AKTUALNOŚCI   ZARZĄD    KAPELANI   STATUT   ARCHIWUM   KONTAKT   

 

 
 
 
 
 
 
                                
   Rozważania Ks.Lucjana Bielasa za 2023r

 

 
  ROK 2024  
 

 

 
         
To Ziarno zawsze wyda plon!
(Ez 17, 22-24; 2 Kor 5, 6-10; Mk 4, 26-34)
Był to koniec żniw w Bawarii w roku 2015. Przed drzwiami zakrystii kościoła parafialnego w Grafentraubach, zaprzyjaźniony rolnik, właściciel eksperymentalnego gospodarstwa, Pan Emil, wręczył mi oryginalny prezent. Była to zamknięta w przeźroczystym opakowaniu, garść ziaren jęczmienia. Wyjął jedno z nich i trzymając je w palcach, powiedział słowa, które z jego ust i na tym miejscu miały dla mnie szczególne znaczenie.  – Proszę  księdza,  w tym małym ziarenku jest ukryty przez Stwórcę ogromny potencjał mocy. Żadne laboratorium w świecie nie jest w stanie stworzyć jednego takiego ziarenka.
Od tamtego czasu, kiedy tylko czytam słowa Chrystusa zawarte w Ewangelii o ziarnie wrzuconym w ziemię, mam przed oczyma twarz pana Emila i słyszę jego słowa wypowiedziane z wiarą i życiowym doświadczeniem.
Jakże bliski był obraz ziarna wrzuconego w ziemię samemu Jezusowi skoro użył go do przybliżenia nam prawdy o Jego dziele, o Królestwie Bożym. Sam Jezus jest tym ziarnem, które zostało wrzucone w glebę tego świata. Wydaje się, że było to tak niewielkie wydarzenie w historii świata – śmierć  jednego człowieka. Tymczasem ta śmierć,  nierozerwalnie złączona z Jego zmartwychwstaniem, nabrała nowego znaczenia o ponadczasowym wymiarze. Tak oto malutkie ziarenko, takie, jak
to ewangeliczne ziarenko gorczycy, a wyrósł z niego wspaniały krzew – Kościół  Chrystusowy. Dzisiaj z perspektywy tylu wieków, tylko najbardziej prymitywni ludzie tego faktu nie dostrzegają.
Ten fenomen ziarna, jakim jest Jezus, działa nie tylko w skali makro, ale też i w skali mikro. Jezus – Ziarno, przez sakrament Chrztu świętego jest wrzucony
w ludzkie serca i umysły. Wolny człowiek, kiedy tylko zaakceptuje to Ziarno i pozwala Mu wzrastać, na własnym polu obserwuje cudowne i niewytłumaczalne ludzkim umysłem procesy rozwoju i wydawania plonów. I tak jak to czyni świadomy rolnik, może z wdzięcznością podziwiać i wychwalać Boga Stwórcę i Odkupiciela.
Sam Jezus zachęca nas do czujności, albowiem Zły Duch, robi wszystko i będzie robił wszystko, aby Boże plony zniszczyć.
W tych dniach przeżywamy w Polsce beatyfikację Sługi Bożego ks. Michała Rapacza. Był on administratorem parafii katolickiej w Płokach. Został zamordowany
12 maja 1946 roku przez członków komunistycznej bojówki. Wydawało się owym mordercom, że przyszły nowe czasy, w których już nie ma miejsca dla Chrystusa
 i dla Jego gorliwych kapłanów. Tymczasem fakt beatyfikacji ks. Michała jest krzykiem Chrystusa Zmartwychwstałego, Ziarna wrzuconego w glebę tego świata, którego wyrwać już nie można i które zawsze wyda plon – wcześniej czy później. 
Niech ten krzyk Chrystusa – Ziarna, będzie dla wrogów przestrogą, dla słabych napomnieniem, zaś dla dobrych zaś rolników swej duszy, umocnieniem.                                                                                                                                                                            
 
                                                                                                                                      Ks. Lucjan Bielas
 
 
Jeśli chcesz się dzisiaj przyznać do Jezusa, musisz to wiedzieć!
(Rdz 3, 9-15; 2 Kor 4, 13 – 5, 1; Mk 3, 20-35)
Idąc przez życie drogą Ewangelii, trzeba liczyć się z bardzo brutalną rzeczywistością. Po pierwsze trzeba liczyć się z faktem, że nie będzie się do końca zrozumianym pośród najbliższych, nawet we własnej rodzinie. Po drugie, trzeba być gotowym na to, że środowisko, zarażone innymi wartościami, będzie traktowało takiego „inaczej myślącego”, jak szkodnika i wroga. Sam Jezus, na kartach Ewangelii św. Marka, wprowadza nas dzisiaj w wydarzenie, które
On przeżył, również i po to, aby swoich uczniów przygotować na zmierzenie się z niezrozumieniem przez jednych i odrzuceniem przez innych. Przygotowuje nas
na to, jak zmierzyć się z najbardziej bolesnymi zarzutami.
Jezus przebywał w Kafarnaum, w domu Piotra, który stał się niemal Jego domem. Gromadziły się wokół Niego tłumy ludzi. Któż nie miał sprawy do Niego?  Bo
jak nie głowa „popsuta”, to ciało chore. Kto nie chce kogoś mądrego posłuchać, poczuć się przy nim kochanym i wrócić do domu po takim spotkaniu uzdrowionym
 i szczęśliwym.  Dla wielu jednak było to, co Jezus czynił i mówił tak inne i niezrozumiałe, że twierdzili, iż: Odszedł od zmysłów. Ta opinia dociera do krewnych
w Nazarecie. Oni to w poczuciu więzi rodzinnych z jednoczesnym brakiem zrozumienia Jezusa, udają się do Kafarnaum (ponad 30 km), żeby Go powstrzymać.
O wiele mocniejszy zarzut został skierowany przeciwko Jezusowi przez ówczesną elitę intelektualną, a mianowicie przez uczonych w piśmie, którzy przybyli
aż z Jerozolimy: Ma Belzebuba i mocą władcy złych duchów wyrzuca złe duchy. Możemy sobie wyobrazić, jak, po ludzku rzecz biorąc, Jezusa musiał taki zarzut zaboleć. Było to, wydawać by się mogło,  precyzyjne uderzenie w istotę Jego misji.
Lekcja pierwsza: Jezus zachował całkowity spokój.
Korzystając z przypowieści, przeciwnikom spokojnie odpowiedział, wykazując brak logiki ich ataku: Jak może Szatan wyrzucać Szatana? Jednocześnie Jezus, swoim przeciwnikom, udzielił upomnienia, które zawiera w sobie największy ciężar gatunkowy. Opowiadanie kłamstwa o Nim, że  Ma ducha nieczystego, wprost prowadzi człowieka do zamknięcia się na miłosierdzie Boże i świadome go odrzucenie. Dlatego też padają tutaj słowa, które każdemu myślącemu szeroko otwierają oczy: Wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.
Lekcja druga: Jezus i Matka.
Dzisiejsza liturgia przywołuje scenę z biblijnego raju, kiedy to wszechwiedzący Bóg pytaniem zmusił człowieka, który zgrzeszył, do określenia swojej życiowej lokalizacji: Adamie gdzie jesteś?  Kiedy już rzeczy zostały jasno nazwane, człowiek wraz z karą otrzymuje nadzieję, a jest nią – niewiasta i jej potomstwo. To oni zmierzą się z Szatanem i pokonają go. Jest to pierwsza biblijna zapowiedź Bogarodzicy Maryi i jej Syna, Jezusa Chrystusa, prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka.
Maryja, na weselu w Kanie Galilejskiej, dała wyraz głębokiej wiary w Bóstwo Chrystusa. Po ponad 30 latach wspólnego mieszkania z Jezusem wiedziała kim On Jest. Teraz nie dystansuje się od pogubionej rodziny, która chce Jezusa powstrzymać. Towarzyszy im w drodze do Kafarnaum, w drodze do Jezusa.
Kiedy stanęli przed otoczonym tłumem domem w Kafarnaum i doniesiono o tym Jezusowi, On wypowiedział słowa, które są cudowną pochwałą Maryi, zawsze pełniącej wolę Ojca Niebieskiego, a dla nas drogą do największego zaszczytu, przynależności do Jego rodziny: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?
 I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką”.
Ujmując rzecz krótko: w swojej rodzinie trzeba żyć, ale z Jezusem trzeba być.
Kiedy wizualnie Kościół Chrystusowy się wyludnia, kiedy ataków na mających odwagę przyznawania się do Niego jest coraz więcej, warto ze spokojem te dwie dzisiejsze lekcje przepracować i podziękować jeszcze raz Jezusowi za dar Najświętszej Maryi Panny.
 
                                                                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

 

 
Pan szabatu i niedzieli
(Pwt 5, 12-15;  2 Kor 4, 6-11;  Mk 2, 23 – 3, 6)
Stwórca człowieka wpisał w jego duszą potrzebę świętowania. Święta i świątynie obecne w historii ludzkości informują nawet najbardziej sceptycznych o tym bezdyskusyjnym fakcie. Jest coś takiego jak pojęcie świętego czasu i świętego miejsca. Dla normalności człowieka i jego relacji zarówno ze Stwórcą, jak i z bliźnimi jest potrzeba regularnego przebywania w świętym czasie na świętym miejscu.
Kiedy to Bóg dla dobra pogubionego człowieka sam stał się człowiekiem i zamieszkał pośród nas, podjął trud uzdrowienia człowieka i jego relacji. Wtedy to z natury rzeczy uzdrowił również ludzkie świętowanie. Zostawił człowiekowi wolność, lecz zdecydowanie zażądał odpowiedzialności.
Słyszeliśmy dzisiaj, jak Jezus Chrystus stanął w obronie swoich uczniów, którzy zostali zaatakowani przez przewrotnych faryzeuszów, że naruszają świętowanie szabatu, albowiem oni przechodząc pośród zbóż, zrywali kłosy. Po pierwsze, głodnemu człowiekowi prawo na coś takiego zezwalało (nie można było użyć sierpa – Pwt 23,26), po drugie, na co Jezus wskazał, była wyższa konieczność naruszenia spoczynku szabatowego – głód. Słowa, jakie wtedy zostały przez niego wypowiedziane, są absolutnie kluczowe i wpisują się w całą ludzką historię: To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy jest Panem także szabatu. Panem więc dnia świętego jest Bóg, a nie człowiek. Ten dzień jest darem Boga dla człowieka. Wielu przewrotnie myśląc, uważa, że to człowiek jest panem szabatu, popełnia gigantyczne błędy w zarządzaniu czasem.
Tymczasem Jezus prowadzi nas do synagogi na kolejną lekcję świętowania. Zanim uzdrowił uschłą rękę jednego z uczestników szabatowej modlitwy, wyciągnął go z tłumu i postawił zebranym zasadnicze pytanie: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego, czy coś złego? Życie uratować czy zabić? Odpowiedź była oczywista, a uzdrawiając chorego człowieka, zdjął im przysłowiowy wiatr z żagla, choć w ich sercach dalej została przewrotność. Pokazuje to, jak trudno upartemu człowiekowi wytłumaczyć sens świętowania.
Swoje bycie Panem ludzkiego świętowania, Jezus wypełnia, ustanawiając Najświętszą Ofiarę. Zmartwychwstał w noc między żydowskim szabatem i rzymskim Dniem Słońca. To właśnie wtedy Jego uczniowie na Jego polecenie sprawują pamiątkę Jego Ostatniej Wieczerzy – Eucharystię. W tym świętym czasie, na świętym miejscu, uobecnia się dzieło zbawcze Chrystusa i On sam jest obecny pod postaciami chleba i wina, stając się boskim pokarmem śmiertelnego człowieka.
Trzeba nie mieć wiary, by w tym wydarzeniu nie uczestniczyć!
Prawie pół wieku temu, na krakowskich plantach, jako młody student teologii, spotkałem ciekawego młodego człowieka z Baku z Azerbejdżanu wówczas ZSRR. W entuzjazmie młodego teologa zapytałem go, czy ludzie w Baku uczęszczają do cerkwi. W odpowiedzi usłyszałem, że on lubi chodzić do cerkwi, bo tam przeżywa doświadczenie spotkania ze Świętością, ale on nie uważa siebie za człowieka wierzącego. I  dodał, takich jak on jest wielu, wierzących zaś niewielu. Kto więc, według Pana, pytam dalej, jest człowiekiem wierzącym? To taki, odparł, który zna swój czas i swoje miejsce. Jak to rozumieć? – pytam dalej. W odpowiedzi usłyszałem – wierzący,  to taki człowiek, który jak jest dzień święty, idzie do cerkwi niezależnie od pogody i własnych nastrojów. W tym świętym czasie jest to jego święte miejsce. Niestety, dodał, takim wierzącym człowiekiem nie jestem. To była jedna z rozmów, które zostają w sercu na całe życie.
Kilka tygodni temu, w zakrystii pewnego kościoła, pewien inteligentny lektor, znakomity informatyk pochwalił się, że leci w najbliższą środę do Japonii na kilka dni. Zapytałem natychmiast – a gdzie będziesz w niedzielę na Mszy św.? Szymon błyskawicznie wymienił nazwę pobliskiej miejscowości, w której jest kościół katolicki i możliwość uczestniczenia w niedzielnej Eucharystii. Mogłem tylko powiedzieć – jesteś odpowiedzialny – leć do Japonii
 
