andrzej, Jakub i jego brat Jan, usłyszeli od Niego niezmiernie proste słowa zaproszenia: „Pójdźcie za Mną,
a uczynię was rybakami ludzi”. Skuteczność tych słów i moc przekonująca Tego, który je wypowiedział, okazała się ogromna.
Zostawili swoje sieci, swój wykonywany zawód i swoje domy.  Zostawili swoje sieci i te dosłownie rozumiane i te w przenośni, które dawały im dotychczasowe fundamentalne poczucie  bezpieczeństwa i poszli za Nim. Będąc wcześniej uczniami Jana Chrzciciela, pokazali, jak bardzo zależy im na stworzeniu relacji z Bogiem. Jezus zaprasza ich dokładnie do zbudowania jej i do pomocy innym
w jej budowaniu. Jest w tej Ewangelii niesłychanie mocna symbolika sieci. Zostawili więc te rybackie, a mają tworzyć nowe, aby
łowić ludzi, nie dla siebie, dla swoich interesów, lecz dla Boga.
Ta sieć wolności tworzy się przez pójście za Nim. Przez posiadanie go w zasięgu wzroku, w polu widzenia. Słuchać Jego głosu
i być Mu posłusznym.
Ta relacja to podstawowy węzeł sieci. Jest nią Królestwo niebieskie. Jedynie bezpieczna sieć, w której paradoksalnie będziesz prawdziwie wolny. Przez doświadczenie człowieczeństwa Jezusa stworzyć relacje z Jego Bóstwem.
 Chcesz mi teraz powiedzieć, że tego nie rozumiesz, że to wygląda na  kolejną  manipulację, a tego masz już dosyć. I chcesz mi
jeszcze powiedzieć, tak jakbym o tym nie wiedział, że w Kościele Chrystusowym jest dość ludzkich sitw i matactw. Jeśli jednak stworzysz prawdziwą relację z Jezusem, to pamiętaj, przebijesz się przez wszystko! Dla Niego przecież nie ma rzeczy niemożliwych!
„I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu”.
 
 
                                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas
  
 
Śmiertelni i nieśmiertelni
W raju, po grzechu Adam i Ewa poczuli, że są nadzy, a słysząc kroki nadchodzącego Boga, szukali kryjówki w krzakach
(por. Rdz 3, 7nn).  Nie ma takich „krzaków”, z których grzesznik, wcześniej, czy później nie będzie musiał wyjść, stanąć
przed Stwórcą w całej swej okazałości i skonfrontować się z Prawdą.
Dzisiejsza Ewangelia rozpoczyna się od znamiennych słów: „Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: "Oto Baranek
Boży, który gładzi grzech świata”. To zupełnie nowa sytuacja.  Jan tak jak my wszyscy, potomek Adama i Ewy, wie doskonale,
kim jest Ten, który do niego podchodzi. Wie, że jest to Mesjasz, Syn Boży, który zapowiadany przez ofiarę paschalnego baranka
dokona dzieła odkupienia. Tak więc człowiekowi, który wyjdzie z „krzaków” swojej hańby, Jezus odbierze grzech, pod warunkiem,
że grzesznik na to Mu pozwoli. Tym samym przywróci mu godność i da mu nowe życie, które jest poza kategorią śmierci.
Stwierdzenie Janowe: „ja Go przedtem nie znałem” zdaje się sugerować, że choć od dzieciństwa znał wyjątkowość swojego
Krewnego, to jednak Jego Bóstwo i moc Jego chrztu zostały mu objawione później. Widać ewolucję, która przez poznanie i osobiste spotkanie prowadzi do konkretnej życiowej postawy: „Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”. Dał je do końca,
do swojej śmierci.
W życiu każdego z nas następują różnego rodzaju procesy. Lepiej, czy gorzej widzimy kroczącego w naszym kierunku Jezusa. Nieraz
się przed Nim chowamy, uciekamy, rzucamy w Niego kamieniami, kpimy, udajemy, że jest nam kompletnie obojętny i niepotrzebny. Grzech jest jednak grzechem i żaden uczony, nawet ten legendarny amerykański, sumienia nam nie wyczyści. Żaden informatyk z grzechu nas nie „odwirusuje”. Śmierć zaś jest śmiercią i nawet najbardziej zadziorny buntownik bogiem się nie stanie, choć teksty
głosi takie, jakby nim był.
Szczęśliwy ten światopoglądowy bokser, który tknięty łaską nawrócenia, którą zdecyduje się przyjąć, zdobędzie się na odwagę zmiany swojego życia. A świadomy swojego chrztu w Duchu Świętym, uklęknie na Mszy św. a kiedy ujrzy podniesioną Hostię i usłyszy słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata…” powie tak po prostu szczerze, jak niedowierzający Tomasz „Pan mój i Bóg mój”
(J 20,28).
 
 
                                                                                                Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
Jezus jest największym i najświętszym grzesznikiem w dziejach świata.
Chrzest Pana Jezusa w Jordanie jest tym momentem, w którym Jezus bierze na Siebie wszystkie grzechy wszystkich okresów całego świata. Bierze na siebie i moje grzechy i ten pierworodny i wszystkie inne z całego mojego życia.
Dlaczego to, ten moment?
Chrzest Janowy był chrztem nawrócenia, był dla grzeszników i jego siła tkwiła w tym, co miało się dokonać przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Jezus Jest prawdziwym Człowiekiem i prawdziwym Bogiem i Jego ofiara „bilansuje” grzechy,
bo On tak chciał.  Jan nie wiedział, jak Jezus tego dokona, ale wiedział, że to Jezus jest Zbawicielem. Wiedząc z Kim ma do czynienia,
 z całą ludzką logiką wzbrania się przed chrztem Jezusa. Ten jednak decyduje inaczej.
Przez wejście w wody Jordanu i przyjęcie chrztu Janowego Jezus, który był jedynym człowiekiem sam z siebie bezgrzesznym, przyjął
 na siebie grzechy nas wszystkich. Wypełniły się tak słowa proroka Izajasza: „Pan włożył na Niego nieprawości nas wszystkich”.
Ciekawego spostrzeżenia dokonał Sługa Boży, ks. bp Jan Pietraszko. Nigdzie w Ewangelii nie mamy wzmianki o tym, że Chrystus się śmiał. Tłumaczy to faktem, że człowiek, który ma świadomość grzechu się nie śmieje. Grzech, jak pisze, „jest przerażająco smutny”
i „kładzie się cieniem na naszej świadomości”. On wziął to wszystko na siebie i dlatego możemy o Nim powiedzieć, że jest największym i najświętszym grzesznikiem w dziejach świata.
Ojciec Niebieski nie zostawia Syna samego. W momencie chrztu, w momencie ludzkiej decyzji  Jezus ma doświadczenie otwartego
nieba i niesamowitego wsparcia Boga, który jest Trójjedyny. Przez swoje dzieło wprowadzi do Boskiej rzeczywistości naszą ludzką naturę. To niesamowita scena, tak bardzo dla nas śmiertelników ważna. Jezus i tylko Jezus wprowadzi mnie słabego śmiertelnika w nieskończoną Boską naturę. Jakże ważny, w tym kontekście jest mój chrzest, przełożony na życie, będące jego świadomą aprobatą.
Tak buduje się przez Jezusa relacja z Bogiem, dająca najwyższej rangi poczucie bezpieczeństwa i zapewniająca  nadzwyczajną skuteczność, nawet tam, gdzie po ludzku jest już tylko mur.
Warto o tym pomyśleć w czasach, kiedy tylu biedaków, którzy przez chrzest zaokrętowani są w Kościele, płynąc po falach tego świata, nagle stwierdza, że: nie podoba im się kapitan, oficerowie są do niczego, zasady żeglugi przestarzałe, współpasażerowie denerwujący, kadłub dziurawy, a więc bezsens dalej w tym tkwić. I zamiast  ratować okręt i wraz z jego właścicielem Jezusem, intensywniej się o niego zatroszczyć, zagniewani i wzburzeni bardziej niż otaczające morze, wyskakują za burtę w nadziei, że sami jakoś i gdzieś dopłyną, że wystarczy im ludzkiej wiedzy i ludzkich sił.  
Szkoda: zapominają o tym, że Kościół jest jedynym okrętem na morzu tego świata, który nie zatonie i jedynym, który dopłynie do portu.
 
