Rozważania Ks.Lucjana Bielasa za 2021r.

 

 
 
 
 
Czy wolność jest dzisiaj możliwa?
(Łk 1, 1-4; 4, 14-21)
Kiedy rozpoczynamy redakcję jakiegoś ważnego tekstu, to wiele uwagi poświęcamy pierwszym zdaniom.
Staramy się określić adresata, ustalić ogólny zarys naszego przesłania i jasno określić jego cel. Świadomi
tych redakcyjnych zabiegów spróbujmy odczytać początek Ewangelii wg św. Łukasza. Pośród różnych prób
określenia czasu jej powstania przeważa ostatnio przekonanie, że została napisana w latach 80 – 85. Dzieło
to, jak czytamy, ma dwóch adresatów. Pierwszym, o ile nie jest to postać fikcyjna, jest Teofil, określony przymiotnikiem
 „dostojny”, co wskazywałoby na jego przynależność do sfery urzędniczej. Zapewne miał już kontakt z nauką
Chrystusa, którą przyjął, lecz zdaniem Łukasza, ten proces wymagał dalszego pogłębienia, aby osiągnąć stan
„całkowitej pewności”.  Drugim adresatem są wszyscy podobni do Teofila, początkujący w wierze i potrzebujący
 jej umocnienia. Samo greckie imię „Teofil” oznacza człowieka „miłego Bogu” i  jest bardzo wymowne, albowiem
 obejmuje każdego, kto z taką relacją do Najwyższego, otwiera karty Ewangelii.
Łukasz ma świadomość, że choć już wielu przed nim spisywało opowieści o działalności Chrystusa, to  w tym
przekazie drugiemu człowiekowi tej najważniejszej wiedzy,  jest i jego misja. Szczególnym przesłaniem zarówno
Ewangelii, jak i Dziejów Apostolskich, które są również autorstwa św. Łukasza, jest jego głębokie przekonanie
o obecności i działaniu Ducha Świętego, i to zarówno w każdym człowieku, jak i we wspólnocie Kościoła.  
Jest tak ważny tekst, że można z całą pewnością powiedzieć, że nie odrobienie Łukaszowej lekcji o Duchu Świętym,  
prowadzi do niezrozumienia Kościoła Chrystusowego. Dzisiaj, kiedy to Kościół przechodzi czas swojego głębokiego
oczyszczenia, sięgnięcie do Łukaszowych tekstów stało się jeszcze  większą koniecznością.
Swoim odwiecznym zwyczajem, szatan, głosząc człowiekowi wolność, zakłada mu okowy zniewolenia.
Czyni to, wykorzystując najnowszą technologię, aby spętać nasze głowy, zawładnąć naszym umysłem.
Nie trzeba tu długich wywodów, wystarczy chwila refleksji, aby ustalić i nazwać te punkty, w których tracimy
naszą wolność. Wystarczy spojrzeć na telefon, na karę kredytową, na komputer, i zobaczyć w nich ogromne
dobrodziejstwo, ale i gigantyczne zagrożenie dotyczące nas wszystkich, choć szczególnie, młodego pokolenia.
Jesteśmy nie tylko świadkami, ale i uczestnikami próby przebudowania świata wartości i to wydawać