                                                                                                                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas
 
 
Dwa wyjścia
(Wj 24, 3-8; Hbr 9, 11-15; Mk 14, 12-16. 22-26)
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa – w tradycyjnej nazwie Bożego Ciała (przed Soborem Watykańskim II, Uroczystość Najświętszej Krwi Chrystusa była obchodzona – 1 lipca), to uroczystość, której Diabeł bardzo nie lubi. Jest on bowiem zainteresowany władzą nad światem, umiłowaniem kłamstwa i materii, zniewoleniem skłóconych ludzi i zamknięciem swoich największych wrogów w kościelnej kruchcie. Tymczasem w Uroczystość Bożego Ciała, świątynie się otwierają i wrogowie Szatana wraz ze swoim przywódcą Chrystusem wychodzą na ulice.
W Polsce Ludowej, władze państwowe  reprezentujące dość prymitywną lewicę, utrudniały zezwolenia na procesje, natomiast ich uczestników na różne sposoby szykanowały. Organizowano w świąteczne przedpołudnie różnego rodzaju atrakcje skierowane głównie do dzieci i młodzieży. Dzisiaj władza daje „kolorowe” światełka na jeszcze bardziej wyrafinowane ataki przeciw Kościołowi Chrystusowemu. Tego diabelskiego szamba nie można lekceważyć, ale też nie można dać się
w nim zatopić. Wyciągnąwszy z niego, jak z nawozu, właściwe wnioski trzeba robić dalej to, co nasz wszechmogący Zbawiciel od nas oczekuje.
A oczekuje od nas głębokiej wiary w Jego obecność pod postaciami chleba i wina. Oczekuje od nas takiego zjednoczenia z Nim, które zaowocuje przemianą naszego życia i naszych międzyludzkich relacji. Daje się to sprowadzić do naszych dwóch wyjść na ulice. Pierwsze to wyjście liturgiczne w tradycyjnej procesji Bożego Ciała. Drugie zaś wyjście, można powiedzieć, że jeszcze ważniejsze, to nasze wyście po przyjęciu Komunii świętej ze świątyni w naszą codzienność. Celem tego wyjścia jest jej uświęcanie, czyli, i nie bójmy się tego powiedzieć, jej unormalnianie.
Znakomity polski malarz XIX stulecia Hipolit Lipiński (1846-1884), polski malarz, członek „szkoły monachijskiej”, a przede wszystkim znakomity obserwator codzienności ludzkiej egzystencji, namalował obraz pt. Procesja Bożego Ciała 1881. Temu, niestety zapomnianemu artyście udało się dokonać syntezy tych „dwóch wyjść”. Użył dostępnego mu języka i zrobił to po mistrzowsku. Otóż przedstawił on formującą się procesję Bożego Ciała, która wyruszała z kościoła św. Barbary
w Krakowie. W niezmiernie realistyczny sposób ukazał międzyludzkie relacje ówczesnych Krakowian, odświętnie ubranych, stanów i wieku różnego. Choć nie widać monstrancji z Najświętszym Sakramentem, to jednak widać Jezusa obecnego w ludzkich sercach, ludzkich gestach i ludzkich kontaktach. Patrząc na ten obraz, chciałoby się przejść przez to płótno, przejść przez barierę czasu i do nich się dołączyć. Przyznam się, że jako kapłan związany z krakowską rzeczywistością, bardzo często wpatruję się w ten obraz, na nowo odkrywając, ukryte w nim perełki. (https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Hipolit_Lipi%C5%84ski_-_Procesja_Bo%C5%BCego_Cia%C5%82a_1881.jpg)
Jestem głęboko przekonany, że ten sam Chrystus, przemienia również serca  nas obecnych na dzisiejszej liturgii i formujących uroczystą procesję Bożego Ciała. Jestem również głęboko przekonany, że tan sam Chrystus pozwoli nam wyjść w następne dni na drugą procesję, jeszcze ważniejszą, w procesję Bożego Ciała w naszej codzienności rodzinnej, sąsiedzkiej i zawodowej.
Jestem głęboko przekonany, że razem z Chrystusem pokonamy Szatana Amen!
                                                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas

 

 
„Trzy interwencje Boga w każde ludzkie życie”
(Pwt 4, 32-34. 39-40; Rz 8, 14-17; Mt 28, 16-20) 
Te interwencje opisane są jednym znakiem krzyża świętego, który czynimy od wczesnego dzieciństwa do późnej starości. W tym znaku zostaliśmy ochrzczeni
i tym znakiem chcemy zamknąć nasze życie, nawet jeśli się ono mocno pokiereszowało. Tym znakiem zaczynamy i kończymy nasze dni, nasze modlitwy
i pracę.  Ten wyjątkowy znak, jak żaden inny, w największym skrócie, acz z największą głębią tłumaczy nam świat i człowieka.
Znakomicie opisał znak krzyża świętego w jednym ze swoich kazań, sługa Boży bp Jan Pietraszko, jako znak – „trzech interwencji Boga w każde ludzkie życie”. Niejako po jego kierunkiem w dzisiejszą Uroczystość Trójcy Przenajświętszej, warto nam chwilę nad tym znakiem się zatrzymać, aby czynić go bardziej świadomie
i godnie, aby z nawyku stał się świadomą modlitwą.
Pierwsza interwencja Boga – Ojca wszystkich rzeczy, Boga Stworzyciela – tłumaczy mi w sposób najbardziej podstawowy moje ludzkie jestem, moje ludzkie żyję, moje jestem pełne głodu, napięcia, ciekawości, aspiracji, ambicji – i równocześnie pełne lęku i pełne niepokoju. To moje jestem, które zdolne jest wspiąć się na najbardziej zawrotne wyżyny entuzjazmu i optymizmu, i gotowe jest w każdej chwili spaść na dno zniechęcenia i rozpaczy”. Już samo słowo „Ojciec” kryje w sobie nieogarniony potencjał bezinteresownej miłości.
Temu mojemu jestem, istnieję i żyję, Ojciec posyła swojego Jednorodzonego Syna, aby On, będąc Bogiem i będąc jednym z nas, otworzył nam oczy, oczyścił sumienia, uporządkował myślenie, uczynił wolnymi dziećmi Boga i dziedzicami wieczności. Jest to – druga interwencja Boga: „Ta miłość, to Chrystusowe jestem,  nieustannie mnie uzupełnia, pracuje nad moim wnętrzem, nieustannie mnie leczy i nadaje sens mojemu nie zawsze udanemu życiu”. To Jezusowe jestem, ma szczególne znaczenie dla tych, którzy swoje jestem, łączą z Nim w Komunii świętej, przyjmując Jego Ciało i Krew i Jego Bóstwo w swoje człowieczeństwo i w swoje ludzkie życie.
To Jezusowe jestem, budzi nadzieję tam, gdzie w ludzkim jestem, po ludzku jej już nie ma – „bo sprawa, przy której stanął Chrystus i mówi swoje jestem, nie musi
 być stracona”.
Trzecią interwencją Boga, to pocieszenie i obrona, jakie otrzymujemy od trzeciej osoby Boskiej – Ducha Świętego. „Ten, który jest wichrem, rozwiewa tę naszą mączącą doczesną dzisiejszość, zwalnia naszą świadomość, czyni ją pojemną na to wszystko, czego nas Chrystus nauczył, a co nam Duch Jego przypomina i chce, żeby to w nas na nowo ożyło i ciągle odżywiało”.
I tak oto czyniąc świadomie znak krzyża świętego, wchodzimy w życie Boga Trójjedynego, gdzie Każdy Każdemu daje 100% i Każdy od Każdego otrzymuje
100%. Pozwalamy, aby ten Boski wir miłości, z którego wyszliśmy i do którego zmierzamy, coraz bardziej nas ogarniał. Żyjąc tą boską miłością, będziemy stawali
 się wiarygodnymi świadkami Trójcy Przenajświętszej. Inaczej o Bogu na tym świecie mówić się nie da.
 
                                                                                                                                                             Ks. Lucjan Bielas

 

 

 

 
 
Wierzę w Ducha Świętego
(Dz 2, 1-11; Ga 5, 16-25; J 15, 26-27; 16, 12-15)
Wierzę i dzisiaj kolejny raz stawiam sobie pytania, jak tę moją wiarę pogłębić i jak o niej mówić tym, do których jestem posłany?
Najchętniej to, zgodnie z moim historycznym sposobem myślenia, idąc za św. Łukaszem, udałbym się do Jerozolimy w dniu Pięćdziesiątnicy roku 30 i usiadłbym sobie przy wejściu do Wieczernika, w którym byli zgromadzeni uczniowie zmartwychwstałego Jezusa i poczekał na to, co będzie się za chwilę działo.
A podziało się rzeczywiście wiele. Szum jakby wichru, a wichru nie było. Tłumy pobożnych Żydów z wielu narodów przybyłych na święta, teraz gromadzą się właśnie
 w tym miejscu, a nie w świątyni, zaciekawieni nietypowym zjawiskiem. 
Prowadzony przez św. Łukasza zerknąłbym też do wnętrza Wieczernika. Trudno by się było nie oprzeć zdumieniu, kiedy to nad głowami zebranych jawią
się rozdzielające się języki ognia. Pali się on i świeci, ale nie spala, podobnie, jak krzak gorejący na pustyni, z którego Bóg przemawiał do Mojżesza, powołując go
do wypełnienia misji wyzwolenia Narodu z egipskiej niewoli.
W nie mniejsze zdumienie wprowadziłby mnie fakt, że ci przerażeni uczniowie, z mizernym wykształceniem, wychodzą do zgromadzonego tłumu odważnie i mówią obcymi językami.  To nie był bełkot modlitewnego transu, czy też ponad werbalna komunikacja – do był autentyczny dar języków. Ogień i ten dar języków,
to wyznaczenie im kierunku nowej misji wyzwolenia człowieka we wszystkich częściach świata.
To był ich chrzest!
Słyszeli od Jana Chrzciciela, którym byli zafascynowani: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka
u sandałów. On was będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem (Łk 3, 16). Teraz oto ten zapowiedziany chrzest stał się faktem.
I tak oto w tym fascynującym dialogu Boga ze swoim stworzeniem, rozpoczyna się era Ducha Świętego, era, trzeciej osoby Trójjedynego Boga. Ma  Duch Święty swój udział we wszystkim, począwszy od stworzenia świata i człowieka.  Przemawiał przez proroków. Za Jego sprawą w łonie Najświętszej Maryi Panny, Słowo stało się ciałem. Towarzyszył zbawczej misji Jezusa Chrystusa. Zmartwychwstały Mesjasz  przekazuje Ducha Świętego Apostołom, aby w zjednoczeniu z Nim rozumieli Pisma i w Jego asystencji odpowiedzialnie pełnili posługę głoszenia Ewangelii i odpuszczania grzechów. 
Jestem świadomy mojego uczestniczenia w misji Kościoła napełnionego Duchem Świętym. Chcę o Nim mówić, ale nie umiem. Brakuje mi słów na oddanie tej niepojętej rzeczywistości samego Boga. Skromną pociechą jest fakt, że inni też się z tym męczą.  Rozwiązanie jest jedno – o Duchu Świętym można mówić tylko swoim życiem. Zachowanie przykazań, przyjęcie Jezusa i całkowite zawierzenie się Ojcu Niebieskiemu przez Niego, jest otwarciem się na działanie Ducha Świętego, Ducha prawdy, miłości, piękna  i mocy. Najmądrzejsza postawa człowieka w tym dialogu z Bogiem to postawa Najświętszej Maryi Panny: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego (Łk 1, 38). Maryja całą sobą ukazała nam owoce takiej postawy, a św. Paweł precyzyjnie określił jej owoce:
Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa.
A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy.
Nic ująć i nic dodać!
 
                                                                                                                                                        Ks. Lucjan Bielas

 

 
W niewysłowiony sposób stał się nam bardziej bliski jako Bóg, kiedy oddalił się od nas jako człowiek
(Dz 1,1-11; Ef 4, 1-13; Mk 16, 15-20)
 
Tak oto ujął jeden z aspektów wniebowstąpienia Chrystusa św. Leon Wielki (+461). Niewątpliwie ta myśl, dla nas śmiertelnych i krótkoterminowych, jest otwierającą inne ważne prawdy. Ich uświadomienie może pomóc nam,  starającym się myśleć krytycznie, w takim uporządkowaniu naszych ludzkich spraw, aby kiedy to Jezus powróci, a powróci na pewno, zastał nas w radosnym oczekiwaniu, a nie strachem zdjętych.
Świat będzie miał swój audyt – Sąd Ostateczny. Ocenie będą podlegać wszyscy ludzie wszystkich czasów. Oceniającym będzie Jezus Chrystus, który w swej ludzkiej postaci umarł za wszystkich, a jako prawdziwy Bóg ma wiedzę o wszystkich, można powiedzieć – Boską bazę danych. W konfrontacji z Boską prawdą każdy sam odkryje swoje miejsce w wieczności, mozolnie przygotowywane przez niego za życia.
Wniebowstąpienie miało miejsce po 40 dniach ukazywania się Jezusa swoim uczniom w uwielbionym ludzkim ciele, które po Jego zmartwychwstaniu, choć jeszcze na tym świecie, to  podległo prawom nie z tego świata. Fizyczne doświadczenie, niefizycznej rzeczywistości utrwaliło w głowach uczniów informację, że Jezus faktycznie zmartwychwstał. Jego zmartwychwstanie otwarło bramę śmierci i przedefiniowało tym którzy uwierzyli,  doczesne wartości. Przez wniebowstąpienie zaś, stwierdza Leon Wielki, Chrystus wyniósł naszą słabą naturę ludzką na tron Ojca, ponad wszystkie wojska niebieskie, ponad chóry anielskie i wszystkie moce niebios. Uświadomienie sobie tej prawdy jest wyjątkowo mobilizujące dla każdego rozumnego człowieka.  
Ponieważ wchodzimy w przestrzeń myślenia przekraczającą możliwości najbardziej genialnych przedstawicieli rodzaju ludzkiego, Chrystus zsyła nam szczególną pomoc – Ducha Świętego. Trzymając się myśli św. Leona, tak możemy określić Jego działanie: ale teraz Jednorodzonego Syna Bożego, równego Ojcu, dosięga się nie cielesną ręką, lecz duchowym zrozumieniem wiary. Pod jej wpływem następuje niepojęta przemiana człowieka. Wspominany Ojciec Kościoła tak o niej pisze, patrząc na sobie współczesnych: Tej wiary, spotęgowanej wniebowstąpieniem Pana i umocnionej darem Ducha Świętego, nie zdołały przerazić kajdany, więzienia, wygnania, głód, ogień, wydanie na pożarcie dzikim zwierzętom, ani też żadne inne wymyślne katusze zadawane przez okrutnych prześladowców. Bronili jej po całym świecie, aż do rozlewu krwi, nie tylko mężczyźni, lecz i kobiety, młodzieńcy i delikatne dziewice. Ta wiara wypędzała złe duchy, wyzwalała z chorób, wskrzeszała umarłych. 
Czytając rozważania św. Leona, papieża z V wieku, stawiam sobie pytanie, jak ta wiara jest widoczna dzisiaj? Stawiam sobie pytanie, jak ona przemienia moje życie? Przeżywając Eucharystię z wiarą, jestem uczestnikiem całego dzieła zbawczego Chrystusa. Jestem świadkiem również Jego wniebowstąpienia. Adoruję Jego obecność w niebie, a jednocześnie  otwieram siebie na Jego obecność, przez Komunię Świętą, we mnie tu na ziemi. Jezus jest więc w niebie i jest we mnie, na ziemi. Jest i chce działać!
Tę prawdę św. Marek oddał w swoim właściwym stylu, a więc krótko: Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły. Jest w tym sformułowaniu ujęta istota – jeśli chcesz przekonać się o przedziwnej obecności i nadzwyczajnej skuteczności Tego, który zmartwychwstał i wstąpił do nieba, to musisz iść i głosić Ewangelię i to na dodatek – wszędzie. Tak może czynić tylko ten, który jest całkowicie przeniknięty obecnością Boga. Czy takim uczniem Jezusa ja jestem?
Warto sobie to pytanie często stawiać. A wszelkie znaki Jego obecności i działania dostrzegać i Boga za nie codziennie wychwalać.
 