                                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
Rozum, serce, wiara.
 Musieli być z bardzo daleka i bardzo zakręceni w nauce, bo radośnie weszli w paszczę lwa, w obszar bezpośredniego zagrożenia ze strony jednego z najniebezpieczniejszych ludzi swojej epoki, Heroda Wielkiego. Pytać króla, który władzę przedkładał ponad wszystko i był dla niej gotowy zabić dosłownie każdego o to, gdzie narodził się nowy król żydowski, było szczytem braku orientacji. Może jednak właśnie to, ich uratowało? Musiało też być coś niezwykłego w owych „Mędrcach ze Wschodu”, skoro zostali przyjęci w tak niezwykły sposób przez żydowskiego władcę, który z byle kim się nie liczył. Niezmiernie inteligentny Herod wiedział jak się zachować w dość nietypowej sytuacji,  kogo zapytać i w jaki sposób zastawić pułapkę, której skuteczność była niemal gwarantowana.
To nie tylko głód wiedzy, fascynacja zjawiskiem, pragnienie poznania naukowej prawdy, ale jeszcze coś więcej kazało Mędrcom opuścić Jerozolimę i udać się w dalszą podróż. Prowadzeni nie tylko gwiazdą, która znów się pojawiła, ale i słowem Bożym odczytanym przez uczonych w Piśmie docierają do Betlejem, gdzie miał przyjść na świat Mesjasz. „Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę”. To, co się wydarzyło, było już poza rozumem. Doświadczenie tego domu zwaliło ich z nóg. Upadli oddając Dziecięciu Boską cześć. Złożone zaś dary świadczą o ich przekonaniu, że mają do czynienia z Bogiem, Królem, Kapłanem i Ofiarą. Bóg, widząc ich ogromny trud, pokorę intelektu i czyste serce dał im łaskę wiary, która przekracza wszystko. Pan Wszechświata wchodzi z Mędrcami w nową relację. Kieruje do nich swoje słowo, którego wypełnienie będzie gwarantem ich bezpiecznej podróży do ojczyzny.
Kiedy odprawiam Mszę św. i biorę do rąk konsekrowaną Hostię, proszę Ojca Niebieskiego o wiarę Mędrców. Pragnę, aby tak jak oni zobaczyli Boga w  Dziecięciu, zobaczyć Boga pod postacią chleba. Pragnę zawsze słuchać Jego nakazów i chodzić Jego drogami i tak właśnie prowadzić innych  na drodze do wspólnej Ojczyzny, z której wszyscy wyszliśmy i do której wszyscy zdążamy.
 
                                                                                     Ks. Lucjan Bielas
 
 
Słowa, których diabeł nie wypowie.
Choć Egipt nie wypracował spójnej teologii, to mity powstałe w tej cywilizacji zawierały istotne przesłania dotyczące relacji człowieka ze Stwórcą.  I tak np. starożytny Egipcjanin wierzył w ukrytą moc twórczą każdego słowa. W micie o bogu-stwórcy Ptahu z Memfis wyrażano wiarę, że to, co pomyślało jego serce, „język urodził”. Natomiast najwyższe bóstwo słoneczne Re słowem powołało do istnienia innych bogów. Owo słowo uważano za bóstwo oddzielne, zwane Hu. Dlatego też w społeczności Egiptu, pisarz zajmował wyjątkowe miejsce jako ten, który w słowie zawierał moc.
Może teraz łatwiej będzie nam zrozumieć początek Ewangelii według  św. Jana:
„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało”.
W umysłach starożytnych na pewno nie chodziło tu o grę słów, lecz o bardzo konkretną stwórczą rzeczywistość, stwórczą moc zawartą w słowie.
Jakie to Słowo, jaka to Moc?
Bóg jest Miłością, i tak Go rozumie św. Jan. Bóg mówi sam w sobie, w trzech Osobach: Ja Ciebie kocham. Ojciec do Syna, Syn do Ojca, Ojciec do Ducha… Ta Miłość jest nieskończona i nie zamyka się w Bogu. Bóg, stwarzając świat, stwarzając człowieka, stwarzając mnie, krzyczy: Ja ciebie kocham!
A kiedy w swej wolności zawodzimy, wszechmocny Bóg ogranicza się do człowieka Jezusa Chrystusa. Jego imię  Jeszua znaczy  „Jahwe jest zbawieniem”.  I jako prawdziwy człowiek dalej Bóg krzyczy: Ja ciebie Kocham i jestem gotów oddać swoje ludzkie życie dla Ciebie.
A ja? A ja, co na to?
A ja wstydzę się Bogu powiedzieć, że Go kocham, bo co o mnie inni powiedzą?
Dziecku boję się powiedzieć, że go kocham, bo - pedofil.
Kobiecie boję się powiedzieć, że ją kocham, bo…
Mężczyźnie boję się  powiedzieć, że go kocham, bo…
Nawet sam sobie boję się powiedzieć, że siebie kocham, bo…
To nic, że nieraz takie przychodzą myśli, obawy, zahamowania. A ja i tak wiem, że jestem kochany i wolny i dlatego, pomimo wszystkich obaw i lęków, w tym świecie tak bardzo manipulującym słowem i jego mocą, krzyczę na całe gardło:
Kocham Boga i Was wszystkich, a nawet moich wrogów, bo wiem, że to jedyna możliwość uczestniczenia w Boskiej mocy stwórczej.
 
                                                                                     Ks. Lucjan Bielas              
 
100 centymetrów
Zdrowia, stu lat życia i wszelkiej pomyślności, życzymy sobie przy różnych okazjach, również i na Nowy Rok.
Kiedyś przyszedł do mnie mój przyjaciel, Janusz, nasz znakomity jaworznicki hydraulik.  Janusz wyciągnął z kieszeni roboczego kombinezonu metr stolarski, rozłożył go i powiada: popatrz Lucjan 100 centymetrów, jak 100 lat życia.  Tyle sobie życzymy. Tak sobie życzymy, przytaknąłem. Lucjan, ile mamy przeżyte? Obaj byliśmy po pięćdziesiątce, no to odcinamy. Jaka jest średnia wieku mężczyzny w Polsce? Wystarczy spojrzeć na nasze jaworznickie nekrologi. Odcinamy. Co nam zostało do zagospodarowania? Niewiele.
W kilka lat po tej rozmowie Janusz zmarł. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie, porządkował swoje ziemskie sprawy, a czułem, że jest już w innej rzeczywistości, u progu Domu Ojca Niebieskiego.
Życzenia mamy piękne, ale trzeba być odpowiedzialnym realistą i mając jeszcze parę centymetrów w ręce, nie czas na durne pomysły i głupią gadaninę. Dlatego też dziś, u progu Nowego Roku chcemy zobaczyć cel i dobrać właściwe środki.  Zwykle świadomi ziemskiego kresu patrzymy w niebo. Tymczasem Stwórca dał nam swojego Syna. Wraz z Najświętszą Maryją Panną i św. Józefem patrzymy w dół, na małe bezradne Dzieciątko, potrzebujące nieustannej obecności i pomocy drugiego człowieka. Wraz z nimi wierzymy, że będąc z Nim, wcielonym Słowem Boga, towarzysząc w Jego wzroście, współpracując w Jego działalności, uczestnicząc w Jego ofierze, będziemy mieli udział w Jego wieczności. Tak po prostu jest, że Jego obecność w naszym życiu niczego nie komplikuje. Wszystkiemu zaś nadaje właściwe znaczenie i jest źródłem fantastycznego poczucia bezpieczeństwa, niezależnie ile centymetrów mamy jeszcze w ręce.
 
                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas
 
Rodzina z Głową
Józef był głową Świętej Rodziny. To do niego Anioł Pański zwraca się we śnie: „Wstań, weź dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał dziecięcia, aby Je zgładzić”. Józef nie dyskutuje, wie, co ma robić i dlaczego. Nie czekał rana, wstał, zabrał dziecię i Jego Matkę i jeszcze nocą wyruszył do Egiptu. Niebezpieczeństwo musiało być niezwykle poważne, natomiast hasło „Herod” było dostatecznie mocne. Tak rozpoczął się ok. trzyletni okres wędrówki i pobytu Świętej Rodziny w kraju faraonów, wtedy jak cały Basen Morza Śródziemnego, przynależnym do Rzymu.
Józef miał zawód, który pozwalał utrzymać rodzinę wszędzie, był cieślą.  W  oczach starożytnych Greków do najważniejszych fachowców budowlanych należał cieśla – tékton.  Zarówno Homer, jak i żyjący kilka wieków później Platon, ukazywali pracę cieśli, począwszy od wycinki drzew i obróbki drewna, aż po skomplikowane prace przy budowie okrętów, łodzi i oczywiście domów, z ich konstrukcją dachową. Cieśla, według Greków, był człowiekiem o ponadprzeciętnej inteligencji, pracował z drewnem, które uchodziło za materiał niezwykle szlachetny, a przy tym opiekę sprawowała nad nim sama Pallas Atena.
O niezwykłych umiejętnościach cieśli wspomina Księga Mądrości, której natchniony autor krytycznie  ocenia oddawanie talentu i pracy na rzecz obcych bóstw. I choć głowa cieśli jest pełna znakomitych pomysłów, a jego ręce niezwykle sprawne, wyrzeźbione przez niego bóstwo nie jest w stanie pomóc mu w najbardziej podstawowych życiowych problemach (Mdr 13,11-19).
W sam raz, to niebezpieczeństwo nie groziło Józefowi. Charakter pracy cieśli sprawiał, że był on wolnym człowiekiem, który zaopatrzony w narzędzia i świadcząc usługi o wysokiej jakości, pracę mógł znaleźć wszędzie. Całą nadzieję złożył jednak w Bogu, którego Słowo Wcielone, Jezus, zostało właśnie Jemu powierzone.
W Egipcie, szczególnie w Aleksandrii, była duża emigracja żydowska. Dzięki położeniu miasta i posiadaniu portu handlowego, jego mieszkańcy mieli spore możliwości zarówno gospodarczego, jak i intelektualnego rozwoju. Mieli dobrą relację z Jerozolimą, w której posiadali swoją synagogę i  szczodrze obdarowywali Świątynię. Czy Józef z Maryją i Jezusem tam dotarł? - Tego nie wiemy. To, co możemy z całą pewnością powiedzieć, w Ich przypadku, była to emigracja polityczna, a nie zarobkowa. I co bardzo ważne, rodzina była razem. Kiedy więc tylko Bóg, po śmierci „tych, którzy czyhali na życie Jezusa”, polecił Mu wracać, Józef uczynił to natychmiast. „Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w okolice Galilei. Przybył do miasta zwanego Nazaret i tam osiadł”. Ta krótka notatka Ewangelisty, dla historyka starożytnego jest znacząca. Czasy po śmierci Heroda, inteligentnego tyrana były bardzo napięte społecznie, ekonomicznie i religijnie. Młody 18-letni tetrarcha, Idumei, Judei i Samarii (Cesarz nie zaakceptował jego królewskiej godności) nie radził sobie i po 10 latach nieudolnych rządów, został odwołany i skazany na banicję. Ten czas, zbliżony do stanu wojennego  pochłonął tysiące ofiar śmiertelnych.
Józef wracał z Egiptu zapewne na początku panowania Archelaosa.  Miał świetną orientację i uzasadnione obawy. Podjął to, co Bóg mu polecił. 
Jest rzeczą znamienną, że Bóg, troszcząc się o Rodzinę swojego Syna, rozmawiał z Józefem, a nie z Maryją. Uszanował „oprogramowanie faceta”, bo takim go stworzył. I co najważniejsze – Bóg się na nim nie zawiódł!
Paradoksalnie tzw. dzisiejsze czasy są bardzo podobne do czasów Świętej Rodziny i to zarówno w kwestiach religii, ekonomii jak i polityki. Zmieniła się tylko technologia. Jedno jest pewne: społeczeństwo z rodzinami pozbawionymi głowy, nie ma szans na przetrwanie.
                                                                           