by się mogło tak oczywistych, jak rozróżnienie: mężczyzna i kobieta, życie i śmierć. To wszystko jest
związane z próbą przeformatowania człowieka w centrum jego wolności, w  sumieniu. Jest to próba
wymiany tego, co wpisał Stwórca, na to, co chce wpisać szatan. Scena z ogrodu rajskiego pod drzewem
poznania dobra i zła, nigdy się nie skończyła i trwa, choć dzisiaj z wykorzystaniem wyjątkowo niebezpiecznych
 narzędzi. Jest więc to walka o miłość, wolność i wieczność człowieka.
Czy Jezus w tej walce ma jeszcze coś do powiedzenia?
W drugiej części dzisiejszej Ewangelii prowadzi nas Autor na spotkanie z Jezusem, który u progu swej
publicznej działalności przychodzi do swej rodzinnej miejscowości, do Nazaretu. Swoim zwyczajem w szabat
pojawił się synagodze, a więc między swoimi, pośród których wyrastał, pracował i się modlił.  Teraz chce im
powiedzieć całą prawdę o sobie, nie tylko o swoim człowieczeństwie, ale i o swoim Bóstwie. W tym przekroczeniu
 progu, po ludzku niewyobrażalnego, posłużył się tekstem z księgi proroka Izajasza, którą Mu podano: Duch Pański
spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił
wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana.
Jezus, mówiąc: Dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeliście, odnosi przepowiednię proroka do siebie.
 Choć ówcześni słuchacze Jezusa nie byli jeszcze gotowi na przyjęcie Jego przesłania, ale ono zostało
wypowiedziane i weryfikuje się przez całą historię i weryfikuje się dzisiaj.
Przyjęcie Jezusa, przyjęcie Jego Ewangelii,  jest przyjęciem Jego Ducha. Jest przyjęciem Ducha,
który był przy stworzeniu, jest przyjęciem Ducha, który mówił przez proroków, jest  przyjęciem Ducha,
który zstąpił na Jezusa podczas chrztu w Jordanie, jest  przyjęciem Ducha, którego Jezus po zmartwychwstaniu
tchnął na Apostołów, jest przyjęciem Ducha, którego Jezus wyprasza nam u Ojca Niebieskiego – Ducha prawdy,
którego świat nie zna, a który mieszka w uczniach Jezusa (por. J 14, 15-17).
Ludzka roztropność jest pożytecznym narzędziem, ale sama w potyczce ze złem jawi się niewystarczającą.
 Może warto więc codziennie prosić Jezusa, aby dzielił się z nami swoim Duchem. Jego dary są w pewnym
 logicznym kluczu, który znakomicie ustawia myślenie człowieka, a który jest zamknięty w siedmiu darach:
dar mądrości, dar rozumu, dar rady, dar męstwa, dar umiejętności, dar pobożności i dar bojaźni Bożej.
Jestem przekonany, że tylko Duchem Jezusa Chrystusa formatowany umysł, zachowa swoją wonność.