                                                                                                              Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Szlachetny pasterz
(Dz 4,8-12; 1 J 3,1-2; J 10,11-18)

Tak dosłownie należałoby przetłumaczyć słowa Jezusa, którymi nazwał swoją misję pośród nas. Słowa te są zwykle tłumaczone jako – „dobry pasterz”. 
 Owo dosłowne tłumaczenie, bardziej uwypukla fakt, że  Jezus tak określając siebie, objawia heroiczny i chwalebny wymiar swojej misji. Jeszcze bardziej wzmacnia
to stwierdzeniem, że daje życie swoje za owce. Szokujące jest w tym wyznaniu to, że życie owiec nie jest przecież tyle warte, co życie pasterza. Te słowa Jezusa wyrażają prawdę o Jego miłości do człowieka, o miłości Boga do człowieka. Jezus z jednej strony podkreśla swą jedność z Ojcem Niebieskim, a z drugiej
zaś, wskazuje na fakt, że ranga owiec przewyższa rangę zwierząt.
Czuję się zaszczycony i odpowiedzialny, że Jezus jest moim pasterzem. Pastwiskiem, jakie On przygotował jest, Eucharystia.  Tutaj słyszę Jego głos i On sam daje
mi Siebie za pokarm. Obym jeszcze bardziej się wsłuchiwał w to co On do mnie mówi i jeszcze bardziej tym żył. Obym jeszcze głębiej wierzył, że przyjmując Komunię Świętą, przyjmuję pod postaciami chleba i wina całego Jezusa w Jego Bóstwie i Jego Człowieczeństwie. Tylko to zjednoczenie z Nim, domagające się codziennej mojej decyzji i troski, pozwoli mi przetrwać pośród innych owiec, a niebezpieczeństw jest dużo.
Nie brakuje wilków w owczej skórze. Na jednym z placów w Regensburgu, w pobliżu pałacu biskupiego, znajduje się  posąg duszpasterza, o słodziutkim, uduchowionym wyrazie pulchniutkiej twarzy, przysłoniętej rondem szykownego kapelusza. Karmi on gąski, które garną się do niego. Kiedy dociekliwy przechodzień obejdzie posąg wkoło, ujrzy, że z pleców owego jowialnego duszpasterza wysuwa się głowa lisa, który zwabione pozorną dobrocią gąski zagryza. Ten posąg z Regensburga utkwił mi mocno w głowie i jest przede wszystkim dla mnie przestrogą, co może stać się duszpasterzem, kiedy nie ma w nim Chrystusa.
Jednym z wielkich niebezpieczeństw grążących owcom jest tzw. owczy pęd. Zjawisko to występuje nie tylko na giełdzie, ale jest powszechne w życiu społecznym,
a definiowane jako, bezmyślne naśladowanie innych osób. Historia pokazuje, że wystarczy niewiele wilków w owczej skórze, aby wielu niemających własnego zdania poprowadzić do zguby. Krzyczą o tym systemy totalitarne, krzyczy o tym współczesna polityka na wszystkich jej poziomach.
Śmiem twierdzić, że tylko bycie zakorzenionym w Chrystusie, pozwala człowiekowi, być sobą, a wystawionemu na wichry tego świata, nie stać się pomiatanym śmieciem. I tylko wtedy będzie można być współpracownikiem Jezusa w przyprowadzaniu do Jego owczarni zagubionych owiec.
 
                                                                                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

 

 

 
 
Sala sądowa nr 600
(Dz 3, 13-15. 17-19; 1 J 2, 1-5; Łk 24, 35-48)
Jedna z najważniejszych sal sądowych w historii świata, to „sala nr 600”, w której odbywały się rozprawy tzw. procesów norymberskich.
Po zakończeniu drugiej wojny światowej naturalną koniecznością było rozliczenie odpowiedzialnych za zbrodnie. Na miejsce tego doniosłego przedsięwzięcia sądowego wybrano Norymbergę. Proces rozpoczął się 20 listopada 1945 roku. Przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym stanęło 21  oskarżonych, głównych przedstawicieli narodowosocjalistycznego reżimu. W latach 1946 – 1949 przeprowadzono 12 kolejnych procesów, ale już przed amerykańskimi sędziami. Oskarżenie sformułowano jako zbrodnie przeciwko pokojowi oraz zbrodnie przeciwko ludzkości. Sędziowie stanęli przed bardzo odpowiedzialnym wyzwaniem, dotyczącym nie tylko oceny dramatycznej przeszłości, ale i stworzenia podstaw pod budowę przyszłości. „Zasady norymberskie” sformułowane w Karcie Międzynarodowego Trybunału Wojskowego stanowią dziś podstawę Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. 
Będąc w Norymberdze po odwiedzeniu muzeum – Memorium Procesów Norymberskich, udałem się do słynnej „sali sądowej nr 600”. Uderzyło mnie,
że w centralnym miejscu został zawieszony duży Krzyż Jezusa Chrystusa, a przecież podczas procesów, tego krzyża tam nie było. Nie słyszałem jednak, aby ktoś dzisiaj kwestionował jego miejsce w tej właśnie sali. Jezus Chrystus jako prawdziwy człowiek i prawdziwy Bóg, swoją ofiarą zadośćuczynił za wszystkie ludzkie grzechy. W Jego Krzyż jest wpisana nie tylko śmierć, ale również Jego zmartwychwstanie i powtórne przyjście, ale już  jako sędziego, który nie tylko dopełni sprawiedliwości, ale dokona naprawy wszelkiego zła. Tylko On może tego dokonać.
Tak jak wspomniałem, podczas procesów krzyża na „sali sądowej nr 600” nie było. Jednakże przesłanie trzech marmurowych portali, których przesłonić się nie dało, było i jest mocne, ale zostało ono przemilczane. Portale przedstawiają grzech Adama i Ewy, wagę, symbol sprawiedliwości i tablice Dekalogu. Procesy norymberskie o grzechu, o naruszeniu prawa Bożego nic nie mówiły. Było to zapewne pokłosiem przemian, którym patronowały między innymi, rewolucja burżuazyjna, rewolucja techniczna, totalitaryzmy, z którymi niby to walczono.  Człowiek, a nie Bóg stał się punktem odniesienia. I tak zaczęto budować powojenny świat i tak buduje się go do dzisiaj. Wielu politykom, wielu ludziom i niestety wielu przedstawicielom Kościoła Chrystusowego wydaje się, że mają prawo decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Stają tak jak Adam i Ewa pod rajskim drzewem poznania dobra i zła, a kuszeni przez Szatana popełniają tę samą głupotę. Zapomnieli, że prawodawcą jest Bóg, a konsekwencje straszne.
Krzyż w „sali sądowej nr 600” jest nadzieją, ale i przestrogą. Kiedyś wybrano w Niemczech narodowy socjalizm i niestety w dużej mierze przyczyniły się do tego kobiety. Konsekwencje tego wyboru były straszne. I ten Krzyż wiszący na „Sali sądowej nr 600”, przypomina, że Sąd Ostateczny będzie i to według prawa Bożego,
a nie ludzkich pomysłów. I co ważne – staniemy na nim wszyscy! Warto o tym pamiętać, kiedy kształtując współczesny świat, ojczyznę i nasze miasto oddajemy nasze głosy. Choć są anonimowe, na końcu końców, każdy za swój odpowie.
Dzisiaj tych, którzy chcą się spotkać z Jezusem i razem z Nim przejść przez życie, zaprasza On do sali, gdzie zgromadzili się Jego uczniowie. Zmartwychwstały Jezus pokazuje nam swoje śmiertelne rany w ciele, które podlega już innym kategoriom bytu. Chce oświecić nasze umysły, abyśmy rozumieli Pisma. Tym, którzy uwierzą, poleca, aby byli świadkami tego. Można dodać – odważnymi i odpowiedzialnymi świadkami.
 
                                                                                                                                                          Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Pokój wam
(Dz 4, 32-35; 1 J 5, 1-6; J 20,19-31)
 Tam, gdzie przebywali uczniowie w dniu zmartwychwstania, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Wykorzystajmy fakt, że te drzwi dla nas zostały otwarte
 i że żaden ze zgromadzonych  tam uczniów Jezusa nas się boi. Uradujmy się wraz z obecnymi pojawieniem się zmartwychwstałego Pana. Razem z nimi otwórzmy nasze umysły i serca na wypowiedziane przez Niego słowa powitania: Pokój wam. Ważne jest to, że słowa te wypowiada zmartwychwstały Jezus, jedyny, który może każdemu, bezgranicznie Mu ufającemu, dać prawdziwe bezpieczeństwo, a nie tylko zaoferować jego poczucie.
Można postawić pytanie, w otaczającej nas rzeczywistości szczególnie ważne: na czym polega owo bezpieczeństwo, które oferuje Jezus?
Wpierw jednak domaga się odpowiedzi pytanie: czego się tak naprawdę najbardziej boimy? Poddając analizie różne ludzkie opinie na ten temat, jestem głęboko przekonany, jako już nieco doświadczony kapłan, że najbardziej boimy się grzechu i ciemnej wieczności. Ciemnej, to znaczy – bez miłości. Wszystkie ludzkie opowieści na ten temat, tak naprawdę do tego się sprowadzają.
Na czym więc polega ów Pokój Jezusa?
O ile wiara w istnienie życia pozagrobowego jest obecna w powszechnej świadomości ludzkości, to Jezus swoim zmartwychwstaniemy, czyni ją elementem życia,
a nie biernego oczekiwania. Znakiem rozpoznawczym zmartwychwstałego Jezusa są śmiertelne rany w Jego ciele. Chociaż są one fizycznie doświadczalne, to jednak podlegają zupełnie innym prawom. Ciało zmartwychwstałego  Jezusa jest  kategorią bytu, całkowicie przekraczająca naukowe możliwości i wyobrażenia człowieka. Bóg przygotował ową kategorię bytu dla każdego, który otworzy się na dzieło zbawcze Jego Syna. Tylko Bóg, znający głębię sumienia każdego człowieka, może
go sprawiedliwie ocenić. Ta Boża ocena, zawiera w sobie jednocześnie sprawiedliwość i miłosierdzie, co po ludzku wydaje się trudne do pogodzenia.
To nie przypadek, że Jezus, zaraz po swoim zmartwychwstaniu, pierwszego dnia, wyciąga rękę do wszystkich, którzy uczciwie patrząc w swoje sumienie,
są zasmuceniu z powodu faktu grzechu. Wybranym uczniom przekazuje misję Jego miłosierdzia i sprawiedliwości: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Jezus ustanowił Sakrament Pokuty i tylko On miał prawo to uczynić. Umierając na krzyżu jako prawdziwy człowiek o nieskończonej godności, prawdziwego Boga, dokonał dzieła o nieskończonej wartości, którym „zbilansował” ludzki grzech. Jezus swoje nieskończone miłosierdzie okaże tym, którzy się do Niego zwrócą. On jednak ustanawia warunki. Posługuje się drugim człowiekiem, który tak jak wszyscy jest grzesznikiem, lecz daje mu Ducha Świętego i władzę odpuszczania grzechów. To Jezus w tym akcie wyznania grzechów, żalu i postanowienia poprawy, dokonanym przed spowiednikiem, przebacza i czyni człowieka prawdziwie wolnym. Nikt sam sobie grzechów nie odpuści, nikt sam siebie nie rozgrzeszy. Papież też musi iść
do spowiedzi.
Jestem jednak całkowicie świadomy tego, że cały powyższy wywód o logice zbawienia, będzie niezrozumiały, jeżeli nie będzie wpisany w cudowny dialog miłości między Bogiem a człowiekiem.
 
Pamiętam jak wiele lat temu podczas Sakramentu Pokuty spowiednik, kapucyn, powiedział do mnie proste zdanie: „Jezus jest miłosierny”. Powiedział to z takim wewnętrznym przekonaniem, że ta prawda, którą przecież znałem i głosiłem, przeorała na nowo moją głowę. Zapamiętałem sobie to zdanie na zawsze.
Uświadomiłem sobie również, że Jezus, z którym rozmawiała św. Siostra Faustyna, to był ten sam Jezus, z którym spotykała się w Sakramencie Pokuty. To jest
ten sam Jezus, który i mnie w tym Sakramencie odpuszcza grzechy. Który obdarza mnie miłością, wolnością i prawdziwym pokojem.
Jestem głęboko przekonany, że dzisiejsze zaproszenie na spotkanie ze zmartwychwstałym Chrystusem, ustanawiającym Sakrament Pokuty jest przede wszystkim skierowane do następców apostołów księży biskupów i do nas kapłanów, którzy w ich władzy odpuszczania grzechów, uczestniczymy. Mamy wszyscy w tej służbie prawdziwemu pokojowi wiele do poprawy. Już sam fakt tak długiego oczekiwania na biskupa w diecezji sosnowieckiej jest tego stanu rzeczy bolesnym przykładem.
 
                                     Jezu ufam Tobie!
 
                                                                                                                                                               Ks. Lucjan Bielas

 

 