                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
Chciałbym być jednym z nich.
Bóg nie jest wieczną samotnością, tylko wirującą przestrzenią Miłości, przestrzenią dawania i brania jednocześnie: Ojciec, Syn i Duch Święty. W tej przestrzeni Miłości jest pomysł na ten świat, jest pomysł na człowieka. A kiedy z tego wiru Miłości człowiek wypadł, bo sam tak zadecydował, to w tym wirze Miłości jest pomysł, aby go nie zostawić samego. Wszechmogąca Miłość sprawiła, że Bóg stał się człowiekiem, Odwieczny stał się przemijającym, Wszechmocny stał się bezbronnym, a wszystko po to, abyśmy Go poznali i pokochali.
Stawiam sobie pytanie: kim chciałbym być w tę Bożonarodzeniową noc?
Odpowiedź mam jasną – pasterzem!
Tym, który czuwa w nocy, bo poważnie i odpowiedzialnie traktuje swoją pracę. Tym, który umie być z innymi. Tym, który poważnie traktuje Boga i Jego słowo. Tym, który gdy niebo się otwiera i Anioł mówi o narodzinach Zbawiciela w Betlejem i o Niemowlęciu owiniętym w pieluszki i złożonym w żłobie, nie zadaje niepotrzebnych pytań, tylko zbiera innych i idzie. A kiedy doświadczywszy otwartego nieba, przekracza próg otwartych drzwi stajenki i znajduje Maryję, Józefa i Niemowlę w żłobie, mówi o tym, co go spotkało i słucha innych i cieszy się i chwali Boga. A potem taki właśnie wraca do swoich zajęć. I dalej mówi i dalej słucha i dalej cieszy się i dalej chwali Boga.
 
 
                                                                                                      Ks. Lucjan Bielas
 
 
Małżeński trójkąt
 
Według prawa żydowskiego, w sytuacji wskazującej na zdradę żony, a dotyczyło to również roku po zaślubinach, a przed
zamieszkaniem razem, mąż miał do dyspozycji dwa narzędzia odwetowe. Pierwszym, najłagodniejszym był list rozwodowy, którym oddalał wiarołomną żonę. Sytuacja społeczna oddalonej i jej dziecka nie były do pozazdroszczenia. Drugim narzędziem, o wiele
bardziej radykalnym,  była pewna forma sądu Bożego, zwana próbą gorzkiej wody. Podejrzana o niewierność narzeczona  musiała
w obecności kapłana,  wypić obrzydliwy napój, którego główny składnik, oprócz wody, stanowił  pył zebrany z podłogi Świątyni.
Jeżeli kobieta po wypiciu zwracała go lub zachorowała, winę jej uznawano za bezspornie dowiedzioną, co równało się wyrokowi
śmierci (por. Lb 5,11-31).Tymczasem Józef, kiedy zastał swą Małżonkę brzemienną, zapanował nad emocjami i znalazłszy trzecie wyjście, postanowił potajemnie Ją opuścić. W opinii ludzi, to on uchodziłby za męża, który nie dotrzymawszy czystości przedmałżeńskiej i ucieka przed konsekwencjami. Taki czyn niewątpliwie uchroniłby Maryję od zniesławienia i napiętnowania w opinii społecznej miasteczka. Józef pokazał, swą decyzją, klasę zapanowania nad sobą, miłości do Boga i Maryi, oraz przewidywania skutków swoich decyzji. Czynnikiem, który niewątpliwie bardzo pomógł Józefowi w podjęciu prawdziwie męskiej decyzji, była sama Małżonka. O klasie Maryi można powiedzieć, cytując błogosławionego malarza Fra Angelico: „zbyt piękna, żeby ją pożądać”. Ten wybitny artysta, uchodzący za eksperta w dostrzeganiu i ukazywaniu piękna, określił w ten sposób typ urody kobiety, który powstaje dzięki obcowaniu
z Bogiem, czystym pięknem i dobrem. Józef,  doświadczając takiego piękna swej Małżonki w chwili próby, na jaką został wystawiony,  
nie zdobył się na to, by podejrzewać Ją o zdradę. W tej przysłowiowej kwadraturze koła zaistniałej sytuacji postąpił sprawiedliwie, zawieszając sąd.Możemy się tylko domyślać, co działo się w Jego głowie i w Jego sercu. Wynik jest nam znany. Ten, który znał całą prawdę o Józefie, Bóg Ojciec powierzył mu swojego Syna i Jego Matkę. Bóg, przez anioła, zaprosił Józefa do wypełnienia powierzonej mu misji: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów”. Pan Bóg wyszedł naprzeciw męskiej logice Józefa i dał  odpowiedź na najważniejsze pytania: skąd jest to dziecko? I jaka jest Jego misja? Ponieważ Józef jest przedstawicielem nas grzeszników, dlatego określenie celu przyjścia Syna Bożego, jako wybawiciela z grzechów, było dla Niego czytelne.
Niezmiernie ważne są słowa anioła: „nadasz imię Jezus”. Bóg w nich darzy Józefa ogromnym zaufaniem, przekazując Mu ojcowską władzę nad Synem Bożym. Józef wziął swoją Małżonkę, a wraz z Nią poczętego Jezusa, do siebie. Warto zauważyć, że  w opinii miasteczka, byli jako ci, którzy nie dochowali czystości. Józef pokazał, że świetnie rozumie, kiedy z ludzką opinią należy się liczyć,
a  kiedy nie. Tak od momentu wyjścia Adama i Ewy z raju, powstał pierwszy sensowny związek małżeński, małżeński trójkąt: mężczyzna, kobieta i Bóg. Rozbity przez grzech, teraz zaistniał na nowo – Maryja, Józef i Syn Boży Jezus. Każdy sakramentalny związek jest takim trójkątem, ponieważ jest zaproszeniem Jezusa do małżeńskiej miłości. I tak powstają trójkąty: Jacek, Irena
i Jezus; Katarzyna, Stanisław i Jezus, Tomasz, Oliwia i Jezus...
W czwartą niedzielę Adwentu tuż przed wigilijnym wieczorem może warto postawić sobie pytanie, czy to rozumiemy? Jeśli
nie, to mamy kłopot, a jeszcze większy kłopot mają dzieci.
                                                                    