 

                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

 

Coraz mniej wesel w Kanie
(J 2, 1-11)
A coraz więcej listów rozwodowych. Tak można najkrócej określić przemiany w życiu rodzinnym współczesnego świata.
Czy w czasach Chrystusa było inaczej? Wydaje się, że nie. W świecie niewolników, wystawianych na kupno i sprzedaż relacje rodzinne byłyby ze szkodą dla panów. Natomiast wśród wolnych Rzymian upadł model silnej rodziny czasów republiki,
z dużym zakresem władzy, jak i też odpowiedzialności ojca – pater familias.  Szerzące się związki partnerskie i ściśle
z tym związane unikanie potomstwa, zaowocowały takim kryzysem demograficznym w Imperium, że Oktawian August podjął prawne działania, mające na celu zmianę śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji. Zastosowane narzędzia ustawowe, przyniosły
jedynie chwilową poprawę sytuacji, albowiem wygoda i spryt Rzymian okazały się silniejsze, a Imperium coraz słabsze.
Tak oto historia zatacza w swych nieubłaganych procesach kolejne koło, a raczej zwój swej spirali, przestrzegając i ucząc
tych, którzy są na to otwarci.
Pomimo szalejącej pandemii, pozwólmy się więc zaprosić na najbardziej intrygujące, ale jednocześnie jedno z najważniejszych
wesel w dziejach świata, na wesele w Kanie Galilejskiej.  Stało się tak, pomimo że nie znamy imion pary młodej, nie znamy dokładnej ilości zaproszonych gości, nie znamy menu, nic nie wiemy o kosztach tej uroczystości. A wszystko przez to, że był jeden kluczowy gość, który paradoksalnie, stał się gospodarzem całej uroczystości, nadając jej ponadczasowy wymiar – Jezus Chrystus.
- Jakie znaczenie ma dla współczesnego Kościoła i współczesnego świata wesele w Kanie Galilejskiej?
Pytanie o znaczenie tego wesela na tym etapie spirali dziejów świata jest fundamentalne. Dotyczy ono nie tylko sakramentalnych związków małżeńskich, ale również porządku społecznego i ekonomicznego świata. Trzeba być kompletnym ignorantem, żeby to negować.
Przypatrzmy się więc kluczowym momentom tej weselnej uroczystości, podczas której Jezus dokonał pierwszego cudu.
Został on niejako sprowokowany przez obecną tam również, matką Jezusa, Najświętszą Maryję Pannę. To Ona pierwsza,
dostrzegła, że zaczyna brakować wina. Nie zwraca się z tym problemem do starosty, bo była praktyczną kobietą i doskonale wiedziała, że sytuacja go przerasta.  Maryja nie zwraca się z tym do pana młodego, bo zapewne też byłby bezradny. Zwraca
się do swojego Syna do Jezusa. To Jej na pozór banalne stwierdzenie faktu: Nie mają wina, otwiera Jego cudotwórczą
działalność.Odpowiedź, jaką usłyszała od Syna, była niewątpliwie twarda. Czy to Moja lub Twoja sprawa, Niewiasto?
Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?  Maryja zostawia tę ludzką wypowiedź Jezusa na pozór bez reakcji. Jakby
ignorując opinię Syna, zwraca się do sług ze słowami: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Jest to ostatnie zdanie wypowiedziane przez Nią na kartach Ewangelii.
Maryja ma pełną świadomość faktu, po ponad 30 latach mieszkania z Jezusem pod jednym dachem, że mieszkała nie tylko
 z prawdziwym człowiekiem, który jakby komunikuje – to nie nasza sprawa, ale również mieszkała z prawdziwym Bogiem,
dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. To właśnie, swoim ostatnim zdaniem, zwraca się do Jego Boskiej natury i niejako
 wywołuje nadprzyrodzoną reakcję – cud.
Pierwszym odbiorcą tego daru jest Pan Młody. Można zapytać: - a czym sobie na to zasłużył? Przecież o nic nie prosił,
o nic nie pytał, o niczym nie wiedział. Mało tego jeszcze na końcu zebrał pochwałę. Wystarczyło jedynie to, że nie wyrzucił
Jezusa za drzwi.
I w tym miejscu trzeba zaznaczyć, że na tym właśnie polega ślub kościelny, czyli sakrament małżeństwa. Na zaproszeniu Chrystusa do tej przestrzeni ludzkiej cudownej miłości między mężczyzną a kobietą i nie wyrzuceniu Go za drzwi. Smutne doświadczenie uczy, że w wielu, bardzo wielu związkach między ochrzczonymi, nie ma miejsca dla Jezusa. A nawet jak jest zaproszony, bardzo często i bardzo szybko ląduje za drzwiami. Zarówno u jednych, jak i u drugich, pretensji o brak cudu, nie brakuje i to posuniętych aż do stwierdzenia – po co On w moim małżeństwie i w moim domu. Następne będzie bez Niego.
Wielu jest takich, którzy w swojej pomroczności tak pozamykali serca i drzwi, że dla Boga nie zostawili najmniejszej szczelinki. Pogubienie się takich rodziców, rzutuje na pogubienie się dzieci i można tu przytoczyć słowa, które Bóg skierował do skądinąd dobrego kapłana Helego, który jednak źle wychował swoich synów: Dlaczego szanujesz bardziej synów swoich niźli mnie?
(por. 1 Sm2,29)
Wielu patrzy na swoje coraz bardziej dramatyczne życie i swój coraz mniej atrakcyjny dom i mówią: - tu się już nic
nie da zrobić. I tak żałośnie czekają, aż śmierć rozwiąże  ich życiowe problemy. Smutne!
To właśnie dla nich szczególnie w tej ewangelicznej scenie nieprzypadkową jest postać Maryi. To Ona wstawia się
 u Jezusa tam, gdzie po ludzku nie ma już nic, gdzie nie świeci już żadne światełko. Może warto do Niej się zwrócić,
 póki zegar życia jeszcze tyka.I na zakończenie jeszcze jedno. Wody do stągwi Pan Jezus w Kanie nie nosił. Wykonuj
Jego polecenia nawet wtedy, gdy będziesz w 100% pewny, że są nielogiczne!