 
Zmartwychwstanie,
Jezus tylko był, czy też również jest (Benedykt XVI)
(Dz 10,34a-37-43; Kol 3,1-4; J 20,1-9)
Pewnego razu, pewien zakonnik w zakrystii pewnego sanktuarium postawił mi pytanie: dlaczego św. Jan dopiero po wejściu do grobu Jezusa, „ujrzał
i uwierzył”ytanie to sprowokowało krótką, ale ciekawą rozmowę na temat procesu pogłębiania wiary, albo też jej zatracania. Przyznam się, że pytanie owego zakonnika ciągle wraca do mnie, a szczególnie w niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, kiedy to Kościół zaprasza nas, aby wraz z uczniami Chrystusa, Piotrem
i Janem jeszcze raz wejść do Jego grobu.
Relacje Ewangelistów, a nade wszystko szczery przekaz samego Jana, pozwalają nam prześledzić jego rozwój w wierze. On już u boku  św. Jana Chrzciciela spotkał Jezusa. Wraz z towarzyszącym mu wtedy Andrzejem niejako wprosili się do Niego, chcąc zobaczyć gdzie mieszka. Skutek tej wizyty objawił św. Andrzej, który spotkawszy swojego brata Szymona, oznajmił mu krótko: Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy Chrystusa (J 1,41).
To Jan dla Jezusa zostawił firmę rybacką i poszedł za Nim. Wszystko widział, wszystko słyszał i niewątpliwie należał do grona najbardziej rozgarniętych i ambitnych Jego uczniów. Był świadkiem, niezwykłego przemienia Jezusa na Górze Tabor, wskrzeszenia Łazarza, a wreszcie Jego pojmania i śmierci. Jan był zapewne  najmłodszym uczniem Jezusa i bardzo uczuciowo przylgnął do Niego. Owa czystość i piękno relacji odegra we właściwym czasie niebagatelną rolę.
Niewątpliwie wszystkie przeżywane wydarzenia u boku Jezusa w głowie Jana nieustannie kształtowały i pogłębiały odpowiedź na pytanie: kim jest Jezus? Wprawdzie wierzył, że Jezus jest Mesjaszem, to jednak obraz mesjańskiej godności był jeszcze w jego głowie bardzo ludzki. Pomimo faktu, iż doświadczał nadprzyrodzonej mocy Jezusa, to jednak po Jego śmierci, której był jednym z najbliższych świadków, wraz z innymi złożył Jego ciało w grobie. Nikt, poza Matką Jezusa,  nie myślał
o zapowiadanym przez Niego zmartwychwstaniu. Pamiętajmy o tym, że wielu ówczesnych Żydów wierzyło w zmartwychwstanie, ale na końcu czasów. Chrystus przygotowywał ich drogą ewolucji na rewolucję myślenia o zmartwychwstaniu. Doświadczenie śmierci Jezusa i złożenie Jego ciała do grobu z ogromną ilością wonności, z kamieniem, strażą i pieczęciami, to były w pewnym sensie działania dawnego myślenia o rzeczach ostatecznych.
Tymczasem: Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pojawiła się tutaj wbrew ludzkiej logice wiedziona  miłością. Doświadczeniem otwartego grobu pragnęła się natychmiast podzielić z tymi, którzy podobnie jak ona myśleli sercem. Pobiegła więc do Szymona Piotra i do Jana. Dynamika miłości przekłada się na ruchy ciała i tak oni pobiegli do grobu Jezusa. Kluczowe jest to,
co ujrzeli w grobie: leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Niedawno w Betanii doświadczyli wskrzeszenia Łazarza. Na polecenie Jezusa wyszedł on z grobu po trzech dniach od pogrzebu. Wyszedł pomimo faktu, że był cały powiązany. Teraz
w grobie Jezusa zobaczyli same płótna, ale bez ciała, które je owijały.  Wniosek dla nich był jeden – Jezus zmartwychwstał. Jego Bóstwo wskrzesiło Jego Człowieczeństwo. Bóg jest Panem ładu i porządku, dlatego chusta nie była bezładnie rzucona, lecz – oddzielnie zwinięta na jednym miejscu.
To doświadczenie było dla św. Jana kolejnym pogłębieniem aktu wiary. Określił to w prostych słowach: Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi,
że On ma powstać z martwych.
I tak dokonała się rewolucja w myśleniu o zmartwychwstaniu. Jezus zmartwychwstał przed końcem czasów i tym faktem zmienił ludzkie życie.  Znakomicie ujął
 to św. Paweł: Tymczasem jednak Chrystus zmartwychwstał, jako pierwociny tych, co pomarli (1Kor 15,20). Ta zmiana ludzkiego życia polega na uporządkowaniu świata wartości i celu:  Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi (Kol 3,1-2)
Fakt, że Jezus zmartwychwstał, a więc  nie tylko był, ale również jest, przemienia życie tych, którzy wierzą. Przykład św. Piotra, św. Jana, św. Pawła i innych,
 to ogromna zachęta do pracy nad aktem wiary. Mamy też w Ewangelii, przykład braku tej pracy i dramatu człowieka, a mianowicie – Judasza. Pozostawiamy
go Miłosierdziu Bożemu, a jego błędy pozostaną zawsze bolesną przestrogą.
Życzę więc sobie i wszystkim Braciom i Siostrom w wierze dynamiki w pracy nad jej rozwojem.
 
                                                                                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas

 

 

 

 
Po co  Niedziela Palmowa?
(Mk 11, 1-10; Iz 50,4-7; Flp 2,6-11; Mk 14, 1 – 15, 47)
Kolejny raz w naszym życiu przeżywamy liturgię Niedzieli Palmowej, która rozpoczyna dla nas święty czas Wielkiego Tygodnia. Ta sama liturgia, choć już nie
w tym samym świecie i  nie w tym samym punkcie naszego życia. Wystarczy wspomnieć minione, a niezbyt odległe lata, rzucić okiem na aktualne doniesienia
 ze świata, spojrzeć do szeroko rozumianego lustra i kolejny raz dostrzec prawdę, że o ten świat i o naszą wolność i o nasze dusze walczy wróg, któremu na imię Szatan.
Kolejny raz Jezus Chrystus, który ma moc przeprowadzić nas przez wszelkie niebezpieczeństwa na drodze naszego życia, wzywa nas do tego, abyśmy Mu całkowicie zaufali. Jest pewne, że nie zdołamy przeniknąć tego wszystkiego, co na nas czyha i tych, którzy weszli w relację z Szatanem. Tylko wtedy, kiedy odważymy się pójść
za Jezusem, przejdziemy  przez pole minowe tego świata, ratując życie, zdobywając doświadczenie, a przede wszystkim pogłębiając zaufanie do Boskiego Przewodnika.
Przez liturgię Niedzieli Palmowej Jezus chce ukazać tym, którzy decydują się na pójście razem z Nim, cały plan życiowej wędrówki.  I tak na początku uroczystej liturgii poświęcenia palm, jest odczytywana Ewangelia przypominająca uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy w roku 30. Miało to miejsce po  prawie trzech latach Jego nauczania, którego mądrość przewyższa wszelką ludzką wiedzę. Jego uzdrowień, którym nie sprosta medycyna, a przede wszystkim ukazanie Jego człowieczeństwa, przez które widać Jego Bóstwo. Jakże ci, którzy doświadczyli bogactwa Jezusa, nie mieli się cieszyć z Jego wjazdu do Jerozolimy na pożyczonym oślęciu. Witali Go jako króla, potomka Dawida, jako zwycięzcę, podobnie jak Szymona Machabeusza. Witali Go po swojemu, nie do końca jeszcze rozumiejąc
Jego misję, co niedługo później będzie twardo zweryfikowane.
Liturgia Słowa Niedzieli Palmowej wyróżnia się tym, że podobnie jak w liturgii Wielkiego Piątku zagłębiamy się w opis całej męki Jezusa Chrystusa. Jest to bardzo ważne, aby przynajmniej dwa razy w roku zgromadzenie wiernych usłyszało całość, a nie tylko wybrane fragmenty. Wybrzmiewa wtedy ponadczasowa konfrontacja Chrystusa Króla Prawdy i uzurpatora Szatana, króla kłamstwa. Ponadczasowa konfrontacja Miłości i nienawiści, cywilizacji Życia i śmierci. Kolejny raz w naszym życiu stawiamy sobie pytanie: po której jestem stronie w tej mojej aktualnej sytuacji życiowej?
I wreszcie trzeci, najważniejszy punkt liturgii Eucharystii, a mianowicie uobecnienie tych wspominanych wydarzeń. Przez wiarę, za sprawą Boga, dla Którego nie ma rzeczy niemożliwych i dla Którego czas jest wiecznym TERAZ, stajemy się faktycznymi uczestnikami i świadkami tamtych wydarzeń. I tylko takie uczestnictwo jest przeoraniem naszego myślenia, pokochaniem Jezusa i pójściem jego drogą, drogą odpowiedzialnej służby Bogu i szeroko pojętym bliźnim. Jest to wzięcie udziału w Jego panowaniu nad światem, pogłębionym zjednoczeniem z Nim przez Komunię świętą. Ten, Który JEST, i dla Którego nie ma nic niemożliwego, jednoczy się
 z nami pod postacią chleba i wina. Choć ród Dawida wymarł, to we mnie płynie przez Jezusa jego królewska krew. 
To ode mnie zależy czy ze świątyni wyjdę dzisiaj  tylko z poświęconą palmą, a może wyjdę kimś innym.
 
                                                                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Te spotkania nadają sens mojemu życiu
(Jr 31,31-34; Hbr 5,7-9; J 12,20-33)
To było już po uroczystym wjeździe Pana Jezusa do Jerozolimy, a tuż przed świętami Paschy. Wśród pielgrzymów przybyłych z różnych krajów, pojawili się również poganie, których serca skłaniały się do zawierzenia Bogu Jedynemu. Określeni przez Ewangelistę mianem „Greków” szukali kontaktu z Jezusem, o Którym 
to wcześniej zapewne wiele słyszeli. Szukając osoby, która mogła im spotkanie z Nim umożliwić, wykazali się dobrą intuicją i zagadnęli Filipa, który pochodząc
z Betsaidy, był człowiekiem pogranicza świata Żydów i pogan. Św. Jan, przy tej okazji, ukazał kulisy wewnętrznej komunikacji w grupie Apostołów. Filip zwrócił się do Andrzeja, a następnie razem z nim udali się do Jezusa.  Warto nam zatrzymać się nad  reakcją Chrystusa na ową wizytę Greków.
Boski Zbawiciel doskonale wie, czego owi pielgrzymi będą świadkami, i to w przeciągu niemal najbliższych godzin. Jezus, wykorzystując tę osobliwą wizytę pogan, postanowił w niezmiernie precyzyjny sposób, zarówno owych Greków, jak i wszystkich i po wszystkie czasy, przygotować na przeżycie zbliżającej się Paschy, jedynej
i niepowtarzalnej, absolutnie wyjątkowej w dziejach świata. Podaje bezcenne i ponadczasowe wskazówki  dla wszystkich, którzy jej doświadczą, aby uczestniczenie w niej, nadało każdemu sens życia i klucz do wieczności.
Mimo zbliżających się świat Jezus nie koncentruje uwagi greckich pielgrzymów na tym, co będzie się  działo  w świątyni. Koncentruje ich uwagę na Sobie i na tym,
co dotyczyć będzie Jego osoby. To oni, tak  Nim zainteresowani i pełni podziwu dla Niego teraz, będą pełni szoku później. Przyjdzie im  przeżyć  Jego odrzucenie przez Żydów, skazanie Go przez Rzymian, okrutną, na Nim wykonaną egzekucję. Zważywszy jednak na ich zainteresowanie, można domniemywać, że kiedyś dotrze i do nich informacja o Jego zmartwychwstaniu.
I tak Jezus wszystkie wydarzenia, które nastąpią, określa: „uwielbieniem Syna Człowieczego”. Już w samym tym nazwaniu się „Synem Człowieczym”, daje klucz
do zrozumienia sensu ofiary, którą w te święta złoży, ofiary prawdziwego Boga, w prawdziwie ludzkiej naturze. W dalszym wywodzie Jezus użył porównania, które
w świcie starożytnym, wszędzie tam, gdzie uprawiano zboża, było niezmiernie czytelne, również w kontekście rozumienia sensu ludzkiego losu: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.  Wpisują się w owo prawo natury, swą logiką przekraczające śmierć, tylko ci, którzy w swej dalekowzroczności, powodowani miłością, ofiarują swoje życie, czyniąc dobro. Egoista zostaje sam
 z niespełnioną misją i zmarnowanym potencjałem. W ową ponadczasową prawdę o miłości wpisuje się teraz sam Jezus, Syn Boga Żywego ze swoją ofiarą, którą podejmuje nie tylko za Żydów, ale za wszystkich ludzi, aby jako prawdziwy człowiek uwielbić Imię Ojca Niebieskiego. To właśnie Jego ofiara owo ogólnoludzkie przekonanie uwiarygodni. W chwili, w której padają słowa Jezusa, jakże wymownym znakiem jest głos Ojca Niebieskiego, który to  niektórzy skomentowali tak,
 jak potrafili: – Zagrzmiało! 
Jezus przybyłym Grekom, zgromadzonym tłumom, ale przecież i nam daje konkretną wskazówkę dotyczącą postawy, jaką należy przyjąć, aby Jego ofiary,
Jego obumarcia i swojego życia nie zmarnować: A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy,
uczci go mój Ojciec. To pójście za Chrystusem nadaje całemu naszemu życiu, które jest nieustannym obumieraniem właściwy sens.
W minioną niedzielę, głosiłem kazania o tym, jak to pewnej nocy, dostojnik żydowski, Nikodem, rozmawiał z Chrystusem. Po piątym kazaniu, które wygłosiłem, uświadomiłem sobie, jak wiele jest w naszym głoszeniu Słowa Bożego, górnolotnej teologii, a jak mało praktycznych wskazówek. I tak, aby pójść za Jezusem trzeba być z Nim w nieustannym kontakcie i po prostu słuchać co On do nas mówi. Nie potrzeba nam w normalnym trybie, nadzwyczajnych prywatnych objawień.  Wystarcza nam mądra codzienność. W takim nieco praktycznym duchu chciałem się podzielić dziesięcioma radami, z których sam korzystam. Może przydadzą się
 i Wam, abyśmy Paschy Jezusowej nie zmarnowali.
1.      Otwarcie się na dary Ducha Świętego – jest to Duch Miłości, klucz wszelkiego zrozumienia.
2.      Trzeba, jak mawiał ks. Józef Tischner  – „porzucić siebie”, czyli swoje wyobrażenia, koncepcje, uprzedzenia, oczekiwania, pretensje…
3.      Na co dzień obcować z Jezusem, przez modlitwę i czytanie Ewangelii. Wtedy Jezus, jak ktoś bliski, staje się dla mnie – przewidywalny. Znam Go i przewiduję, jak
 by się On zachował, i co by powiedział.
4.      Cisza – umiłowanie ciszy!
5.      Spotkanie z drugim człowiekiem i usłyszenie wszystkiego, co ma mi do powiedzenia. Każdego dnia spotkać się z dobrym człowiekiem.
6.      Codziennym zwyczajnym czynnością, przez miłość nadawać niecodzienny wymiar.
7.      Zachować Boży dystans do aktualności. Patrzeć na świat z góry, a działać z dołu – Boży sługa.
8.      Codzienna modlitwa – poranna i wieczorna. Otwarcie projektu pt. „mój dzień” i zamknięcie go. Wtedy przez rachunek sumienia czytam wolę Boga wpisaną w moje życie.
9.      Regularna spowiedź – Jezus bierze mój grzech i pomaga w sprecyzowaniu mojej misji. Czyni mnie wolnym od i wolnym do.
10.  Umiejętne świętowanie – Eucharystia. Czyli uczestniczenie w ponadczasowych świętach Paschy z Chrystusem.
Kiedy będziemy w tym regularni, to choć świat nieustannie Chrystusa sądzi, zabija i grzebie, nam nikt Go nie zabierze. Wszystko inne jest nieważne!
 