                                                                                           Ks. Lucjan Bielas
 
 
Prawdziwy mężczyzna
 
Jest to najbardziej deficytowy „towar” we współczesnym świecie. Mam głębokie przekonanie, że byłoby w naszej rzeczywistości
o 80% mniej głupich pomysłów, idiotycznych rozmów i skandalicznych postaw, gdyby byli prawdziwi mężczyźni. Dotyczy to całego przekroju społeczeństwa na czele z Kościołem. Na tyle długo żyję, a przecież głupi nie jestem, że mogę takie spostrzeżenie jasno
wyrazić. Wydaje mi się, że szkoda czasu na podejmowanie prób zdefiniowania prawdziwego mężczyzny, trzeba go po prostu spotkać, poznać i postanowić takim właśnie być.   Dziś Pan Jezus przedstawia nam swojego krewnego Jana zwanego Chrzcicielem, z którym podął znakomitą współpracę przy projekcie tworzenia Bosko – ludzkiej korporacji, zwanej Kościołem. Dysponuje ona nieograniczonym kapitałem początkowym wypracowanym przez Chrystusa na krzyżu i Jego gwarancją, iż przetrwa wszystkie burze dziejowe. Żadna
 inna instytucja takiej gwarancji nie ma. U jej zarania jest dwóch prawdziwych mężczyzn,  a nie trzciny na wietrze, nie
karierowicze - władzy, wygody i pieniędzy chciwych. Każdy z nich był świadomy swojej misji, każdy był gotowy wypełnić
 ją, aż do śmierci. Nie konkurowali ze sobą, nie porównywali się, lecz idealnie współpracowali w idealnym zjednoczeniu z Ojcem Niebieskim. Na szczególną uwagę zasługują słowa Chrystusa, wypowiedziane do uczniów, których uwięziony Jan Chrzciciel wysłał
z zapytaniem:  „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” Możemy spokojnie przypuszczać, że to
pytanie nie było w głowie Jana, lecz odczytał je w głowach swoich uczniów. Jezus, nawiązując do księgi Izajasza, odpowiada, nie Janowi, ale przybyłym uczniom:  „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”.Przy tej okazji Chrystus wskazuje wielkość Jana, tak swoim współczesnym, jak i nam, mówiąc -  „On jest
tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela”.  Jezus kończy swoją wypowiedź zdaniem, które może w nas rodzić pytania:   „Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”. Zdanie to, staje się bardziej zrozumiałe wtedy, kiedy to uświadomimy sobie różnicę między chrztem Janowym a Chrystusowym. Jan, będąc ostatnim prorokiem Starego Przymierza, przygotowuje powierzonych mu ludzi na przyjście Mesjasza. Jego chrzest w wodach Jordanu jest chrztem nawrócenia, zmiany sposobu myślenia polegającej na życiu według prawa Bożego. Chrzest Jezusa na bazie owego nawrócenia idzie dalej. Jest to chrzest Duchem Świętym i jako taki staje się źródłem nowego życia w  zjednoczeniu ze Stwórcą, które daje śmiertelnemu człowiekowi, wieczną perspektywę i nieograniczone możliwości. W takim znaczeniu Jezus widzi w Janie największego spośród zrodzonych z niewiasty,
w każdym zaś ochrzczonym Duchem Świętym, zupełnie nową relację między człowiekiem a Bogiem.
Jan Chrzciciel rozeznał swoją misję i z prawdziwie męską odpowiedzialnością wszedł we współpracę z Chrystusem. Stawiam sobie pytanie: czy stać mnie na to, aby z męską odpowiedzialnością wejść we współpracę z Chrystusem, dysponując zdecydowanie
większymi możliwościami niż św. Jan?
 
                                                                                      Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
Dwie kobiety i Bóg
 
Pond 10 lat temu na jakimś spotkaniu lotniczym miałem przyjemność poznać niezmiernie sympatycznego starszego pana. Przedstawił się jako Antoni Tomiczek i choć wtedy niewiele mi to mówiło, to jednak jego górnośląski akcent od razu wzbudził moją sympatię. Po chwili rozmowy odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z niezmiernie poukładanym mężczyzną, a na dodatek dowiedziałem się, że z ostatnim żyjącym wtedy lotnikiem  majorem pilotem 301 Dywizjonu Bombowego „Ziemi Pomorskiej im. Obrońców Warszawy”. Pan Antoni chyba czuł wtedy potrzebę, aby opowiedzieć mi o kluczowych wydarzeniach w swoim życiu, a ja byłem  wdzięczny Bogu za to, że mogłem poznać tego niezwykłego człowieka i posłuchać opowieści o jego niezwykłych losach.  Na samym początku naszej rozmowy Pan Antoni wyjął portfel i pokazał mi wizerunki dwóch kobiet. Pierwszym wizerunkiem  był obrazek Najświętszej Maryi Panny.  Jeszcze przed wojną, jako młody pilot, otrzymał go od  biskupa polowego gen. Józefa Gawliny. Przez całe życie miał go ze sobą, a wizerunek Maryi pozwałam mu, przez Nią budować taką wewnętrzną relację z Bogiem, która w najtrudniejszych chwilach pozwalała zachować mu poczucie bezpieczeństwa i zimną krew, co było bardzo ważne zarówno dla niego, jak i dla innych. Dotyczyło to szczególnie lotów, podczas których samolot był ostrzeliwany przez artylerię przeciwlotniczą i dziurawiony jak sito.
Drugim wizerunkiem kobiety w portfelu Pana Antoniego, było zdjęcie zmarłej żony Emilii. Pokazując je, opowiedział historię związaną z ich miłością. Jeszcze przed wybuchem wojny postanowili się pobrać i doszło do zaręczyn. Rozłąka trwała całą okupację. Po wojnie, kiedy latał w Transport Command w Siłach Powietrznych Wielkiej Brytanii dowiedział się, iż w Polsce Mileńka (tak nazywał narzeczoną) wciąż na niego czekała i wówczas podjął decyzję o powrocie. Zderzenie z  rzeczywistością socrealizmu było dla niego twarde. Choć o lataniu nie było mowy, to jednak miłość nadawała prozie ówczesnego życia właściwe znaczenie.
 
Na całe życie zostanie mi w pamięci tamto spotkanie. Pogodna twarz starszego mężczyzny, jego opowieść o miłości dwóch kobiet,
a w perspektywie Bóg, źródło wszelkiej miłości.
Dziś w adwentowy wieczór wspomnienia Matki Bożej Loretańskiej patronki lotników, wspominam pana Antoniego i stawiam sobie pytanie: czy jeszcze są gdzieś takie Tomiczki?
 
 
                                                                                                               Ks. Lucjan Bielas
 
 
Nie do pojęcia, ale do uwierzenia!
Tajemnica niepokalanego poczęcia Najświętszej Maryi Panny jest w ujęciu Benedykta XVI, źródłem wewnętrznego światła,
nadziei i pociechy. Pośrodku naszych nieraz bolesnych doświadczeń życiowych, trudnych prób, niemal niepokonalnych przeciwności, Maryja Matka Jezusa Chrystusa, kieruje do każdego z nas fundamentalne przesłanie, które może pomóc w uporządkowaniu naszego życia. - Łaska Boża jest większa od grzechu, a miłosierdzie Boże jest większe od zła i co więcej, może ono każde zło przemienić na większe dobro, jeśli tylko na to Bogu pozwolimy.
Na różne sposoby i to każdego dnia, zło stara się nas otoczyć, będąc obecne w różnych wydarzeniach i naszych relacjach. Kiedy zastanowimy się głębiej, to stwierdzamy z całą pewnością, że  zło ma swoje zakorzenienie w chorym i poranionym sercu człowieka,
które nie jest w stanie samo z siebie uwolnić się od niego.
Biblia mówi nam o upadku aniołów;  nieposłuszeństwie człowieka i jego twardych konsekwencjach. O śmierci, cierpieniu, a przede wszystkim o dziedziczeniu braku przyjaźni z Bogiem.  Mówi nam Biblia o Bożym planie uratowania człowieka i jego realizacji przez
Syna Bożego Jezusa Chrystusa, zrodzonego z niewiasty Maryi, którą wszechmogący Bóg zachował od konsekwencji grzechu dziedzicznego.W przyjaźni z Bogiem, ale wolna w swej ludzkiej decyzji, Maryja podjęła współpracę z Nim nie tylko w dziele stwarzania przez swe macierzyństwo, ale i dziele odkupienia, przez swe posłuszeństwo. Wraz ze swoim Synem, Wcielonym Słowem Boga, tworzą zupełnie nowy model najbardziej sensownego i kreatywnego działania człowieka zarówno w przestrzeni stwarzania, jak i w przestrzeni odkupienia od wszelkiego zła.
Kiedy o tym myślimy – to głowa mała. Warto więc postawić sobie parę pytań, które pomogą w uporządkowaniu naszego myślenia
i naszych serc:
- Czy zdarzyło mi się kiedyś doświadczyć czegoś, co po ludzku było niemożliwe, a się stało?
- Czy wierzę w to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych?
- Czy umiem Bogu zadawać pytania i cierpliwie czekać na odpowiedź?
- Czy wiem, że wątpienie jest staniem w miejscu, a pytanie uczy pokory i otwiera myślenie?
- Czy stać mnie na najbardziej kreatywną postawę w życiu: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”?
W raju, po grzechu Ewy, Adam miał wybór. Mógł zostać z Bogiem i bez Ewy albo z Ewą i bez Boga  - wybrał Ewę. I tak zgubił wszystkich. Przy Zwiastowaniu, Maryja wybrała Boga i postawiła Go w swym sercu przed Józefem. Dzięki temu uratowała Józefa i nas – uratowała wszystkich. 
Bądź pozdrowiona Maryjo!
 