 

                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

 

Niebezpieczny Mesjasz
(Mt 2,1-12)
Współczesny świat w wielu swych odsłonach,  przypomina  Palestynę czasów Heroda Wielkiego.
  Ten niezmiernie błyskotliwy i giętki polityk, wszystko i wszystkich w swoim życiu, podporządkował
 idei władzy, którą sprawował na powierzonym sobie terenie, z nadania  Imperium Rzymskiego.
Z pochodzenia Idumejczyk, religię i świątynię traktował instrumentalnie, jako spolegliwe narzędzie
do sprawowania władzy, tym różniące się od innych, że trzeba się nim szczególnie ostrożnie obchodzić,
zachowując grę wszelkich możliwych pozorów.  Wobec cesarza Imperium był całkowicie spolegliwy,
natomiast wobec poddanych  bezwzględny i okrutny, mistrzowsko tworząc i wykorzystując wszelkie
między nimi zaistniałe podziały.  Herod miał gębę  pełną dobroci, życzliwości i słodyczy, w czynach
 zaś był pozbawiony  jakichkolwiek skrupułów.  Po trupach, nawet najbliższych realizował swoją  
wizję państwowego ładu. Dzięki Józefowi Flawiuszowi wiemy o nim dużo i wiemy, jak bardzo jego
osoba rzutowała na atmosferę Jerozolimy, pałacu i całej Palestyny. Przekaz Ewangelii św. Mateusza
 o przybyciu mędrców ze Wschodu i o rzezi niewinnych dzieci w okolicy Betlejem, znakomicie wpisuje
 się w obraz nakreślony przez żydowskiego historyka.
Wydawać by się mogło, że tak miejsce, jak  i czas na narodzenie Mesjasza, był bardzo niestosowny.
Kiedy jednak patrzymy na to fundamentalne wydarzenie w dziejach świata z perspektywy historii,
to musimy stwierdzić, że plan Boga był perfekcyjny. Nie było dla Jezusa lepszego czasu, nie było
dla Jezusa lepszego miejsca i lepszych okoliczności.
Uzbrojeni więc w wiarę i pokorę intelektu przejdźmy wraz z gośćmi z odległej wschodniej krainy
przez pałac Heroda. Przybyli owi Mędrcy ze Wschodu do Jerozolimy przyprowadzeni przez gwiazdę,
którą bez wątpliwości łączyli z  Mesjaszem, który już przyszedł na świat, jako nowo narodzony król żydowski. Musieli
 być owi goście  wyjątkowi, skoro Herod nie tylko wpadł w przerażenie,
ale i osobiście, lecz po swojemu,  zaangażował się w ich misję. Niewątpliwie na ową wyjątkowość składała się,
zarówno wiedza, jaką dysponowali  i to ta, astronomiczna, jak i ta, dotycząca Mesjasza,
 a także sposób jej przekazu. Było to dla Heroda  na tyle realne zagrożenie, że zebrał wszystkich arcykapłanów
i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Oni zaś, zgodnie
z proroctwem Micheasza (5,1), wskazali na Betlejem.  I tam też wysłał ich Herod, ale już potajemnie
się  z nimi spotykając, albowiem  miał pewnie zamiar cichego zlikwidowania konkurenta do tronu.
Fakt, że prowadzeni gwiazdą Mędrcy nie ominęli Jerozolimy, pałacu Heroda i konfrontacji
z dostojnikami świątyni i ekspertami w Piśmie,  ma swoje znaczenie zarówno w Bożym planie
zbawienia, jak i zapewne w osobistym życiu każdego z uczestników tego wydarzenia.
Kiedy opuścili Jerozolimę Mędrcy udali się w dalszą drogę. W porównaniu z setkami kilometrów,
które przeszli wpatrzeni w niebo i w swoje umysły i serca, tworząc zapewne i między sobą
swoistego rodzaju jedność, te 8 kilometrów do Betlejem, było krótkim, ale najważniejszym odcinkiem. 
Trzeba teraz oddać głos Ewangeliście: A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed
nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę,
bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli
na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło
 i mirrę.
Nie tylko zatrzymanie się gwiazdy, ale przede wszystkim relacja między Matką i Dziecięciem,
 tak zwyczajna, taka ludzka, sprawiła, że w niej zobaczyli obecnego Boga.  I to doświadczenie
zwaliło ich z nóg. Oddali pokłon Dziecięciu i takie złożyli Mu dary, dla Króla – złoto, dla
Boga – kadzidło, dla Człowieka – mirrę. Trzeba przyznać że, wiedzieli, Kogo szukali. 
Po tym doświadczeniu, Mędrcy, tworząc zapewne i między sobą nową relację,  inną drogą
udali się do ojczyzny. Jest to bardzo mocny, głęboki i ponadczasowy tekst.
Dzisiaj, w tym świecie, który panicznie tak jak król Herod, boi się Mesjasza,  stawiam sobie   
pytanie o moje spotkanie z Dzieciątkiem Jezus i o moje z Nim relacje. Stawiam sobie pytanie:
Czy ci, którzy na mnie patrzą, widzą Boga, czy też tylko mnie człowieka, który sobą
Boga skutecznie przesłania?
 