                                                                                                  Ks. Lucjan Bielas
Warto mieć w sobie coś z Nikodema
(2 Krn 36,14-16.19-23; Ef 2,4-10; J 3,14-21)
Słowa dzisiejszej Ewangelii, są fragmentem wypowiedzi Pana Jezusa, która miała miejsce podczas nocnej wizyty u Niego dostojnika żydowskiego, Nikodema
To spotkanie, którego swoistego rodzaju protokół zostawił nam św. Jan Ewangelista, miało istotne znaczenie zarówno dla samego Nikodema, jak i dla każdego człowieka, który słysząc o Jezusie i Jego działalności, nie do końca wszystko rozumiejąc, chciałby szczerze z Nim porozmawiać.
Znamienne są słowa powitania, jakie Nikodem skierował do Jezusa: Rabbi, wiemy, że od Boga przyszedłeś jako nauczyciel. Nikt bowiem nie mógłby czynić takich znaków, jakie Ty czynisz, gdyby Bóg nie był z Nim. Można przypuszczać, że Nikodem jest reprezentantem liczniejszej grupy faryzeuszy, którzy podobnie jak on postrzegali Chrystusa i chcieli uczciwie rozwiązać zagadkę, kim On tak naprawdę jest.
Zastanawiająca jest reakcja Pana Jezusa  na powitanie Nikodema:  Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego.
To stwierdzenie Chrystusa nie było dla Nikodema łatwe do zrozumienia i do przyjęcia. Dał temu wyraz, stawiając pytanie: Jakże może się człowiek narodzić, będąc starcem? Widać z tego fragmentu dialogu, że Jezus i Nikodem są na dwóch różnych poziomych myślenia. Świadomy tego Jezus, widząc dobrą wolę Nikodema, uruchamia w nim proces przemiany myślenia, a zatem idący proces przemiany jego życia.  
Zdaniem biblistów, kluczem do zrozumienia nauki Chrystusa jest słowo greckie anōthen, które oznacza zarówno „z góry”, jak  i „powtórnie”. Jezus dalej tłumaczy,
 że w tym jednoczesnym „ z góry” i „powtórnie”,  idzie o narodzenie się – z wody i z Ducha.  Wodą chrzcił św. Jan Chrzciciel tych, którzy postanowili odejść
od grzechu. Nikodem o tym doskonale wiedział. Duchem  będzie chrzcił Jezus tych, którzy Jemu uwierzą.  Boski Nauczyciel zachęcał Nikodema, aby znaki, których jest świadkiem, odczytywał nie tylko z perspektywy ludzkiej, ale przede wszystkim z Boskiej. Taką właśnie perspektywę daje wiara. I to do niej zachęca Jezus, Nikodema. Przypomina mu biblijne wydarzenie, kiedy to wiara była ratunkiem na pustyni dla tych, którzy ukąszeni przez węże, spojrzeli na miedzianego węża umieszczonego przez Mojżesza na palu. Ratując życie doczesne, budowali jednocześnie relację z Wszechmogącym Bogiem. Jezus przygotowuje Nikodema, aby z wiarą spojrzał na Jego wywyższenie na krzyżu, aby odczytał zbawczą miłość Ojca Niebieskiego, który daje swego Syna Jednorodzonego: aby każdy, kto w Niego wierzy,
nie zginął, ale miał życie wieczne.
Powtórne narodzenie jest odpowiedzią człowieka, który doświadcza miłości Boga w zbawczym dziele Chrystusa i wiarą odpowiada Bogu, zmieniając swoje życie.
Tak więc Nikodemowi, który przyszedł nocą, Jezus objawia siebie jako światło, w którym jest cała prawda o człowieku. W tym świetle można stanąć tylko całym swoim życiem, a nie radosnymi deklaracjami. Słowa Jezusa nie zostawiają co do tego cienia wątpliwości: Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki
są dokonane w Bogu.
Spotkanie z Jezusem w umyśle i sercu Nikodema pracowało dalej. Św. Jan wspomina o dyskusji w gronie faryzeuszów, źle usposobionych do Jezusa i o tym,
jak właśnie wtedy Nikodem stanął po Jego stronie, co zostało natychmiast skomentowane (J 7,45-53). Podczas przygotowania ciała Pan Jezusa do złożenia w grobie, św. Jan zaznaczył obecność Nikodema, który – przyniósł  około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu (J 19,39). Choć trudno powiedzieć, że był to wyraz wiary
 w zmartwychwstanie Jezusa, ale na pewno był to konkretny wyraz miłości do Niego. Po ludzku Nikodem takim gestem miał więcej do stracenia niż inni.
Dzisiaj Jezus Chrystus zaprasza nas, abyśmy podobnie jak Nikodem przystali do Niego i jak to znakomicie ujął św. Bernard z Clairvaux, zaczęli – myśleć   razem
 z Bogiem.
 
                                                                                                                                                   Ks. Lucjan Bielas                                            

 

 

 
 
Synu, nie walcz z nikim, walcz ze sobą
(Wj 20,1-17; 1 Kor 1,22-25; J 2,13-25)
Często słyszałem te słowa od mojego Taty. Powtarzał je nieraz, widząc moje wojownicze zapędy.  Przeżył dwie wojny światowe, socrealizm, zimną wojnę, stan wojenny i radość wolnej Ojczyzny. Kiedy cicho umierał w jaworznickim szpitalu, miał oczy szeroko otwarte utkwione w krzyżu, który wisiał naprzeciw jego łóżka. Dewizę swojego życia: „nie walcz z nikim, walcz ze sobą”, głosił  przede wszystkim swoją życiową postawą. Cechowała go szeroko pojęta praca u podstaw. Miał mocny kręgosłup moralny, przekładający się na wierność Bogu w życiu rodzinnym i zawodowym. W trudnościach szukający sposobu, a nie wykrętu, znakomity fachowiec, wynalazca, dający innym swoistego rodzaju poczucie bezpieczeństwa.
Dlaczego właśnie dzisiaj wspominam Tatę i jego zachętę do walczenia ze sobą?
W pierwszym czytaniu Kościół przypomina nam tekst Dekalogu. Przykazania Stwórcy wpisane są w ludzką naturę, o czym bezdyskusyjnie świadczy tzw. Księga Umarłych,  jeden z najstarszych tekstów religijnych w dziejach świata, pochodzący z Egiptu, a sięgający swą ustną tradycją przynajmniej 3000 lat p.n.e. Młodszy o ok. 1700 lat tekst biblijnego Dekalogu, choć wymienia te same przykazania, to jednak nie w formie zaklęć, jak to było w Egipcie, lecz w formie programu rozwoju człowieka. Imperatywna forma podanych zasad płynie z miłości Stwórcy do człowieka i przez to jest drogą do jego prawdziwej wewnętrznej wolności.  Kluczowe są słowa preambuły,  których  w rozważaniu Bożego prawa, nie można pomijać: Ja jestem Pan, twój Bóg, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. To absolutne novum Dekalogu  jest wynikiem przymierza, jakie wtedy Izraelici wyprowadzeni z Egiptu na pustynię zawarli z Bogiem. Kamienne tablice przechowywane w Arce Przymierza, dla której budowano namiot spotkania, a potem  w Jerozolimie świątynię, to znak zewnętrzny obecności Boga pośród ludu i zachęta dla każdego Izraelity do zachowania wewnętrznego porządku moralnego. Ofiara baranka paschalnego jest nie tylko znakiem wolności, ale i zapowiedzią ofiary Mesjasza. Przyjdzie On nie po to, aby zmienić przykazania,  lecz aby je wypełnić i nauczyć wypełniać wszystkie narody. Przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, Mesjasz oczyści z grzechu tych, którzy uczciwie tego pragną.
Tymczasem dzisiaj jesteśmy świadkami wyjątkowej sceny w życiu Jezusa Chrystusa. Świadom swojej mesjańskiej misji dokonuje czynu, który rozpoczyna oczyszczenie świątyni jerozolimskiej i jest zapowiedzią uporządkowania relacji między Bogiem a człowiekiem. Zbliżały się święta Paschy i tysiące pielgrzymów przybywało do Jerozolimy.  Na świątynnym dziedzińcu pogan, pojawili się bankierzy i kupcy, aby pielgrzymi z różnych stron świata mogli wymienić pieniądze i dokonać zakupu zwierząt ofiarnych. Serca zarówno tych, którzy odpowiadali za świątynię, jak i tych uprawiających biznes, były skierowane na zysk, a nie na chwałę Boga. Jezus, widząc to, przez swoją gwałtowną reakcję nie uderzył w świątynię, którą nazwał „domem Ojca”, uderzył w bałagan serc, który sprawił, że stała się „targowiskiem”.
Jak niegdyś prorok Jeremiasz udał się do świątyni jerozolimskiej, która była w podobnej kondycji i wobec kapłanów rozbił dzban gliniany zapowiadając, że tak stanie się z Jerozolimą z powodu jej grzeszności (Jr 19,10), tak teraz uczynił Jezus. Proroctwo Jeremiasza wypełniło się w 586 roku p.n.e. ( najazd Babilończyków), natomiast proroctwo Jezusa w roku 70 (zburzenie miasta i świątyni przez Rzymian).
Prorocka zapowiedź Jezusa miała jeszcze swą drugą, fundamentalną część: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Jesteśmy członkami Jego Kościoła, uczestniczymy w Eucharystii i nieustannie doświadczamy prawdziwości Jego słów. Doświadczymy też i tego, że grzechy tych, którzy doprowadzili świątynię do upadku, są również i naszymi grzechami. Dotyczy to zarówno tych, którzy odpowiadają za kult i za instytucję, jak i dotyczy to nas wszystkich wierzących.  Spektakularny znak oczyszczenia świątyni dokonany przez Jezusa Chrystusa ma swoje ponadczasowe znaczenie i to zarówno w wymiarze historycznym, jak i  indywidualnym każdego z nas.
Podobnie jak góra Tabor jest we mnie, tak i świątynia jest we mnie. Dzisiaj Jezus domaga się ode mnie jej oczyszczenia. Tej walki nikt za mnie nie stoczy – „Synu, nie walcz z nikim, walcz ze sobą”.
 
                                                                                                                                               Ks. Lucjan Bielas

 

 

 
 
Gdzie jest granica między niebem a ziemią?
(Rdz 22,1-2.9-13.15-18; Rz 8, 31b-34; Mk 9,2-10)
Druga Niedziela Wielkiego Postu jest dla nas zaproszeniem na dwie górskie wyprawy, które są jednymi z najbardziej kluczowych w historii.
Inicjatorami obydwu wypraw był sam Bóg.  Obie te wyprawy, choć oddziela je prawie 1800 lat, są ze sobą ściśle związane, a ich przesłanie jest bezcenne i absolutnie ponadczasowe.  Na pierwszą z nich Bóg zaprosił Abrahama, którego wyprowadził z Ur Chaldejskiego. Wyróżniał się on wiarą, która pozwoliła na zawarcie przymierza z Bogiem Jedynym, którego czcił. Na jednym z pagórków krainy Moria miała być wiara Abrahama w drastyczny sposób zweryfikowana. Przy zawarciu przymierza Bóg obiecuje Abrahamowi potomstwo liczne tak, jak gwiazdy na niebie. Teraz w momencie weryfikacji wiary, zażądał od niego, aby złożył w ofierze jedynego syna Izaaka, którego począł, mając  100 lat. Było to wystawieniem wiary Abrahama na ekstremalną próbę, która wydawała się przeczyć przymierzu z Bogiem, ludzkiej logice i miłości rodzicielskiej. Jest to niewyobrażalne co przeżywał starzec, który wychodził na górę, prowadząc syna, aby złożyć go w ofierze i tym nieludzkim aktem wypełnić polecenie Boga. Było to tym trudniejsze, że idący z nim syn Izaak darzył go ogromnym zaufaniem. Pomimo faktu, że Abraham nie miał wątpliwości co do polecenia Boga, to musiał w swojej głowie i w swoim sercu przekroczyć pewną granicę – granicę między niebem a ziemią.
Przedkładając niebo ponad ziemię, głos Stwórcy ponad ludzką logikę, miłość do Boga ponad miłość do syna, Abraham nie tylko uratował przymierze, ale uratował również syna Izaaka, a sam stał się wzorem wiary do końca świata. Dzisiaj możemy odczytywać jeszcze głębszy sens tego wydarzenia. Izaak, niosący drzewo na ofiarę, w której miał być złożony,  jest figurą Chrystusa. Abraham jest wzorem bezgranicznego zawierzania Bogu, a cała ta scena, zapowiada to, co nastąpi najważniejszego historii ludzkości jako takiej i w historii każdego poszczególnego człowieka.
Na drugą górską wyprawę zaprosił Bóg Ojciec wraz ze swoim Synem Jezusem,  rybaków: Piotra, Jakuba I Jana. Dzięki opisom ewangelistów Mateusza, Marka
 i Łukasza, Ojciec Niebieski zaprasza każdego z nas do udziału w tej wyprawie. Ilekroć wybieramy się w góry, stawiamy sobie pytanie o cenę podejmowanego ryzyka
 i czy jest ono zgodne z wolą Boga. W tym wypadku możemy mieć całkowitą pewność, że ta wyprawa, niezależnie od naszego wieku, sił i kondycji jest nam przez Boga zalecana, a On sam jest gwarantem bezpieczeństwa jej uczestników.
Dlaczego Bogu tak bardzo zależy na naszym udziale?
Jest uderzająca zgodność trzech przekazów opisujących przemienienie Pana Jezusa na górze Tabor. Przede wszystkim dotyczy to przygotowania do tej wyprawy.
Św. Marek zapisał polecenia samego Jezusa skierowane do uczestników na kilka dni przed wyprawą: Jeśli ktoś chce mi towarzyszyć, niech się wyprze siebie i niech zabierze swój krzyż i towarzyszy Mi. Kto bowiem chciałby swoje życie uratować, zgubi je; kto zaś zgubi swoje życie ze względu na Mnie i na Dobrą Nowinę, uratuje
 je. Dalej Jezus stwierdza: Cóż bowiem pomoże człowiekowi zyskać cały świat, a stracić na swoim życiu? Co bowiem da człowiek w zamian za swoje życie? Nawiązując do konkretnej postawy życiowej i do tego, jaki ona przyniesie skutek końcowy, o czym tylko On wie, dodaje: Kto bowiem zawstydzi się Mnie i Moich słów w tym pokoleniu, cudzołożnym i grzesznym, Syn Człowieczy zawstydzi się go w chwale swego Ojca, ze świętymi zwiastunami (Mk 8,34-9,1).     
Idąc w góry, nie bierzesz całego swojego majątku, tylko to, co jest najbardziej potrzebne.  I dopiero wtedy ruszasz z dobrym przewodnikiem, któremu możesz całkowicie zaufać i być mu posłusznym. Stawka jest wysoka, a jest nią życie. Dopiero w tym kontekście możemy właściwie odczytać i przeżyć wyprawę z Jezusem na górę Tabor, być świadkami Jego przemienia, Jego rozmowy z Mojżeszem i Eliaszem, usłyszeć rozlegający się z obłoku głos Ojca Niebieskiego: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie.
Zanim jednak pełni szczęścia, wraz z Jezusem i Apostołami, wrócimy do naszej codzienności, przygotowując się na nieubłagany czas próby, to jednak  zatrzymajmy się na chwilkę, nad samym momentem przemienienia. Jezus jest dalej w swej ludzkiej postaci, lecz Jego otwarcie się na Jego Bóstwo, było idealne, tak że Bóstwo mogło przenikać Jego człowieczeństwo. W Jezusie przemienionym stajemy rzeczywiście na granicy między rzeczywistością ludzką a Boską, na granicy czasu i wieczności. Jest w Nim jakby otwarta brama do tego, co Boskie i powiew tego świata cudownej wieczności i zaproszenie do tego świata. To jedyny świat, w którym nie ma śmierci, a jest miłość. Droga jest tylko jedna, a wiedzie przez Niego – przez Jezusa.
Stawiam sobie pytania: gdzie szukać góry Przemienia? A może jest ona we mnie? Może to we mnie ja, ale tylko razem z Jezusem, mogę stanąć na granicy między niebem a ziemią?  I może właśnie to doświadczenie jest mi potrzebne, abym innym wrócił do tego świata i jego spraw?
 