                                                                               Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
Między czuwaniem a wolnością
 
Przesłaniem dzisiejszej Ewangelii jest po raz kolejny przypomnienie nam przez Jezusa, że On przyjdzie i że trzeba być gotowym na Jego przyjście. Być może, że dla niektórych osób, poruszanie tego tematu jest zbyt mało atrakcyjne, albo też zbyt częste. Jednak już sam fakt, przyjścia Jezusa Chrystusa, zarówno ten historyczny, jak i ostateczny, stanowi  absolutnie centralne wydarzenie w naszym chrześcijańskim życiu. Sprawia on, że myślenie i mówienie o tych wydarzeniach, jest  jak najbardziej uzasadnione i konieczne.  Jako istoty stworzone z miłości i do miłości, a co zatem idzie do wolności, możemy oczywiście, to Jego przyjście zupełnie zignorować. Jednak rozumne stworzenie ignorujące Stwórcę, musi liczyć się z konsekwencjami takiej decyzji.
Nie czekamy na kogoś, szczególnie w naszych czasach, który się nie zapowiedział, nie ustalił dnia i godziny wizyty. Na dzwonki niezapowiedzianych nie reagujemy, drzwi takim nie otwieramy, telefonów, gdy wyświetla się nieznany numer, nie odbieramy. Im jest ktoś ważniejszy na tym świecie, to tym bardziej dba o ustalanie terminów i sieć swoich kontaktów.
Tymczasem Jezus mówi dziś do mnie i do wszystkich i również tych najbardziej odgrodzonych i zabezpieczonych –  spotkamy się, czy ci się to podoba, czy  też nie, to my się spotkamy. I nie jest to ważne, że usunąłeś Mnie z listy swoich  znajomych. Nie jest ważne, że nawet na niej nigdy nie byłem. I tak przyjdę do ciebie. I tak się spotkamy.
Ludzie, zachłyśnięci swoją codziennością, zapominają o Mnie, o swoim Bogu, który jest nieskończoną miłością. Zapominają o prawach, które im dałem i ustanawiają swoje. Przypominam ci słynne wydarzenie w dziejach świata, jakim był potop. Drwili z mojego sługi Noego wtedy, kiedy budował łódź tam, gdzie nie było wody. On był Mi posłuszny i to go uratowało, to uratowało mu życie.
Krąży po tym świecie złodziej – szatan, zabiera on tych, którzy odeszli ode Mnie. Pozwalam mu na to, bo ty masz prawo do wyboru i możesz powiedzieć Mi – nie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tak jak on powiedział Mi  - nie, ze wszystkimi konsekwencjami. W jednym domu, przy jednej pracy, przy sąsiednich biurkach, będą i Moi i jego słudzy, ale tylko do pewnego czasu.
Czuwaj!
Pytasz: - co to znaczy?
Spróbuj się na chwilę wyłączyć z twojej bieganiny, z twoich rodzinnych i zawodowych problemów i wyzwań. Oderwij się od Internetu, od komórki i Facebooka. Popatrz w lustro, popatrz w pesel, popatrz na gwiaździste niebo, popatrz w swoje serce i tu możemy się spotkać. Dokładnie tu. Przecież wiesz, że cię kocham. Wiesz, że tobie daję Siebie i dlatego ta miłość jest tak wymagająca, bo inna być nie może. Jeśli traktujesz moją miłość poważnie, przełóż ją na swoje życie. Mogę cały czas być z tobą, rozmawiać z tobą, pomagać ci, a nawet przez Eucharystię być w tobie – Ja Bóg w tobie człowieku. Uwierz w to, pokochaj Mnie. 
Czuwaj i bądź wolny
                                                                                                                         Ks. Lucjan Bielas
 
 
Bóg mówi – „dziś”, diabeł mówi – „jutro”.
 
Śmierć Jezusa Chrystusa na krzyżu, która miała miejsce najprawdopodobniej 7 kwietnia 30 roku, to jedno z wydarzeń, obok jego zmartwychwstania i wniebowstąpienia, które uobecniają się w każdej Mszy św. Wszechmogący Bóg, który jest poza czasem,  wyjmuje je niejako z tamtego czasu i tamtej przestrzeni i uobecnia, czyli dzieją się „dziś”. My,  uczestnicząc we Mszy św., przez swoją wiarę jesteśmy świadkami tamtych niepowtarzalnych, a przez Boga uobecnionych  wydarzeń.
W dzisiejszą Uroczystości Chrystusa Króla Wszechświata nasza obecność, pod Jego krzyżem, czyli  przy Jego tronie, ma szczególne znaczenie. To znaczenie jest tym większe, że scena ukrzyżowania Pana, przez wieki, mimo zmienności wydarzeń, nic nie traci ze swej aktualności. Każdy z nas może na Golgocie odnaleźć siebie. Może pośród oskarżycieli, może pośród krzyżujących żołnierzy, może w tłumie, który stał i patrzył, może z Maryją, Janem i kobietami, a może przy którymś z łotrów?
W centrum tej ponadczasowej sceny jest Jezus na swoim krzyżu, tak jak zaznaczyliśmy, na swoim tronie.  Jest krzyż, tronem króla ziemskiego, który będąc prawdziwym człowiekiem, tak bardzo ukochał swoich poddanych, że życie swoje oddał za nich. Paradoksalnie napis umieszczony nad Jego głową w języku greckim, łacińskim i hebrajskim: „To jest król żydowski”, tę prawdę akcentuje.
Jezus jest nie tylko prawdziwym człowiekiem, lecz jest również prawdziwym Bogiem, Stwórcą i Panem wszelkiego stworzenia. Na tronie krzyża wtedy, kiedy Jezus - człowiek z miłości oddaje za nas  swoje ziemskie życie,  Jezus - Syn Boży z miłości daje nam swoje życie wieczne. Ten moment i to miejsce uobecniane w każdej Mszy św. jest istotą dzisiejszej uroczystości.
Nieprzypadkowo ewangelista św. Łukasz akcentuje reakcję dwóch złoczyńców, których powieszono obok Jezusa. Jeden z nich Mu urągał, drugi zaś karcąc swego towarzysza, wyznał swoją winę i rzekł: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Ten dobry łotr, bo tak wpisał się w historię świata, mimo że sam oskarżony i miał nie lada problem, trzeźwo ocenił postawę współoskarżonego Chrystusa. I wtedy kiedy wielu się pogubiło, on się odnalazł. Znakomicie ujął to św. Ambroży, który zauważył, że łaska, którą otrzymał, przewyższyła, to o co prosił. Od Jezusa usłyszał zapewnienie, które dla każdego z nas jest marzeniem życia: „Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju”.
         Ten jedyny i prawdziwy król – Jezus Chrystus, daje nam zawsze więcej niż to, o co Go prosimy. I to daje zawsze „dziś”, choć często tego nie widzimy.
 
                                                                                                                                        Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
„Nauczycielu, kiedy to nastąpi?”
 
(Łk 21.7)
W pierwszej chwili wydawać by się mogło, że Jezus, odpowiadając na to pytanie, nawiązuje do końca świata. Pojawią się fałszywi mesjasze, będą wybuchać wojny i konflikty, uczniów Jezusa będą prześladować, a religijne rozłamy będą dotykały wiele rodzin.   
Natura będzie obfitować w kataklizmy, a wszystkiemu będzie jeszcze towarzyszył głód i zaraza.
Kiedy się jednak głębiej zastanowimy nad słowami Jezusa, a historia świata jest nam odrobinę znana, to dojść możemy do wniosku,
że niemal każde pokolenie doświadczało i doświadcza  za swojego życia dramatycznych wydarzeń, o których wspomina Jezus. Dotyczy to  zarówno zawirowań politycznych, niepokojów społecznych, kataklizmów natury, jak i podziałów dotykających życie rodzinne.
Gdzie mądrość i siła, aby w tym wszystkim się nie pogubić?Jest rzeczą znamienną, że Jezus zaczyna swój wywód od spotkania z ludźmi wpadającymi w zachwyt nad świątynią, nad jej architekturą W odpowiedzi na ten akt podziwu, dla tego miejsca, Jezus  zapowiada,
że nie pozostanie tu kamień na kamieniu. My wiemy, że w roku 70 proroctwo Jezusa się spełniło. Późniejszy cesarz Tytus, niejako
wbrew zwyczajowi Rzymian, zburzył świątynię, która do dziś nie została odbudowana. Wraz ze zburzeniem świątyni skończyło się kapłaństwo w narodzie Wybranym. Nie ma ofiar i nie ma kapłanów. Wielowiekowa tradycja, sięgająca wyjścia Narodu Wybranego z niewoli egipskiej, została przerwana.  Kapłanem jest tylko Jezus Chrystus w wybudowanej przez siebie świątyni, a jest nią Kościół. Jego ofiara zapowiadana przez świątynię jerozolimską i krew baranków, jest zadośćuczynieniem za wszystkie grzechy świata i to od każdego człowieka zależy, jak z tej ofiary skorzysta. Na świcie nie ma innej recepty na zło i grzech.Obecność Jezusa i działanie Ducha Świętego, którego nam daje, pozwala nie tylko w sądach dawać świadectwo o Nim, ale i w każdej innej trudnej sytuacji. Kiedy więc słyszymy o wojnach, kataklizmach i głodzie, nie popadajmy w zwątpienie. To On zwyciężył świat, to On jest jedynym w pełni skutecznym ratunkiem na naszą ludzką głupotę. Stało się dziś między nami modne odrzucanie Jezusa, a my grzeszni mamy jeszcze pretensje do Pana Boga, oskarżając Go, że jest przyczyną zła. I tak powstał tragikomiczny obraz współczesnego człowieka, który z jedną nogą w grobie, a drugą na skórce z banana, grozi paluszkiem wszechmogącemu Stwórcy.  Grzech jest głupotą, ale jeszcze większą głupotą jest odrzucenie Boga, który z miłości nas stworzył, z miłości nas odkupił, a tych, którzy do Niego się zwracają, nie zostawia bez pomocy. Jesteśmy codzienne zalewani niezliczoną ilością informacji o wojnach, kataklizmach i przeróżnych dramatach w większości będących dziełem człowieka, zachowujmy spokój. Zachowujmy go również, kiedy świat nas oskarża o wszystkie możliwe nieprawości. Nie traćmy wiary, kiedy
w naszych rodzinach „głowy się psują”. Zawierzmy Chrystusowi, który daje wytrwałym gwarancje: „włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”.
                             Zachowajmy więc przed Panem dobrą fryzurę!
 