                                                                                                     Ks. Lucjan Bielas

 

 

Na progu
(Łk 2,16-21)
Pasterze, którzy przybyli do stajenki betlejemskiej, mieli wiele do opowiedzenia rodzicom Jezusa,
Maryi i Józefowi. Kiedy to w okolicy trzymali straż nocną, jako że poważnie traktowali swoją pracę
 i bezpieczeństwo powierzonych im owiec,  pojawił się przy nich anioł Pański. Towarzyszący mu nadzwyczajny efekt świetlny, określili jako „chwałę Pańską, która ich zewsząd oświetliła”. 
Jak tylko opanowali strach, dotarły do nich słowa anioła, który zwiastował im narodzenie się Mesjasza w pobliskim Betlejem, zwanym miastem Dawidowym. Znak, po którym mieli Go rozpoznać,
to Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie. Trzeba przyznać, że znak to zaiste szczególny,
jako że żłób to dość nietypowe miejsce dla niemowlęcia. Na dodatek, do tego niebieskiego wysłannika, przyłączyło się  mnóstwo zastępów anielskich, które wielbiły Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał”.
To doświadczenie  kosmicznego wydarzenia na niebieskim firmamencie dla ludzi pastwiska
i nocnych czuwań musiało być wyjątkowo mocnym znakiem.  Nagle ci  przedstawiciele
rzeczywistości ziemskiej,  pełnej pracy, cierpienia i śmierci, stanęli na progu zupełnie innego świata. Wiedzieli
o nim, przez swoją wiarę,
 że jest, lecz teraz objawił im się w zupełnie nadzwyczajny sposób. Doświadczyli świata
nieśmiertelnych, szczęśliwych, oddających chwałę Bogu. Na dodatek,
na tym progu, na którym się znaleźli, położono im uroczyście klucz do wejścia, klucz, na który długo ludzie czekali. 
Jest nim Mesjasz, o którym dowiedzieli
 się, że narodził się w  Betlejem. Chór aniołów przekazał im cenną informację, a mianowicie,
 jak z tego Klucza skorzystać. Trzeba tak żyć, aby być człowiekiem, który podoba się Bogu. Przyjąć
Jego misję i wypełnić ją. To daje pokój serca na ziemi, a Klucz – Mesjasz  otwiera wtedy drzwi wieczności.
I tak oto pasterze, z tym wyjątkowym doświadczeniem stanęli na progu betlejemskiej stajenki
i trudno sobie nie wyobrazić, by  ich kolana nie ugięły się przed Niemowlęciem złożonym w żłobie. Doskonale
 już wiedzieli, drzwi jakiej rzeczywistości ten Klucz – Mesjasz, otwiera. Jakże musiało promieniować,
 to miejsce bydłu przeznaczone, ludzką radością płynącą z wiary tych, którzy tutaj byli, przy Bogu,
który postanowił z nieskończonej miłości i z wszechmocą działania,
stać się jednym z nas i to takim malutkim. Postanowił stać się człowiekiem, abyśmy byli dziećmi
Boga i dziedzicami nieba.
W tym wirze radości, kiedy to niebo otwiera się na ziemi, Ewangelista akcentuje postawę Maryi: zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. Była najbliżej i wiedziała najwięcej. Poczęła i porodziła dziecko, zachowując swoje dziewictwo. Widomy znak wszechmocy Boga w
Jej ciele i w Jej życiu. Tej postawy czytania obecności Boga, zachowywania i rozważania w swoim sercu, tego, co się wydarzyło, warto od Niej się uczyć. Złożyła Dziecię Jezus w żłobie, aby każdy z nas mógł wziąć Go do swego serca, jako jedyny klucz do Nieba.
Dla nas stojących u progu Nowego Roku 2022, a jednocześnie stojących na progu stajenki betlejemskiej, ta postawa
Matki Boga, jest szczególnie potrzebna. Przed nami rok, nieprzewidywalnych wydarzeń, których zapowiedzi są już szczególnie bolesne. Nie wiemy, ilu z nas przeżyje i do jakich jeszcze dojdzie podziałów i napięć. Wiemy, że Kościół Chrystusowy
 przetrwa, ale nie wiemy w jakiej kondycji. Tak więc pełni lęku, na progu czasów i na progu stajenki betlejemskiej stoimy
i pragniemy
od Maryi się uczyć. Przede wszystkim wolności od grzechu, aby w naszym sercu było zawsze miejsce
dla Chrystusa – Wcielonego Słowa Boga, obecnego w Eucharystii. To właśnie przez Eucharystię, złożony w betlejemskim
żłóbku Jezus staje się kluczem do Nieba w moim sercu.
Warto więc uczyć się od Maryi korzystania z umysłu, pamięci i serca. Kiedy elementem łączącym
te ludzkie funkcje staje się obecny w nas  Bóg – Jezus, wtedy  następuje harmonia w człowieku
nawet w najbardziej trudnych sytuacjach.
Weryfikacją prawdziwej pobożności Maryi, jest stajenka pełna ludzi wielbiących Boga,
pomagających sobie wzajemnie i rozmawiających ze sobą.
Na progu Nowego Roku, na progu stajenki betlejemskiej proszę Cię Panie Jezu, abym
zrozumiał jej przesłanie na pandemię i niespokojne czasy. Abym nie zapomniał zabrać
ze żłóbka do mojego serca Jezusa – Klucz.
 
                                                                                                            Ks. Lucjan Bielas
 

 

 

 

 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ODWIEDZIŁO NAS        
 
                           
             Admin   slpro@op.pl   FB  Czesław Sławomir Proszek