                                                                                                                                                   Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
Czy pokusy mają sens?
(Rdz 9,8-15; 1 P 3,18-22; Mk 1,12-15)
 To ten Duch, którym Jezus został namaszczony podczas chrztu w Jordanie, teraz prowadzi Chrystusa na pustynię. Biblijna pustynia to bezludna przestrzeń, która jest pełna złych mocy ukrytych pod postaciami drapieżnych bestii. Wypada, aby Jezus przed rozpoczęciem swojej misji dla ratowania człowieka, wyszedł na pustynię i zmierzył się z jego największym wrogiem, z Szatanem. A wszystko to ze względu na fakt, że ten przeciwnik rodzaju ludzkiego, ojciec kłamstwa, u zarania ludzkości zwiódł pierwszych rodziców Adama i Ewę i w konsekwencji tego zostali wygnani z rajskiego ogrodu na pustkowie.
Chrystus z miłości do nas zmierzył się jako prawdziwy człowiek z Szatanem, aby pokazać nam, że wygrana leży w naszych ludzkich możliwościach. Obrazowo oddał to św. Wawrzyniec z Brindisi (+1619) stwierdzając: „Chrystus zatem pokonał Szatana, mając prawą rękę – swe bóstwo – związaną i posługując się tylko lewą ręką – słabym człowieczeństwem”.
Niezmiernie ważne jest dla mnie  stwierdzenie Ewangelisty:  Żył tam wśród zwierząt, aniołowie zaś Mu usługiwali. Paradoksalnie, ale w poskromieniu Szatana i związaną z tym mądrością życia możemy wiele uczyć się od zwierząt. Nie przypadkowo towarzyszyły Świętej Rodzinie w stajence betlejemskiej, nieprzypadkowo towarzyszą Jezusowi na pustyni, kiedy to kusi Go Szatan. Pan Bóg, stwarzając zwierzęta, niejako wdrukował w nie pewnego rodzaju życiową mądrość. Stawiając zwierzęta tak blisko człowieka rozumnego, pozwala na odczytywanie wkodowanej w nie mądrości życia i tworzenia relacji. Nie ma w tym ich zasługi, zostały po prostu tak stworzone dla myślącego człowieka odpowiedzialnego za swą mądrość życiową.
My zaś ludzie przez dar rozumu, wolnej woli i dar ciała zdolnego do przekazu życia i pracy, jesteśmy zaproszeni do współpracy ze Stwórcą. To my mamy dar poznania, oceny dobra i zła, prawdy i kłamstwa. To my ludzie, mając wolną wolę, podejmujemy decyzje i bierzemy za nie odpowiedzialność. Nie jesteśmy więc „produktem” gotowym. Bóg Stwórca zaprasza nas do współpracy z Nim w kreacji nas samych i otaczającego nas świata. To wyraz Jego miłości i zaufania do nas. Obdarzeni wolnością, możemy w tej autokreacji, wespół z Nim nieskończenie przewyższać poziom świata zwierząt, ale gdy odrzucimy Boga, stajemy się nieporównywalnie gorszymi od zwierzęcia. Świadomy tego Szatan nie kusi zwierząt, kusi nas, aby tę współpracę ze Stwórcą zniszczyć.
Bóg, dopuszczając do na Szatana, daje nam konkretnych pomocników. Dzisiaj na pustyni spotykamy ich przy Chrystusie. Jest świat aniołów.  Aniołowie towarzyszą Jezusowi właśnie wtedy, kiedy to On w swej ludzkiej naturze przeżywa ważne chwile. Są przy Jego narodzeniu, są z Nim podczas kuszenia na pustyni, będą z Nim do końca i na zawsze. Aniołowie to bracia naszej duszy i strażnicy naszego ciała. Są to Boży asystenci naszej ludzkiej egzystencji, dar Bożej miłości i opatrzności, których jakże często ignorujemy, a oni i tak nas nie opuszczają. Są przy nas niejako z ręką na naszym ramieniu, ale ich twarze zobaczymy dopiero po śmierci, o ile dokonamy właściwego wyboru w życiu.
Upadły anioł – Szatan, mistrz kłamstwa, czyli fałszywego świadectwa, na pustyni zawalczył o Chrystusa w Jego ludzkiej naturze. Choć wtedy walkę przegrał, nie odstąpił. Walczył z Nim do końca, do krzyża. Walczy z Nim  w Jego Kościele, walczy i z nami. Bóg dopuszcza jego działania, nie zostawiając nas bez szans na zwycięstwo. Walcząc z Szatanem, kreujemy siebie i Kościół Chrystusowy, do którego należymy. Można powiedzieć, że pokusa to szansa, to nowe wyzwanie dla człowieka zakorzenionego w Bogu.
Aby wygrać, nie wystarczy tylko wierzyć. Bóg oczekuje od nas czegoś jeszcze – trzeba  być po ludzku kompetentnym. Czyli  odrobić, tak dzisiaj niepopularne – zadanie domowe. To jeszcze nie wszystko – jak uczy Klemens Aleksandryjski (+212), jeden z Ojców Kościoła, dopiero trzeci etap – miłość, prowadzi nas do pełni człowieczeństwa.
I jeszcze dwa zdania o kompetencjach.  Otóż pojawiła się kiedyś na rynku wydawniczym pewna książka zatytułowana: Nie mów fałszywego świadectwa, której autorem jest Rodney Stark. Wiele mówi podtytuł tego opracowania: odkłamywanie wieków antykatolickiej narracji.  Jeszcze więcej mówi fakt, że Autor jest baptystą, wykładowcą uniwersytetu baptystycznego Baylor University.  Będąc uczciwym i kompetentnym historykiem, podejmuje obronę Kościoła Katolickiego.  W swej odważnej polemice  Autor zmierza się z szatańską zasadą sformułowaną przez Josepha Goebbelsa: „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”. Ta zasada szczególnie weryfikuje się w walce Szatana z Kościołem Chrystusowym do dziś. Tak oto, na pozór utrwalone kłamstwo w historii może posłużyć odnalezieniu prawdy.
Tak więc zawierzmy Chrystusowi, odrabiajmy „zadania domowe” i kochajmy nawet naszych wrogów, a obecność Szatana – kłamcy przyczyni się do naszego rozwoju i jeszcze większego zjednoczenia z Bogiem, który jest  Miłością i Prawdą.
                                                                                       
                                                                                Ks. Lucjan Bielas

 

 

Jak rozmawiać z Bogiem w sytuacji po ludzku beznadziejnej?
(Kpł 13, 1-2. 45-46; 1 Kor 10,31-11,1; Mk 1,40-45)
 
Każda epoka ma swoje choroby, które są częste, niebezpieczne, na które nie ma lekarstwa. Ich nazwa wywołuje uczucie lęku, a odkrycie ich objawów jest dla dotkniętej osoby całkowitą przemianą życia, myślenia, świata wartości. Życiowe plany przemieniają się w obliczu śmierci, a dotychczasowe międzyludzkie relacje, nawet z najbliższymi umierają pierwsze. Chory oddala się od zdrowych i w naturalny sposób zaczyna wchodzić w społeczność podobnie jak on dotkniętych nieszczęściem. A w tym wszystkim jest coraz bardziej sam. Słowa pociechy, nawet ze strony lekarzy, niewiele znaczą, wtedy kiedy wyraz ich twarzy informuje zgodnie z prawdą, o bezradności nauki.
Dla wierzących otwierają się drzwi świata nadziei pokładanej w Tym, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, nadziei umocowanej w Bogu. Dzisiaj Chrystus otwiera przed nami właśnie te drzwi. Niezależnie od stanu naszego zdrowia, świadomi naszej przemijalności możemy się zatrzymać i skorzystać z lekcji, którą daje Bóg – człowiekowi.
Dzięki św. Markowi jesteśmy świadkami sceny, kiedy to do Jezusa przyszedł człowiek trędowaty. W tym czasie trąd był właśnie ową śmiertelną, zakaźną i nieuleczalną chorobą, która stawiała dotkniętą osobę poza nawiasem społeczeństwa. Te biedne istoty, niejako gnijące za życia, skupione we własnym kręgu, żyły na skraju świata ludzi zdrowych w tzw. bezpiecznej odległości, licząc na akt miłosierdzia w postaci żywności.
Trędowaci nie mogli też wejść do synagogi, nie mogli wejść do świątyni, nie uczestniczyli w kulcie, albowiem byli rytualnie nieczyści. Prawo nie mogło im pomóc, jedynie strzegło wspólnotę zdrowych przed zakażeniem.
Informacja o Jezusie, który leczy wszystkie choroby, rozchodziła się lotem błyskawicy w społeczności Izraela. Była ważna dla jeszcze zdrowych, dla chorych w domach i tych, którzy się nimi opiekowali, ale również docierała, i to pewnie ze szczególną mocą, do trędowatych.
Nie wiemy skąd trędowaty, który przyszedł do Jezusa, dowiedział się o Nim. Już sam fakt, że przyszedł, świadczy, że miał wolę życia, widział sens wyzdrowienia i był gotów przełamać istniejące bariery kontaktu.
Drugim ważnym i wymownym gestem był fakt, że upadł przed Jezusem na kolana. Jest to wyraz zarówno wyrażenia czci, przekraczającej zwykłe ludzkie uprzejmości, jak i prośby o pomoc (por. Ps 22,30; 95,26).
Słowa, jakimi zwrócił się trędowaty do Jezusa, są znamienne: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Nie prosi o zdrowie, prosi o oczyszczenie, a więc o uwolnienie od zła, o możliwość powrotu do uwielbienia Boga w kulcie i o jedność z wierzącymi. To nie jest prośba do cudotwórcy, jest to prośba chorego, grzesznego człowieka skierowana do wszechmogącego Boga.
Samo sformułowanie prośby jest znakomite, z jednej strony jest to całkowita zgoda na Bożą wolę, z drugiej zaś wyrażenie ufności w Jego miłosierdzie. Warto tej postawy i tego określenia prośby nauczyć się od trędowatego, jako że okazała się niezwykle skuteczna. Teraz sam Jezus złamał bariery. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony. Boski Nauczyciel nie mówi, bądź wyleczony, uzdrowiony – tylko bądź oczyszczony. Znakiem tego oczyszczenia było natychmiastowe uzdrowienie z trądu. Dla świadków tego wydarzenia to musiał być kompletny szok.
Aby umożliwić byłemu trędowatemu udział we wspólnocie i w kulcie, zgodnie z literą prawa, a jednocześnie zachować sekret mesjański, Jezus mu nakazał: Uważaj, nikomu nic nie mów, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich. O ile zapewne oczyszczony trędowaty z ofiarą sobie poradził, to nie zapanował nad językiem i opowiadał, rozgłaszał to, co zaszło. I tacy jesteśmy. Z jednej strony zdolni do głębokich aktów zawierzenia, a z drugiej po prostu słabi.
Jezus nie mógł jawnie wejść do miasta i przebywał na miejscach pustynnych. Paradoksalnie – przywrócił trędowatemu miejsce we wspólnocie, a sam zajął jego miejsce na pustyni.
Pytanie: jak wypracować w sobie taką wiarę?
Odpowiedź znajdujemy u św. Pawła: Bracia: Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie.
 
 
                                                                                          Ks. Lucjan Bielas

 

 
Demon wczoraj i dzisiaj
(Pwt 18,15-20; 1Kor7,32-35; Mk 1,21-28)
Synagoga w Kafarnaum
Zaraz po powołaniu pierwszych uczniów, Jezus wraz z nimi udał się do pobliskiego miejscowości Kafarnaum. Według św. Marka, co najmniej dwóch uczniów stąd pochodziło. W dzień szabatu udał się, zgodnie ze swoim zwyczajem, do synagogi. Jako dorosły Żyd wziął udział w refleksji nad odczytanym słowem Bożym. Ewangelista opisał podwójną reakcję na Jego komentarz, który przyjął formę wyjątkowo jasnego i ostatecznego pouczenia. Jedni: Zdumiewali się Jego nauką; uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Tak mógł mówić tylko Ten, którego słowa są zapisane w tej Świętej Księdze – sam Bóg.
Demony
Św. Marek odnotował skrupulatnie i drugą reakcję na słowa Jezusa. W synagodze bowiem był też człowiek, opętany przez ducha nieczystego. I to właśnie ten duch, posługując się owym biedakiem, w którym zamieszkał, zaczął wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Duch nieczysty, czy to pofatygował się tutaj specjalnie, czy też został zaskoczony obecnością Jezusa, chce Go zdemaskować i objawia tytuł, który Mu rzeczywiście przysługuje – Święty Boży. Wyraża też świadomość władzy Jezusa nad demonami.  Tymczasem On nie chce, aby na tym etapie i tym głosem, była objawiana prawda o Nim. Nie pozwala sobą manipulować. To On ma władzę i też z niej zaraz skorzystał, dokonując pierwszego w swej misji egzorcyzmu. Padają słowa, nieznające sprzeciwu: Milcz i wyjdź z niego. Człowiek został uwolniony, a świadkowie owego wydarzenia wprowadzeni w głębokie zdumienie, które wygenerowało nowe pytania.
Warto pamiętać, że demony są rzeczywistymi istotami duchowymi, stworzonymi przez Boga aniołami, które z własnego wyboru stały się złymi (por. KKK, 391-395). Przedziwne jest to, że mają one możliwość zamieszkania w człowieku. Jest to do pewnego stopnia tajemnicą i otwartym pytaniem, czy takie zamieszkanie jest decyzją człowieka, jego nieostrożnością, czy też dopustem Boga. Tylko wszechmogący i nieskończenie miłosierny Ojciec może być sędzią, jako że tylko On ma o człowieku pełnię danych.
Musiało więc być coś wyjątkowego w sercu owego opętanego z synagogi w Kafarnaum, skoro Syn Boży, stanął przy nim i uwolnił go od demona. Na miłosierdzie mógł liczyć człowiek, demon zaś dysponujący większym od niego poznaniem, sam zamknął sobie drogę do pojednania z Bogiem. Walczy z Nim, ale władzy nad Nim nie ma i nigdy mieć nie będzie.
Dzisiaj Jezus jeszcze raz nas informuje, że tylko On ma władzę nad duchami nieczystymi, i pośrednio nas  przestrzega, byśmy z tym światem nie wchodzili w żadne układy. Ten świat demonów jawi się jako tajemniczy, atrakcyjny i udaje wszechmoc. Jezus również daje w całej swojej Ewangelii jasne pouczenie o tym, że wnętrze człowieka może być mieszkaniem Ducha Świętego. Całe Jego dzieło odkupienia jest oczyszczeniem człowieka i przygotowaniem go na mieszkanie dla Ducha Świętego.
Kiedy w jednym ze swoich wykładów prof. Piotr Tylus opisywał pierwsze w dziejach Europy ludobójstwo, które miało miejsce we francuskiej Wandei (1793 – 1794), stwierdził, że do takiego okrucieństwa nieznanego zwierzęciu, były zdolne „dzieci Oświecenia”, ludzie, którzy przestali być świątynią  Ducha Świętego. W Innym wykładzie stwierdził, że ta epoka się nie skończyła, trwa do dzisiaj. Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.
Do tych naszych rozważań, św. Paweł dokłada, jak zwykle, swoje istotne trzy grosze. Istotne, albowiem  bardzo praktyczne. Powstały one w wyniku zderzenia Ewangelii z prozą codziennego życia. Trwanie przy Panu jest zadaniem każdego człowieka i to  zarówno stanu wolnego, jak i tego, który żyje w małżeństwie. Cały wywód w liście do Koryntian, poświęcony małżeństwu, wierności powołaniu, i szczególnej roli życia stanu wolnego, oddanego świadomie tylko Bogu, św. Paweł rozpoczyna od znamiennego stwierdzenia: Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie. Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci. Chwalcie więc Boga w waszym ciele! (1Kor 6,19-20)
Nowe wcielenie demona.
Dr Michael Eugene Jones, znakomity naukowiec, autorytet w sprawach rewolucji kulturowej na Zachodzie,  autor znanej książki „Libido Dominandi. Seks, jako narzędzie kontroli społecznej”, udzielił wywiadu wyemitowanego 12 grudnia 2013 roku, w programie „Bliżej” Jana Pospieszalskiego.  Ten odważny naukowiec stwierdził w nim między innymi, że klasyczni marksiści zajmowali się płacami, pracownikami i robotnikami. Teraz zajmują się orientacjami seksualnymi. Są to jego zdaniem siły potężne, zniewalają bardziej niż czołgi pod pozorem głoszonej wolności. Zniewalają człowieka od wewnątrz. Może im się więc przeciwstawić jedynie broń duchowa. Jest to ogromne wyzwanie dla Kościoła katolickiego w Polsce, wielka odpowiedzialność publicystów, szkoły, organizacji pozarządowych i całego narodu, którego dobra tradycja stanowi poważną broń.  Zniewolenie płynąca z Zachodu może się okazać bardziej niszczące niż wszelkie inne.
Od tej wypowiedzi minęło prawie 11 lat. Dzisiaj wracamy do tych słów przez wydarzenia minionego czasu i przez doświadczenia dzisiejsze. Trzeba być kompletnym głupcem, aby temu Amerykaninowi nie przyznać racji i to w skali Polski, Europy i Kościoła Powszechnego.
Co mogę zrobić?
Zadbać o swoje wnętrze, abym był świątynią Ducha Świętego. On poprowadzi mnie dalej.
 