                                                                               Ks. Lucjan Bielas
 
 
Jedynie sensowna odpowiedź
 
Saduceusze byli członkami religijno – politycznego stronnictwa, gromadzącego w dużej mierze przedstawicieli klasy kapłańskiej. Byli bogaci, wpływowi, ugodowi względem rzymskiego okupanta. W swych religijnych poglądach kwestionowali wiarę w aniołów i zmartwychwstanie. Kiedy Pan Jezus znakomicie uporał się z pułapką zastawioną na Niego w pytaniu o konieczność płacenia podatku, karząc sobie przynieść monetę podatkową - denara, właśnie saduceusze wystąpili z kolejną, tym razem teologiczną łamigłówką.
Kazus był wymyślony na bazie prawa mojżeszowego, które miało na celu zabezpieczenie losu wdowy. Kiedy umierał bezpotomnie mąż, jego brat powinien ją pojąć za żonę. I tak siedmiu braci po kolei umiera, przejmując po kolei wdowę i nie zostawiając potomstwa. Pytanie saduceuszy dotyczy jej losu przy „ewentualnym” zmartwychwstaniu.
Odpowiedź Jezusa jest ponadczasowa i dotyczy tych wszystkich, którzy, choć niby wierzący, to jednak w ziemskich układach i zabezpieczeniach pokładają swoją ufność, a o życiu pozagrobowym myślą w kategoriach: zobaczymy…; jakoś to będzie…; pozwólmy
się zaskoczyć… 
Jezus wyprowadza cały problem poza ziemską logikę i ziemskie układy. Nie można w kategoriach tego świata myśleć o relacjach
w Domu Ojca Niebieskiego, bo to, byłoby po prostu, prymitywne.
Druga część odpowiedzi Jezusa jest szczególnie dla nas ważna: „A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa o krzaku, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją”. Chrystus znakomicie nawiązał do niekwestionowanego, przez saduceuszy, dialogu Mojżesza z Bogiem, przemawiającym do niego z gorejącego krzaka na pustyni. 
W Jego wypowiedzi kluczowe jest stwierdzenie, że wszyscy żyją dla Boga. Jeżeli bowiem każdy z nas, to sobie tak do spodu uświadomi
i weźmie poważnie do serca, odpadną mu wątpliwości co do zmartwychwstania. Życie zaś, będzie układał w kategorii miłości, która
jest czymś daleko więcej niż tylko uczucie, czy też ziemskie relacje.  Jest doświadczeniem miłości Boga i odpowiedzią bezgranicznego zaufania.
 
Może w kolejną listopadową niedzielę warto się nie tylko nad tym zastanowić, ale Bogu dać sensowną odpowiedź – Ojcze żyję dla ciebie.
 
 
                                                                                                                                                                   Ks. Lucjan Bielas
 
 
Kazus Zacheusza
 
Rzecz dzieje się w jednej z najstarszych miejscowości na świecie, w Jerychu.  Był to czas, kiedy to sława Jezusa była już na tyle wielka, że poprzedzała Jego przyjście. Zacheusz, przełożony celników był człowiekiem niewątpliwie znakomicie poinformowanym, we wszystkim, co działo  się w lokalnej społeczności. Kiedy przez miasto przebiegła wieść o pobycie Jezusa, Zacheusz postanowił działać. Był Żydem i zapewne myślał o dobrej relacji z Bogiem.  Był celnikiem, czyli przedstawicielem ówczesnych poborców podatkowych zbierających bez litości pieniądze podatkowe dla rzymskiego okupanta, a przy tej okazji nieuczciwie zagarniających grosz do swojej sakiewki.  Kolaborant, zdrajca, oszust kochający pieniądze, znienawidzony przez ludzi, ale w głębi duszy  człowiek, który szukał rozwiązania dla swego pogmatwanego życia. To niemożliwe, aby był kierowany tylko zwykłą ciekawością. To musiało być coś więcej. Szef celników, jak mały chłopczyk pobiegł, wyprzedził tłum i wspiął się na sykomorę. Chrystus widział nie tylko ten chłopięcy wyczyn, ale przede wszystkim pogubione serce Zacheusza i jego chęć znalezienia wyjścia z niesłychanie trudnej życiowej sytuacji.
Wystarczyło jedno zdanie Chrystusa: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”.   On natychmiast znalazł się na ziemi i uradowany przyjął Mistrza nie tylko do swego domu, ale przede wszystkim do swojego serca.  Obecny Jezus uwolnił rozwiązanie wewnętrznego dramatu gospodarza, który już wcześniej musiał mieć wszystko przemyślane i policzone. Nie miał jednak odwagi, aby to nazwać i wprowadzić w życie. Znakomicie świadczą o tym jego słowa: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.
Obecność Jezusa pozwoliła przełożonemu celników, zdrajcy, oszustowi i kolaborantowi, podjąć właściwą decyzję. Jezus jej nie narzucił, nic nie kazał, nic nie wyliczał, po prostu wydobył ją z jego głowy i serca, jak akuszer pomógł ją „urodzić”.
Kolejne zdanie Jezusa jest bardzo ważne, zarówno dla Zacheusza, jak i dla wszystkich którzy podważali sens wizyty Jezusa u miejscowego grzesznika:  „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. To zdanie jest jednocześnie uzasadnieniem naszego domniemania o tym, co działo się w sercu i głowie Zacheusza przed spotkaniem z Jezusem. W tym stwierdzeniu Syn Boży informuje nas, jak ważna jest w naszych sprawach zawodowych i domowych, pełnych kazusów Zacheusza, Jego obecność, uwalniająca mądrość i odwagę.  
Otwierający drzwi Chrystusowi muszą zawsze liczyć się z tym, że świat prymatu użyteczności, a nie dobra, nie będzie takiej postawy rozumiał i będzie nią gardził. Tym jednak nie należy się przejmować, albowiem przy otwartych drzwiach Królestwa niebieskiego wszystko inne, to przysłowiowy – Pikuś.
 
 
                                                                                                                                                          Ks. Lucjan Bielas
 
 
Oprogramowanie na świętość
 
Uroczystość Wszystkich Świętych to dzień szczególnego uświadomienia sobie rzeczywistości, którą w naszym wyznaniu wiary określamy mianem „świętych obcowania”. W pędzie codzienności, to tak bardzo nam umykająca prawda, z którą konfrontacja w momencie ciężkiej choroby, śmierci czy starości, dla człowieka nieprzygotowanego może być bolesna, a nawet kompletnie niezrozumiała.
Dzisiaj jest znakomita okazja, aby przystanąć i popatrzeć na rzeczywistość, do której wszyscy jesteśmy stworzeni. Ziemia jest w pewnym sensie latającym w kosmosie grobowcem, na którym  pojawiają się nieustannie nowe istoty, niektóre nawet rozumne, które po chwilowym życiu trafiają do ziemskiej mogiły. Jedna tylko mogiła jest pusta, albowiem ten, który w niej został złożony, zmartwychwstał. Jest nim Jezus Chrystus, prawdziwy człowiek istotom ludzkim we wszystkim równy i jednocześnie prawdziwy Bóg, Stwórca wszystkiego. Jego grób to brama do świętych obcowania, boskiej rzeczywistości, przeznaczonej dla istot rozumnych, które na miłość Stwórcy odpowiedzą miłością. Brama jest jedna i to ciasna, dodatkowych furtek nie ma, a system kontroli jest doskonały. Rzeczą znamienną jest fakt, że choć jest ciasna, to jednak każdy, który wykaże się gotowością, przez nią przejdzie. Ojciec Niebieski, tak bardzo pokochał nas, mimo wszelkich grzechów i ułomności, że nie tylko czeka na nas, ale wysłał Syna, aby nas przeprowadził. Innego przewodnika nie ma.
Z tym większym skupieniem odczytuje dziś Kościół słowa samego Chrystusa, który daje bardzo konkretne rady i obiecuje pomoc, dla każdego, kto pragnie przejść przez Jego grób do życia wiecznego. Mają one wspólny klucz zawarty w słowie „Błogosławieni”. Błogosławiony to nie ten, któremu wszystko się udaje, który ma zdrowie i szczęście do pieniędzy. Błogosławiony to ten, który w zderzeniu ze światem chciwości, korupcji i brutalnych zwyczajów podejmuje drogę Bożych przykazań i Ewangelii. Po ludzku jest głupi i skazany na zagładę, a mimo to, podejmuje decyzję miłości Boga ponad wszystko i ponad wszystkich. Wtedy Ojciec Niebieski daje swoje błogosławieństwo, czyli swoją pomoc, każdemu taką, jaka jest potrzebna, można powiedzieć dedykowaną.  Celem jest niebo.
Samuraje byli znakomitymi rycerzami, albowiem uczyli się ignorować swoje życie doczesne. Strach bowiem przed jego utratą był wyrokiem śmierci w walce. Podobnie prowadzi nas Jezus, zachęcając, abyśmy tak jak On zignorowali wartości tego świata, ale dla nieba, a wtedy we wszystkim staniemy się skuteczni i spełnieni, czyli po prostu – święci.
 
 
                                                                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 
 
Jak ufać sobie?
 
Takich, którzy uważają się za sprawiedliwych, a innymi gardzą, spotykamy na co dzień wielu.  Życie z nimi jest trudne, a zmiana ich sposobu myślenia wydaje się niemożliwa. Tacy samo kanonizujący się święci. Mając jednak odrobinę krytycyzmu wobec własnej osoby, to i w sobie samych odnajdujemy mniej lub więcej elementów  wspomnianej postawy. Jesteśmy niewinni, sprawiedliwi, budujemy swoje dobre samopoczucie na wymienianiu  własnych zasług i na porównywaniu się z innymi. Zwykle nasze wywody kwitujemy stwierdzeniem: „gdyby inni byli tacy jak ja, to świat…”.
Pan Jezus nie zachował się biernie wobec postawy dufnych w sobie, uważających się za sprawiedliwych,  a innymi gardzących. Opowiedział im i nam przypowieść, która mocno zapada w umysły i serca. Jako Syn Boży i Sędzia był jedynym, który wypowiadając te słowa, nadał im właściwą rangę. Rzecz bowiem dotyczy tego, co dla nas grzesznych jest najważniejsze, a mianowicie usprawiedliwienia.
Dwóch modliło się w świątyni, każdy w sanktuarium swej duszy, czego świadkiem był już tylko Bóg, a byli to: faryzeusz i celnik. Pierwszy przeglądnął się w sobie, a nie w Bogu. Prawdy więc o sobie nie poznał, natomiast akcentował niekwestionowane swoje zasługi, których prezencja odbywała się na tle zdzierców, oszustów i celników. Zupełnie umknęło mu to, że tak jak każdy jest grzesznikiem. Pełne fałszu w jego ustach było podziękowanie Bogu, którego poinformował o swoich dobrych uczynkach, oczekując w głębi duszy słusznej nagrody.
Zupełnie inną postawę przyjął celnik. Na tym świętym miejscu pozostał z dala. Zewnętrzna postawa na tym świętym miejscu była odbiciem tego, co działo się w jego duszy. Stanął przed samym świętym, sprawiedliwym Bogiem, czego wyrazem było to, że nie śmiał oczu wznieść. To, co mówił, bijąc się w piersi, było kluczowe: „Boże mniej litość dla mnie, grzesznika”. Widział więc w Bogu, nie tylko sprawiedliwego sędziego dysponującego sprawnym monitoringiem i paletą sankcji, widział przede wszystkim  Ojca nieskończenie kochającego, gotowego przebaczyć każdy grzech. Szczerość takiej postawy zakłada zmianę postępowania i odejście od tego, co nie jest zgodne z wolą Stwórcy.
Dla nas ważne są dwa stwierdzenia Jezusa. Nie podlegają one żadnej dyskusji, albowiem wypowiedział je Ten, który dokonał dzieła naszego odkupienia. Usprawiedliwiony odszedł celnik, a nie faryzeusz. I zaraz drugie stwierdzenie: „Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony”. Każdy, to znaczy – każdy.
Zbliżająca się Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, nastrajają do zdjęcia maski i popatrzenie prawdzie w oczy.
 
                                                                                                                           Ks. Lucjan Bielas
 
 
„Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18,8)
 
To pytanie na końcu dzisiejszej Ewangelii wydaje się, sugerować katastrofalny stan Kościoła na końcu świata. Czy o to chodziło Panu Jezusowi? – Tego nie wiem. Wiem natomiast, że On, Chrystus stawia mi, to pytanie dzisiaj – Lucek, gdybym dziś przyszedł do ciebie,
z jaką wiarą  Mnie przywitasz? Wiem, że takie spotkanie nastąpi, a pytanie Jezusa nie jest teoretyczne. Wiem również, że to pytanie
nie ma na celu straszenie mnie, ale mobilizację do pogłębienia mojej wiary. Dopiero w takim kontekście mogę lepiej zrozumieć zachętę Jezusa, aby zawsze się modlić i nie ustawać. Sugeruje mi, że modlitwa jest wyrazem mojej wiary i jednocześnie narzędziem do jej pogłębiania.W tym kontekście możemy lepiej zrozumieć sens Jezusowej przypowieści o niesprawiedliwym sędzim i skutecznej wdowie. Sądy w ówczesnym Izraelu sprawował Sanhedryn obradujący przy świątyni w Jerozolimie. Z konieczności zajmował się najważniejszymi sprawami, a taką był między innymi proces Jezusa. Na prowincji zaś, dobrze zorganizowane gminy miały własne sądy, czyli „małe sanhedryny”. Rozstrzygały one w sprawach mniejszej wagi, a w dziedzinie karnej nie mogły przekroczyć kary chłosty, czyli 39 uderzeń. W sprawach cywilnych każdy Żyd mógł być sędzią, w dziedzinie kryminalnej sędziowie pochodzili ze stanu kapłańskiego lub byli lewitami. Traktat Sanhedrin określał walory sędziego: powinien być wysoki, godny, znający języki, by nie potrzebował tłumacza, obeznany z magią, nie mógł być ani zbyt młody, ani zbyt stary, nie mógł być eunuchem, ani człowiekiem o twardym sercu.  Sędziowie
nie byli płatni, a wyroki, za które pobrano opłatę, były nieważne. Takie były założenia, a praktyka jak to w życiu bywa, wyglądała inaczej. O karykaturze sędziego mówi Pan Jezus. Przedstawiciel prawa w Jego przypowieści jest niewierzący, pozbawiony szacunku
dla drugiego człowieka i dbający o swoją wygodę. Jezus konfrontuje go z wdową, nękaną przez jej przeciwnika. Jej natręctwo i jego troska o swój święty spokój uruchomiły proces jej obrony.  Chrystus, akcentując skuteczność jej natrętnych próśb, zachęca nas do dobrego natręctwa w zwracaniu się do Ojca Niebieskiego. Nie danie za wygraną w proszeniu Boga podczas modlitwy generuje wzrost wiary. Z jednej strony owo błogosławione natręctwo wynika z niej, a z drugiej zaś strony, wzmacnia ją.
Dla nas, tak bardzo zagubionych, tak wiele tracących czasu na głupoty, tak mało skutecznych w działaniach i tak szybko przemijających, słowa Jezusa mają szczególne znaczenie. Tak się utarło mówić, że to śmierć po nas przyjdzie, a to przecież On, Jezus przyjdzie. I znów wraca fundamentalne pytanie: czy znajdzie u mnie wiarę?
 
                                                                                                                                                     Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
Być uzdrowionym,  a być uszczęśliwionym, to ogromna różnica.
 
Dziesięciu trędowatych na skraju wsi, zatrzymali się z daleka. Pojęciem trąd określano różne dotkliwe i często zakaźne i odrażające choroby skóry. Przepisy Biblii, które również pełniły funkcję porządkowe w Narodzie Wybranym, nakazywały izolację trędowatych,
przy jednoczesnej zachęcie do świadczenia im miłosierdzia (Kpł 13,45-46). W praktyce, krewni i znajomi obdarowywali ich tym,
co było potrzebne do życia.  Zdarzające się przypadki uzdrowienia, prawie zawsze graniczące z cudem, musiały być potwierdzone
 przez kapłanów, a Bogu złożona stosowna ofiara (Kpł 14,1-32).
W tym kontekście, wołanie trędowatych: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami, ma swoją głęboką wymowę. To była prośba o cud przywrócenia do społeczności żywych i zdrowych.  Jezus wystawił ich wiarę na próbę, nakazując im, jeszcze trędowatym, aby poszli
do kapłanów stwierdzić swoje uzdrowienie. Oni to zrobili, a uzdrowienie nastąpiło w drodze.  Intrygujący jest obecny pośród nich Samarytanin. Ten człowiek oprócz wiary wykazał się pokorą,  jako że dla niego, pójście do kapłana żydowskiego było niewątpliwą ujmą. Nie tylko, że to zrobił, ale wrócił do Jezusa jako jedyny z uzdrowionych, aby podziękować. Zrobił to w wyjątkowy sposób, wychwalając bowiem Boga, upadł na twarz przed Jezusem, co w ówczesnym zwyczaju oznaczało oddanie Mu boskiej czci.
Znamienna jest reakcja Jezusa: „Czy nie dziesięciu zostało oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który
by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec". Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła". Papież Benedykt XVI zwrócił uwagę na ten tekst, jako kluczowy dla naszych relacji z Jezusem. Uzdrowienie dziękującego Samarytanina
poszło zdecydowanie głębiej. Jezus, widząc jego wiarę, uzdrowił nie tylko jego skórę, ale przede wszystkim jego serce. I tak stał
się nie tylko uzdrowionym, ale przede wszystkim uszczęśliwionym.
Obserwacja życia potwierdza, że na dziesięciu uzdrowionych jest jeden szczęśliwy.
Czy ja nim jestem?
 