                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
„Czas się wypełnił
i bliskie jest królestwo  Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.
(Jon 3,1-5.10) (1 Kor 7,29-31) (Mk 1,14-20)
To przesłanie Jezusa, z którym rozpoczął swoją nauczycielską działalność, nigdy nie straci na swej aktualności. Jezus tym krótkim zdaniem zainicjował w Galilei swą dziejową misję. Uczynił to w krainie, która z racji swego historycznego dziedzictwa, była bardziej aniżeli Judea otwarta na świat pogański. Zaznaczył tym niejako, ogólnoludzki charakter swojego posłannictwa. Intrygujące jest stwierdzenie: Czas się wypełnił.  Według biblistów  znaczy to, że Bóg,  Stwórca i Pan czasu, uczynił go dla człowieka z miłością, a teraz, również z miłości, wkracza w czas w swoim Synu, aby przeprowadzić człowieka żyjącego w czasie i w czasie pogubionego, do szczęśliwej wieczności. Tak oto zaczyna się na ziemi, w czasie, niebieskie królestwo Boże. Ci, którzy żyjąc w czasie, w którym to różni władcy tego świata, często pod wpływem Szatana, próbują budować swoje imperia, zdecydują się, aby pójść za Chrystusem, już tu na ziemi, tworzą razem z Nim, nieprzemijającą rzeczywistość królestwa miłości, pokoju i sprawiedliwości. Każdy człowiek w głębi swojego wnętrza pragnie takiego królestwa, ale ulegając szatańskiej pokusie i ludzkim słabościom buduje różnego rodzaju twory, paradoksalnie, sam siebie zniewalając. Ciągle jesteśmy tego świadkami.
Tak więc Ewangelista krótko i bardzo jasno ukazał sens wejścia wszechmogącego Boga w czas przez Niego stworzony, a przez człowieka uwiedzionego Szatanem, zawirowany.  Bez Boga nigdy człowiek z tego zawirowania nie byłby w stanie wyjść. Sposób wyjścia przyniósł sam Syn Boży Jezus Chrystus, który zamieszkał w czasie pomiędzy nami ludźmi. Jako prawdziwy człowiek, stając się jednym z nas, zarówno przez nauczanie, jak i przez przykład życia uczy słuchania woli Ojca Niebieskiego, rozumienia jej, przyjęcia jej jako swoją i wypełnienia jej. Kluczem więc do naszego zbawienia jest poznanie Chrystusa i pójście za Nim.
To pójście za Jezusem ma jednak swoją cenę. Ewangelista Marek znakomicie,  jednym słowem określa to, co spotka człowieka, który na tym świecie staje po stronie Chrystusa. Mówiąc o św. Janie wspomina, że został uwięziony, co w dosłownym tłumaczeniu z języka greckiego (paradidōmi) znaczy –„wydany”. Podobnie wydany zostanie swym wrogom Jezus, podobnie będą swym wrogom wydawani synowie królestwa Bożego zamieszkujący w tym czasie ludzkie królestwa. Mimo to warto pójść za Jezusem.
Św. Marek opisał powołanie pierwszych uczniów. Chrystus wszedł w firmę rybacką, w  codzienność tych, którzy w niej pracowali. Jego obecność całkowicie przedefiniowała ich życie. Choć dalej będą jeszcze łowić ryby, aby przeżyć, to jednak idąc za Jezusem staną się, zgodnie z Jego zapowiedzią – rybakami  ludzi, pozyskując ich dla Jego królestwa.
Św. Marek podkreśla również radykalność podjętej przez nich decyzji. Firma musiała nieźle funkcjonować. Tworzący ją wspólnicy mieli zwornik we wspólnej wierze, co dawało zwiększenie zaufania i bezpieczeństwa. Byli pracowici, zdyscyplinowani i mieli najemników. „Przeformatowanie” czasu, zajęć, zysków i relacji również z najbliższymi, stanowiło rewolucję w każdym z nich i to nie tylko w ich umysłach, ale przede wszystkim w sercach. Jest to wszystko niezrozumiałe bez słowa – Mesjasz.  Cała ich pobożność była oczekiwaniem na Niego, na Bożego wybawiciela. Jakże działał w nich Duch Święty, który nie łamiąc ich wolnej woli, pozwolił im Go rozpoznać.
To wejście Jezusa w naszą ludzką codzienność, w nasze ludzkie domy, w nasze firmy, dokonuje się nieustannie. Za każdym razem ma ono to samo przesłanie: Pójdźcie za Mną i zachęcajcie innych.  Dalej więc trzeba pracować wypełniając swoją rodzinną i zawodową misję wraz ze wszystkimi płynącymi z niej zobowiązaniami. Pójście za Jezusem oznacza „przeformatowanie” głowy. Oznacza to położenie w Nim nadziei i nowego ustawienia hierarchii ważności.
Znakomicie oddał to św. Paweł, jeden z tych, co poszli za Jezusem: czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, co mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, co płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, co nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, co używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata. Eurypides powie: „Świat jest sceną, która szybko się zmienia”. Paweł, przez spotkanie z Chrystusem Zmartwychwstałym wie, jak na tej scenie się zachować, aby nie stać się niewolnikiem tego, co zmienne i przemijające. Jezusowi oddał swój grzech, od Niego otrzymał misję – swój krzyż i z Nim idzie do zmartwychwstania, ponosząc wszelkie konsekwencje swojej decyzji.
Tak oto zaczyna się droga powołanych uczniów Jezusa, czyli nasza droga,  aż do momentu, kiedy to świat nas znienawidzi i wyda, jak Jana, Jezusa, Pawła i wielu innych. Jednak dzięki swej wytrwałości wraz z Jezusem zwyciężymy świat.
 
 
                                                                                             Ks. Lucjan Bielas

 

 
 
 
Poznanie Boga, a zmysłowość człowieka
(1 Sm 3,3b-10.19; 1 Kor 6,13c-15a.17-20; J 1,35-42)
Dlaczego właśnie Samuel usłyszał głos Boga?
Można przypuszczać niemal z pewnością, że decyzja jego matki o ofiarowaniu go Bogu i w związku z tym, pozostawienie go w świątyni, zostały, przez
tego dorastającego chłopca zaakceptowane. Jego otwarcie się na Boga przejawiło się w szacunku i posłuszeństwie wobec strażnika przybytku Pańskiego
w Szilo, kapłana Helego. To posłuszeństwo pozwoliło mu rozeznać głosy.
Tymczasem synowie kapłana Helego, Chofni i Pinchas,  nie słyszeli głosu Pana. Rozpusta i chciwość zdominowały ich serca. Sam zaś Heli będzie miał z tym
kłopot. Bóg przez nieznanego nam proroka upomni go pytaniem o ponadczasowym znaczeniu: Dlaczego szanujesz bardziej synów swoich niżli Mnie?
(1 Sm 2, 29) Konsekwencje tego bałaganu będą tragiczne.
W Starym Przymierzu niewątpliwie najbardziej smutnym przykładem braku jedności między duszą szukającą Boga, a ciałem oddanym rozpuście, był król
Salomon. Nie była to jego prywatna sprawa, albowiem jego wewnętrzne pogubienie przełożyło się na polityczne skutki. Tak jest prawie zawsze i niedostrzeganie
tego przez sprawujących władzę jest żałosne.
Dlaczego Andrzej i Jan zareagowali na to, co powiedział ich mistrz, św. Jan o Chrystusie?
Dlaczego udali się z Jezusem, aby zobaczyć, gdzie On mieszka? Dlaczego mógł w nich rozpocząć się proces uwierzenia w to, że Ten spotkany nad Jordanem
cieśla z Nazaretu Jezus, jest Mesjaszem?
Pójście za głosem Boga jest decyzją człowieka, który wezwany przez Stwórcę w tym cudownym dialogu miłości odpowiada całym sobą. W tej odpowiedzi
integruje swoją duszę i ciało. Człowiek nie jest istotą zaprogramowaną jak zwierzę. Zaprowadzając sam w sobie porządek w relacji dusza – ciało ,
człowiek odpowiada oczekiwaniom Stwórcy, który tak bardzo pokochał człowieka, że pozostawiając mu również i w tej przestrzeni wolność, zaprasza
 go do odpowiedzialnego aktu stwórczego. Człowiek, który duchowi podporządkowuje swoje ciało z jego popędami, może siebie dać Bogu i drugiej osobie
w akcie miłości, albowiem panuje nad sobą. Powiedzenie Bogu, czy też drugiej osobie – ja Ciebie kocham, nie jest wtedy pustą retoryką. W tym dialogu Bóg
jest przed wszystkimi, albowiem pierwszy pokochał.
W tym ludzkim zapanowaniu nad sobą relacja z własnym ciałem stanowi szczególne wyzwanie. Jest ona wpisana w sam środek Dekalogu – nie będziesz
cudzołożył (Pwt 5, 18). Znakomicie to miejsce tłumaczy Psalmista, stawiając retoryczne pytanie i zaraz na nie odpowiadając: Jak młodzieniec zachowa ścieżkę
 swą w czystości? Przestrzegając słów Twoich (Ps 119, 9). Czyli przestrzegając całego Dekalogu. Jest to bardzo ważna uwaga, której uwzględnienie
pozwala zachować właściwe proporcje.
Można więc ostrożnie powiedzieć, trochę współczesnym językiem, że Bóg udostępnił człowiekowi sterowniki, ale one działają  tylko wtedy sprawnie, kiedy
to cały system jest pod naszą kontrolą.
Szatan, który znakomicie zna naszą ludzką naturę, wie, że wprowadzenie bałaganu zarządzanie pożądliwością ciała, daje mu władzę nad całym człowiekiem.  
Stąd też jego śmiertelnym wrogiem jest Ten, który wyzwolił człowieka z grzechu – Jezus Chrystus, Syn Boży, który podzielił nasz ludzki los. Sam ukazał nam
w sobie cudowną harmonię duszy i ciała, a przez dzieło odkupienia pomaga każdemu, kto tylko zechce wyjść z bałaganu.
Genialnie sprecyzował to ten, który sam osobiście tego doświadczył – św. Paweł zwracając się dzisiaj do każdego z nas: Bracia: Ciało nie jest dla rozpusty,
ale dla Pana, a Pan dla ciała. Bóg zaś i Pana wskrzesił, i nas również swą mocą wskrzesi z martwych. Czyż nie wiecie, że wasze ciała są członkami Chrystusa?
Ten zaś, kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem. Strzeżcie się rozpusty; wszelki grzech popełniony przez człowieka jest na zewnątrz ciała; kto zaś
 grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy. Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga,
 i że już nie należycie do samych siebie?
Te słowa rozbrzmiewają tym głośniej  w naszych czasach, kiedy to władca tego świata podejmuje kolejny atak w celu odebrania nam wolności. Wykorzystuje
do tego nie tylko współczesną technikę, naukę, szkołę, polityków, a nawet pogubionych ludzi Kościoła Chrystusowego.
To, co ja mogę zrobić, to przez zjednoczenie z Chrystusem dbać o porządek w sobie. Powstawanie z upadków przekształcać na większą miłość. W swoim
 środowisku mieć odwagę bycia przejrzystym, niezależnie od komentarzy i ludzkich konsekwencji.
Jezus, dla Którego nie ma rzeczy niemożliwych, takich uczniów zawsze wspiera! Nieraz w ostatniej chwili, czasem 5 min za późno, ale tak naprawdę,
to zawsze na czas.
 