                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas
 
 
 (Łk 17, 5-10)
Apostołowie prosili Pana: "Przymnóż nam wiary». Pan rzekł: "Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna. Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy dziękuje słudze
za to, że wykonał to, co mu polecono? Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”.
 
Moc, która w głowie się nie mieści.
 
Prośba Apostołów skierowana do Pana: „Przymnóż nam wiary”, jest nam bardzo bliska. W sytuacjach trudnych i po ludzku niepojętych, spoglądając w niebo, albo patrząc na Krzyż święty, powtarzamy po wielokroć: „Panie, przymnóż nam wiary”. Często, rzeczywiście przychodzi rozwiązanie, umocnienie, otwierają się drzwi tam, gdzie ich wcześniej nie było.
Dziś Chrystus zaprasza nas zarówno do spokojnej refleksji nad naszą wiarą, jak i do „popracowania” nad jej głębią.  Rzecz znamienna, że prośba Apostołów o przymnożenie wiary została wypowiedziana zaraz po tym,  jak Jezus bardzo mocno zaznaczył konieczność upominania i przebaczenia winowajcy żałującemu i to 7  razy dziennie, czyli zawsze (Łk 17,3-4). To po ludzku może się wydawać niemożliwe, a nawet nielogiczne. Tymczasem Chrystus, wiedząc, co dzieje się w sercach słuchaczy mówi: Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna. Trzeba wiedzieć, że drzewo morwowe może przetrwać na jednym miejscu 600 lat. Korzenie zaś czarnej morwy, jak już zaznaczali starożytni pisarze żydowscy, mają możliwość rozrastania się na wszystkie strony i dlatego są niezmiernie trudne do wyrwania. Nawet niewielka wiara, porównana przez Pana do symbolicznie najmniejszego ziarnka gorczycy, daje człowiekowi ponad naturalną moc i skuteczność wykraczającą poza logikę tego świata, jeśli jest to oczywiście zgodne z wolą Boga.
Chrystus natychmiast daje odpowiedź na rodzące się pytanie – jak taką wiarę w sobie wypracować? Przykład czerpie z codziennego życia, z prozaicznej sceny, która zapewne w wielu domach była codziennością. Sługa wraca po pracy z pola, a pan domu, nie zważając na jego zmęczenie, każe się obsłużyć, podać sobie jedzenie, a dopiero potem może sam się posilić.  Wydaje się to niesprawiedliwe, zgoła nieludzkie. Dodatkowo irytujący jest fakt, że w naszych ludzkich relacjach, niesprawiedliwość może stać się akceptowanym zwyczajem. Niesprawiedliwość, o której mowa w dzisiejszej Ewangelii, łagodnieje nieco, kiedy sobie uświadomimy, że pan zapewne też miał swoją pracę i że sługa miał poczucie bezpieczeństwa, które dawał mu dom, w którym pracował i mieszkał. Jezus nie wzywa sługi do zmiany porządku rzeczy, do buntu, do rewolucji i zamiany miejsc przy stole. Jezus wzywa do rozeznania swojej misji, czyli swojej służby, i postrzegania jej na tle całego domu. Postawa „sługi nieużytecznego” to postawa sługi perfekcyjnie wypełniającego  swoje obowiązki, co daje mu w konsekwencji, zupełnie inne miejsce i możliwości w domu pana.  
Opowieść Chrystusa o „słudze nieużytecznym” ma swoje przełożenie na naszą relację z Panem Bogiem. Wiara staje się zdecydowanie silniejsza i skuteczniejsza, gdy towarzyszy jej postawa sługi.  Taką postawę miał sam Chrystus, który nie domaga się od nas takiej postawy, jaką sam prezentował.  Taką postawę ma również Najświętsza Maryja Panna. Czy taką postawę mam ja …?
 
                                                                                                       Ks. Lucjan Bielas
 
 
Nie każdy ma imię przed Bogiem!
 
To stwierdzenie może niejednego szokować, lecz jest jasnym wnioskiem z dzisiejszego fragmentu Ewangelii. Bogaty człowiek,
 który niemądrze korzystał z tego, co posiadał, trwonił swój majątek, ubierając się wytwornie i spędzając czas na zabawach,
w Ewangelii nie ma imienia. Natomiast biedny,  schorowany człowiek, leżący u bram jego pałacu, bez nienawiści i zazdrości
w sercu, jedynie z prośbą o okruchy ze stołu, ma na imię – Łazarz. Zwykle imiona bogaczy są znane, czytamy o nich na pierwszych stronach gazet, w mediach znajdujemy szczegółowe informacje o ich strojach, bankietach i pikantnych szczegółach życiorysu.
Tego typu informacje są pokarmem dla bezimiennych biedaków cierpiących na niedosyty sensacji i nadmiar wolnego czasu.
Opowiadając przypowieść o bogaczu i Łazarzu,  Jezus akcentuje przepaść między zbawionymi i potępionymi i jej ostateczny wymiar
po śmierci człowieka. Tu się już nic nie zmieni. Tu się już nic nie da zrobić. To teraz ode mnie zależy, dopóki jestem na tym świecie,
po jakiej stronie pozaziemskiej rzeczywistości się znajdę, czy jako bezimienny potępiony, czy jako imienny uczestnik uczty świętych. Mam do dyspozycji słowa Boga – Pismo Święte, które przełożone na język miłości w moim postępowaniu stają się pewną i bezpieczną drogą dla mnie i tych, którzy za mną pójdą. Mam do dyspozycji sakramenty święte i obecnego w nich Chrystusa, jedynego, który zmartwychwstał i wstąpił do nieba. Mam do dyspozycji tu i tylko tu, bo po śmierci będzie za późno.
 
                                                                                                                                       Ks. Lucjan Bielas
 
 
Boga oszukać nie próbuj!
 
Wydaje się, że przez wieki funkcjonują w ekonomii i gospodarce dwie ważne logiki: logika zysku i logika sprawiedliwego  podziału. Żyjący  w VIII w. p. Chr. prorok Amos, pochodzący z uboższych warstw izraelskiej społeczności, piętnuje logikę zysku ówczesnych przedsiębiorców. Zysk stał się dla nich najważniejszym celem, albowiem w dobrach tego świata położyli swoją nadzieję. W ich logice zysku nie ma miejsca na relację ze Stwórcą, co przekłada się na ich uczciwość oraz na podejście do dnia szabatu. Traktują ów dzień jako wymuszoną i przykrą przerwę w zarabianiu pieniędzy.
Kiedy w logice zysku nie ma Pana Boga, nie będzie Go również w logice podziału. To Bóg jest gwarantem jego sprawiedliwości. Kiedy Boga braknie w ludzkiej logice, człowiek ogarnięty chciwością będzie w stanie drugiego człowieka sprowadzić do wartości rzeczy. Prorok Amos posługuje się  drastycznym przykładem  sprzedania ubogiego za „parę sandałów”. Dla nas najbardziej drastycznym przykładem odczłowieczenia relacji jest logika KL Auschwitz - Birkenau.
To, co Bóg powiedział przez Amosa, Syn Boży nazywa jeszcze bardziej jasno: „Żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie”. Ten porządek musi wejść  tak głęboko w ludzkie serce, aby przełożyć się na uczciwość w najdrobniejszych sprawach:  „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie”.
Jezus jest realistą i doskonale wie, że w nasze ręce trafiają pieniądze i różne dobra, których historia nie jest nam do końca znana i nie jesteśmy w stanie do końca prześledzić ich „uczciwości”. Możemy jednak tym, co posiadamy, tworzyć dobre międzyludzkie relacje. Jeśli Bóg jest w naszych sercach, to logika podziału jest przed logiką zysku. Czasem wydaje się to trudne, niemal nielogiczne i tylko przez zaufanie Bogu możemy się przełamać i podjąć ryzyko, którego do końca nie rozumiemy. Efekt jest jednak niesamowity: wewnętrzny spokój, prawdziwi przyjaciele i dobra, które nie są przemijające.  
W Przypowieści o nieuczciwym zarządcy Jezus, prawdziwy Bóg i Człowiek,  ukazuje niezmierną inteligencję ludzi złych i fantastyczną zdolność jednoczenia się w podłości. Ich sukces jest jednak ograniczony, a sprawiedliwa kara ich nie ominie - Boga nie oszukają. 
 
 
                                                                                                                                                   Ks. Lucjan Bielas
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ODWIEDZIŁO NAS         
 
                           
             Admin   slpro@op.pl   gg3073544