                                                                                                                                                                         Ks. Lucjan Bielas

 

 

 
 
Ludzie znad Jordanu
(Iz 55, 1-11; 1 J 5, 1-9; Mk 1, 7-11)
Opis chrztu Jezusa w Jordanie, pozostawiony nam przez Ewangelistę Marka, jest bardzo krótki, ale też i przez to, bardzo wymowny.
Choć liturgiczny czas Bożego Narodzenia formalnie się kończy, to cały czas w naszym akcie wiary, radością tego wydarzenia oddychamy. Syn Boga Żywego, dla Którego nie ma rzeczy niemożliwych, uniżył się do bycia Człowiekiem. I tak Jezus przez wcielenie przyjął ludzkie ciało, lecz nie to ciało Adama z raju, lecz ciało Adama po grzechu. Jezus sam był bez grzechu, lecz z miłości do człowieka przyjął jego ciało z wszystkimi konsekwencjami ludzkiej winy, aby właśnie w tym poranionym ciele dokonać dzieła odkupienia.
Dzisiaj, Jezus, wchodząc w wody Jordanu,  sam, choć bez grzechu, solidarnie stanął między grzesznikami. To nie była zorganizowana grupa przestępcza, jakich to przecież na tym świecie jest pełno. Przez postać Jana Chrzciciela i przez jego naukę, w naturalny sposób dokonała się selekcja grzeszników.  Paradoksalnie, pośród nich wielkość grzechu nie ma tutaj istotnego znaczenia, lecz kluczowe jest spojrzenie na grzech i na Boskiego Prawodawcę. Z wiarą, że Bóg może i chce ich pojednania z Nim, przychodzą nad Jordan, wyznają swoje grzechy, podejmują konkretne działania i zmiany w życiu. To właśnie pośród takich stanął Jezus ze swoją deklaracją solidarności. 
Chrzest przyjął tak, jak wszyscy, lecz przy wyjściu z wody stało się coś niezwykłego: ujrzał rozwierające się niebo i Ducha jak gołębicę zstępującego na Niego. A z nieba odezwał się głos: "Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie". Jest dla nas otwartym pytanie: czy to doświadczenie i te słowa, były wtedy tylko udziałem Jezusa, czy też doświadczył tego Jan, albo jeszcze inni świadkowie? Faktem jest, że u progu swojej misji Jezus w swej ludzkiej postaci otrzymuje wsparcie Ojca Niebieskiego i Ducha Świętego. W pełnieniu swojej zbawczej misji nie jest sam.
Wspomniana skąpość Markowego opisu daje nam możliwość szerszej interpretacji wydarzenia i przełożenia go na życie każdego z nas, którzy przyszliśmy nad szeroko rozumiany Jordan. Dzieło odkupienia już się dokonało. Ochrzczeni w Imię Trójcy Przenajświętszej jesteśmy wolni od grzechu pierworodnego. Dzięki Jezusowi jesteśmy dziećmi Boga, do Którego możemy mówić wraz z Nim – Ojcze! Choć dalej grzeszymy, to jednak przychodzimy regularnie nad Jordan, aby ten grzech nazwać, oddać go Chrystusowi i ze szczerym postanowieniem poprawy wrócić do naszej rzeczywistości. Te nasze powroty nad Jordan nazywamy Sakramentem Pokuty. Tworzy się niezwykła solidarność grzeszników znad Jordanu, Jezusa, wcielonego Słowa i otwartego Nieba. W tej to solidarności doświadczamy zstąpienia Ducha Świętego i każdy może usłyszeć słowa Ojca Niebieskiego, które może usłyszeć tylko dziecko – tyś jest syn mój umiłowany, moja córka umiłowana, dziecko, w którym mam upodobanie.Po takim doświadczeniu wiary, wychodząc z owego Jordanu, będziemy tak, jak Jezus znać, misję, jaką mamy podjąć, do jakiej Bóg nas zaprosił i przygotował. Nie będzie to wtedy bańka moich marzeń,  chmurka snów i ludzkich ambicji, w których to realizacji zostałbym zapewne absolutnie sam. Tylko przez rozeznanie Jego woli i decyzję o jej pełnieniu, spełnię moją misję i też osobiście najwięcej osiągnę.
W tym Jordanie jestem w tłumie innych grzeszników, takich, którzy podobnie jak ja, chcą się zmienić. Mają odwagę wyznać swój grzech, podnieść głowę do nieba i nazwać swoją misję. To jest moje środowisko.
Tymczasem jest ciągle pokusa, aby wzorców szukać u tych, których tutaj nie ma, albowiem uważają się za lepszych i bez grzechu. Często mają inną rangę społeczną tak, jak wtedy ówczesne elity religijno-polityczne. Jest też pokusa, aby wyciągać  przypadki znad Jordanu, różnych obłudników i dzielnie ogłosić, że niejeden z tych, którzy chodzą do spowiedzi, jest gorszy od tych, co nie chodzą.
Wejście do Jordanu to nie tylko czas Sakramentu  Pokuty, ale również przez rachunek sumienia, element naszej codziennej modlitwy. To bardzo praktycznie pozwoli nam budować prawdziwą solidarność z Bogiem i z innymi grzesznikami.
 
                                                                                                                                                                        Ks. Lucjan Bielas

 

Ci, po których się najmniej tego spodziewano
(Iz 60,1-6; Ef 3,2-3a.5-6; Mt 2,1-12)
Bóg Ojciec sam dobiera tych, których szczególną interwencją Ducha Świętego zaprasza na spotkanie z nowo narodzonym Swoim Synem Jezusem.
Już w łonie Matki powitała Go krewna Elżbieta, jej mąż Zachariasz i  jeszcze nienarodzony Jan. Po anielskim spektaklu na niebie nad pastwiskiem, opodal Betlejem, anioł Pański poinformował pasterzy o narodzinach Mesjasza, przekazując im adres i jasny tekst zaproszenia.
Starzec Symeon i prorokini Anna  to kolejne postacie, które wrośnięcie w mury świątyni, przez jej matadorów były niedostrzegalne, lecz dla Ojca Niebieskiego stały się w niej zgoła najważniejsze. To Duch Święty przyprowadził ich na spotkanie z Dziecięciem i Jego Rodzicami, aby Je zobaczyli i wzięli w swoje ramiona jako przez całe życie wyczekiwanego Mesjasza.
Te starannie przygotowane przez Ojca Niebieskiego spotkania,  miały ogromne znaczenie zarówno dla Maryi i Józefa, jak i dla wszystkich zaproszonych. Niby normalna biedna żydowska rodzina i całkiem zwyczajne dziecko i takie proste ludzkie kontakty, lecz przez wiarę w umysłach i sercach ich uczestników, stawały się kluczowe na dalsze życie i śmierć, albowiem nadawały wszystkiemu właściwy sens i wymiar.
Dzisiaj jesteśmy zaproszeni na kolejne spotkanie, przygotowane przez Boga. Tym się różni od pozostałych, że zaproszonych na nie najmniej by się w żydowskiej społeczności spodziewano. Ojciec Niebieski zaprosił magów, czyli mędrców. Termin ten dotyczył pierwotnej medyjskiej i perskiej klasy kapłańskiej. Jej przedstawiciele wyróżniali się wiedzą mistyczną, biegłością w astrologii, wróżbami i odczytywaniem snów. Co takiego było w ich sercach i umysłach, że Ten, który zna całą prawdę o człowieku, postanowił skierować właśnie do nich zaproszenie na spotkanie ze Swoim Synem, z Mesjaszem? Może próba, choć częściowej odpowiedzi na to pytanie, ważna jest i dla naszych spotkań z Jezusem.
Na wstępie trzeba nam dostrzec fakt, że Stwórca w nawiązaniu dialogu z owymi uczonymi, posłużył się ich językiem, a mianowicie gwiazdą. Dzisiaj pośród różnych hipotez wymienia się kometę Halleya; dalej  wiemy też, że doszło do ciekawej planetarnej koniunkcji Jowisza i Saturna, która nastąpiła w 7 roku p.n.e. i wyglądała jak jedna, jasna gwiazda; mówi się również o wybuchu gwiazdy zwanej – supernową – która mogła być widoczna 5-4 roku p.n.e. Dla mędrców, owo zapewne naturalne zjawisko, miało jednak bardzo indywidualny wymiar. Gwiazda wiedziała, kiedy się pojawić, a kiedy zniknąć. Do jakiego celu miała podróżnych doprowadzić. Ta nawigacja czytała sumienie i nie naruszając ludzkiej wolności, prowadziła do celu, który był istotny dla podróży całego życia człowieka. GPS (Global Positioning System), nigdy takiej usługi nie będzie mógł świadczyć, albowiem nie ma możliwości  odczytania tego, co jest w sercu człowieka. Bóg wiedział, że zaproszeni przez Niego kapłani uczciwie szukają prawdy o Nim, o człowieku i jego dramacie – grzechu . Znając to wszystko, wyszedł im naprzeciw, zapraszając na urodziny Mesjasza.
Następnym ważnym elementem osobowości przybyszów ze Wschodu, było niewchodzenie w jakąkolwiek relację ze złem, w żadne kompromisy. W uczciwej nauce takich numerów nie ma.  W dobrej wierze trafili w jaskinię ówczesnego politycznego rozbójnika, jakim był król Herod. Ten ponad przeciętnie inteligentny złoczyńca, patologicznie obawiający się o swoją władzę, od razu poczynił sobie właściwe kroki: Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci dali mu poprawną odpowiedź, nawet z uzasadnieniem, lecz nie byli prawdziwymi mędrcami, albowiem byli krótkowzrocznymi i przestraszanymi ludźmi kompromisu.
Dla Mędrców wiedza słabych kolegów ze świątyni jerozolimskiej była jedynie dodatkową przesłanką.  Kiedy opuścili pałac Heroda, znów ujrzeli gwiazdę, która  będąc Bożym znakiem, dała im poczucie bezpieczeństwa i przyprowadziła do celu. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.
Ten tekst wskazuje na kolejną cechę osobowości Mędrców. Szukali prawdy, a nie potwierdzenia swoich wyobrażeń, czy też, wcześniej przyjętych tez. W tej ludzkiej relacji między Matką a Dzieckiem niewątpliwie za sprawą Tego, który ich zaprosił, rozeznali prawdę o wcielonym Synu Boga, o Jego dwóch naturach. Tę prawdę wyznali, upadając na twarz, składając dary, które były zarówno dla prawdziwego Boga, jak i dla prawdziwego Człowieka i Króla Wszechświata, Któremu to pokornie według swojego sumienia służyli.
I znów Bóg przemówił ich językiem. Ich świadome i dobrowolne uznanie w Bogu swojego Pana, wyraziło się tym, że to On mógł we śnie nakazać im powrót inną drogą do swojej ojczyzny. Ten nakaz dany z miłości i przyjęty z miłością miał już zupełnie inne brzmienie.
Mędrcy otrzymali gigantyczny dar, przewyższający wszystko to, co przynieśli. Jest rzeczą normalną, że jak widzimy malutkie dziecko, zaraz pytamy rodziców: a jak ma imię?  Co usłyszeli? – Jezus ma na imię. Przyszli z wiarą i wymawiając to Imię, zaczęli otwierać zupełnie dla nich dotąd nieosiągalne możliwości.
Tak więc poganie, ci, po których by się tego najmniej spodziewano, stali się dla nas wszystkich nauczycielami w szukaniu w życiu Prawdy.

 

                                                                                                                                                                                       Ks. Lucjan Bielas

 

 
Boginie, celebrytki i Maryja
(Lb 6,22-27; Ga 4,4-7; Łk 2,16-21)
To zapewne nie przypadek, że właśnie w Efezie, na zwołanym właśnie tam soborze w 341 r. nastąpiło ogłoszenie Boskiego Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny. Od VII w. przed Chrystusem, miasto to było centralnym miejscem kultu  bogini Artemidy, przez Rzymian zwanej Dianą. Naturalne położenie miasta i świątynia, uchodząca za jeden z cudów starożytności, przez niemal 1000 lat ściągały tysiące pielgrzymów. Obok frygijskiej Kybele, egipskiej Izydy,  greckiej Rei oraz Demeter, była ona czczona jako bogini-matka, Magna Mater.
To nie był zapewne tylko ludzki pomysł, ale przede wszystkim zrządzenie opatrzności Bożej, że właśnie w tym miejscu obumierającego już kultu Artemidy, ojcowie soboru, po bardzo burzliwych dyskusjach Chrystologiczno-Maryjnych w Duchu Świętym, głębiej zrozumieli i przyjęli prawdę o  naturze Boskiej i ludzkiej w Chrystusie. Znakomicie ujął ją św. Cyryl: Różnica natur nie została usunięta przez zjednoczenie, lecz niewysłowione spotkanie boskości i człowieczeństwa urzeczywistnia dla nas jednego Chrystusa. Słowo osobiście narodziło się z Dziewicy, ponieważ przyswoiło sobie naturę własnego ciała. Dlatego też zgodnie z prawdą o dwóch naturach w jednej Osobie Chrystusa, Maryi przysługuje tytuł – Bogarodzica  (Theotokos).
Poprzez narodzenie Jezusa Chrystusa, Najświętsza Maryja Panna, jest najpełniejszą odpowiedzią, na tęsknotę ludzkości, którą wyrażają starożytne mity o boginiach pełniących funkcję idealnej matki.
Od soboru w Efezie minęło ponad piętnaście stuleci. Kulty pogańskie zanikły. Maryja z orszakiem świętych kobiet tworzą nieprzemijającą rzeczywistość kobiecego piękna i matczynej miłości. Kościół zarówno w liturgii, jak i nauczaniu otacza Ją szczególnym szacunkiem i korzysta z Jej przemożnego wstawiennictwa. Wystarczy odwiedzić miejsca Jej nadzwyczajnego kultu i doświadczyć podziękowań, za konkretne Jej interwencje w konkretnych ludzkich historiach. Wszechmogący Bóg dopuszcza również Jej szczególne interwencje w postaci nadzwyczajnych objawień, w których Ona ma dla  współczesnych rady, osadzone w woli Jej Syna.
Jej głównym przeciwnikiem był, jest i będzie, Szatan. Walczy nieustannie z Maryją i z Jej Synem Jezusem Chrystusem i z wszystkimi, którzy poważnie traktują Jego Kościół. Walczy, posługując się zarówno fałszywą nauką (np. protestanci), jak i nową mitologią. O ile teologią zajmuje się dzisiaj niewielu, tak nową mitologią, lansowaną przez nowe boginie, zwane celebrytkami, zarażonych jest wielu. Jest znamienne to, że dawne boginie były związane z religią, a te z nicością; dawne były piękne, a te niekoniecznie; dawne służyły życiu, a te śmierci.
Wprawdzie dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, to jednak Bóg od tych, którzy Go kochają, paradoksalnie dla ich dobra oczekuje właściwej reakcji na  szerzące się zło moralne. Wydaje się, że rozpoczynający się dzisiaj Nowy Rok, będzie niósł w tej walce szczególne wyzwania i to zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Stawka jest potężna, a jest nią nie tylko przetrwanie cywilizacji, ale przede wszystkim życie wieczne i to nie tylko nasze , ale też pogubionych bogiń współczesności.
U progu tej tegorocznej batalii, Jezus Chrystus, nasz Król i Władca, jeszcze raz daje nam Swoją Matkę Maryję, jako naszą Matkę. Z wiarą w Jego wszechmoc, powierzamy się Jej wstawiennictwu.
Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.
Trzeba jednak i po ludzku, tak, jak Ona, odrobić „zadanie domowe”. Każdy z nas, w chwili refleksji, w sumieniu czuje, co powinien uczynić, jak powinien się zachować, co ewentualnie zmienić w przestrzeni, na jaką ma wpływ.
Warto może u progu Nowego Roku, te zadania jasno nazwać, a może nawet je zapisać, aby nie były jedynie dzielnym potrząsaniem tarczą i włócznią.
 
                                                                                                                                                                                                                 Ks. Lucjan Bielas